Patrz, na czym siedzisz

Mądrzy, a właściwie nie mądrzy, tylko mędrkujący ludzie krótko po reformacji zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle Bóg zbawia albo karze, czy może jest tylko wielkim architektem lub zegarmistrzem, który puścił w ruch ten glob i układ kosmiczny, a potem przestał się interesować, jaki tu się wyprawia bajzel.

Natomiast Biblia jest warta uwagi o tyle, że może zawierać cenne porady, wskazywać na zasady działania tego mechanizmu, zwanego światem. Jednak nie ma mowy o „tekście natchnionym”, bo przez kogo? Bóg nie jest osobowy, nie może „tchnąć” Ducha, nie ingeruje… 

Ten pogląd, zresztą niespójny i sam w sobie będący powodem sporów, nazwano deizmem. A ta nazwa, jak każdy -izm, brzmi mądrze. Tylko… nie wytrzymuje konfrontacji z samym Pismem i życiem. O mądralach-deistach wypowiada się sam Bóg ustami proroka Sofoniasza:

Tego dnia przeszukam Jeruszalaim z pochodniami oraz nawiedzę ludzi osadzonych na swoich drożdżach; tych, co mniemają w swoim sercu: Wiekuisty nie czyni ani dobrego, ani złego. Ich mienie pójdzie na łup, a ich domy będą pustkowiem (Sof. 1:12-13a, NBG)

Bóg planuje udowodnić, że JEST, karając. Dlaczego tak? Bo po dobroci już próbował. Zauważmy! Na czym siedzą ci ludzie, których zamierza „nawiedzić”? Na drożdżach. Pieką sobie swój chlebek, pędzą sobie winko, jedzą, piją i są zadowoleni… z siebie. Nie dopuszczając myśli, że pełnymi garściami czerpią z bożych darów, na które przecież nie zasłużyli.

Nie wiem jak wy, ale ja planuję nie popełniać ich błędu. – Patrz, na czym siedzisz! – Mówię sobie. – Może nie śpisz na pieniądzach, ale na drożdżach…

Sławną być

Nie za bardzo znam się na byciu kobietą, ale gdybym nią był, to… chciałabym być sławna.

Czy widzieliście już mem z Kim Kardashian? Z tą gwiazdą, która stała się synonimem niewiele umiejącej celebrytki, płycizny kolorowych pisemek i bezprecedensowo nieproporcjonalnego uwypuklenia fizycznych atrybutów kobiecości, które stały się wartością samą w sobie.

Najpierw zobaczyłem więc tekst: „w świecie pełnym Kardashianek bądź Skłodowską-Curie”. Potem to samo z innym zakończeniem: „…bądź Księżną Dianą”. Potem „…bądź Audrey Hepburn”. Widocznie ktoś zaczął się pukać w czoło tak, jak ja i napisał: „w świecie pełnym Kardashianek, bądź taką kobietą, jaką chcesz i przestań rozpowszechniać łatwo przyswajalną mizoginię, która obraża jedną kobietę, by skomplementować drugą. Świętujmy wspaniałą różnorodność kobiet!”

Coś w tym jest. Zostawmy więc tę biedną-nie biedną panią na „K”. Przeczytałem coś, co pozwala, w tej „wspaniałej różnorodności” jednak oddzielić głupotę od fajności-mądrości. To ostatni wers laurki, jaką autor „Przypowieści” wystawia na koniec księgi „dzielnej kobiecie” (Przyp. 31:10-31).

W bramach niech ją sławią jej czyny.

Wyobrażam sobie taką kobietę. Wyobrażam fikcyjnie i realnie – w twarzach kobiet, które znam. To zachęta nie tylko dla kobiet, by w świecie pełnym próżności pozwolić mówić swoim czynom. To również polecenie dla wszystkich, by takie właśnie kobiety chwalić najwięcej. By takie były sławne.

Rada dla młodych

Dzisiaj wpis dla młodzieży. Będę radził. Nie dlatego, że jestem stary albo mądry, czy jedno i drugie. Ale przeczytałem coś, co mnie – wciąż młodego i głupiego – bardzo zachęca.

Jako się rzekło, za starego się nie uważam. Za mądrego też nie, no bo jakżeby… „On [Bóg] lekceważy wszystkich mądrych we własnym mniemaniu”. (Job 37:24, NBG) Poza tym „nie bądź mądrym we własnych oczach; bój się WIEKUISTEGO i stroń od złego”. (Przyp 3:7, NBG)

A jednak dobrze jest być starym i mądrym. Że mądrym – nikogo nie muszę przekonywać. A czemu starym? Bo nikt mnie nie zbyje, mówiąc: „e, co ty wiesz, młody jesteś”.

Zanim się zestarzeję, minie trochę czasu. Ani tego nie przyspieszę, ani nie opóźnię. Mogę jednak już dziś zrobić coś, co mnie ustawi wyżej od wszystkich starych mistrzów.

Wiecie już? Domyślacie się, co? Ja wiem, bo przeczytałem Psalm 119 – ten najdłuższy, ile w nim smaczków! A wśród nich…

Stałem się rozumniejszym od wszystkich moich nauczycieli, bo moją myślą jest Twe świadectwo. Stałem się roztropniejszym od starców, bo strzegę Twoich przepisów. (w.99-100)

Strzeżenie przepisów to nie praca archiwisty lub ochroniarza. Myślenie świadectwem to nie pranie mózgu. To jest działanie na podstawie logicznych przesłanek.

To ekscytujący sprawdzian, eksperyment, przygoda. Jak podchody w dzieciństwie. Bóg dał mi znak, więc da następny. Zadziałał, kiedy robiłem zgodnie z przepisem, więc na pewno to powtórzy. Krok za krokiem, ścieżką za ścieżką…

Mądry ten, co mądrze robi. A trudno o mądrzejsze działanie niż to zainspirowane przez Ducha Świętego. No to co, młodzi i głupi? Chcemy być mądrzejsi od mistrzów i staruszków?

Jaki straszny manipulator

Czy Bóg mną manipuluje? Skoro robił to z innymi, to ze mną też może! Halo, zaraz, zaraz! Z innymi, to znaczy z kim? O, jest wielu tych, którym Bóg „zatwardzał serca”. Co to znaczy?

Dużo mamy tego w Biblii. Tak dużo, że jest to zastanawiające. Niezbyt dociekliwy czytelnik mógłby zbyć przez nieuwagę jeden przypadek, dwa, pięć, ale nie dziesiątki! Kilka przykładów na szybko: jest faraon, który nie chce wypuścić Izraela, są ludy Kanaanu zmiecione przez Jozuego (dziś głównie o nich), są bałwochwalcy z księgi Izajasza, są słuchacze Jezusa z Nazaretu, którzy nie pojmują przypowieści, są też grzesznicy, o których pisze Apostoł Paweł.

Bóg zatwardza serca, czyni je krnąbrnymi, wydaje na pastwę pożądliwości itd. Do napisania tych zdań skłonił mnie jeden z takich fragmentów, cytuję:

Nie było miasta, które by zawarło pokój z synami izraelskimi, oprócz Chiwwijczyków, mieszkających w Gibeonie; wszystkie inne wzięli w walce orężnej. Bo Pan to sprawił, że serce ich było harde, tak iż prowadzili wojnę z Izraelem, aby obłożył ich klątwą i aby nie było dla nich litości, lecz aby ich wytracono, jak Pan nakazał Mojżeszowi. (Joz. 11:19-20, BW)

No to co z wolną wolą?? Jeśli Bóg manipuluje sercami ludzi, to nie ma nadziei. Jest tylko zły lub dobry los. Ślepy. Albo, co gorsza, złośliwy. Niektórzy nie przebierają w słowach i mówią o Bogu jak o chorym, psychopacie. Nie, musi być inaczej. Musi, bo ja… znam Boga, On taki nie jest.

Może się wydawać, że w sposób okrutny i niesprawiedliwy wytępił ludzi, zamieszkujących Kanaan. A cóż oni winni, w czym byli gorsi od Izraela? Ano w tym, że nie szukali Boga. Nie chcieli zawrócić z raz obranej drogi, raz wyznaczonego szlaku – nawyków, kultu i wpisanych w niego obrzydliwych praktyk religijnych. Nawyk – to jest to, co utwierdza serce – w opozycji do Boga lub w poddaniu.

Kiedy czytam w Biblii, że Bóg zatwardził czyjeś serce, to znaczy, że puścił go wolno, by zły nawyk zrobił swoje. Tak jak wówczas, gdy rzeka wzbiera i robi malutką wyrwę w wałach przeciwpowodziowych. Mała strużka robi się coraz szersza, głębsza, silniejsza, aż w końcu rozwala zabezpieczenia i dochodzi do katastrofy. Żywioł nie oszczędza nikogo.

Powtarzam pytanie z początku: czy Bóg mną manipuluje? Nie. A jeśli nie, to co? Dlaczego, gdy patrzę wstecz, widzę jakby plagi? Czy to nie był owoc hardego serca, nieposłusznego, nieskorego do porzucenia swojej drogi, dumy, przekonań o własnej sile i mądrości? Niechętnego do zawrócenia, do poddania? Dyscyplina nie jest przyjemna. Ale nie jest też potępiająca.

W pustyni i w tłuszczyk

W tłuszcz się obrasta po przejściu przez pustynię. No, nie musi to być tłuszczyk dosłownie. Ale wzbogacanie się i – co najważniejsze – zmiana myślenia. Z wdzięczności do ignorancji. A stąd już blisko do ślepoty i głupoty.

Odwiedziła nas kuzynka. Wyciągnęliśmy stare zdjęcia. Te sprzed wielu lat i te trochę nowsze. Zawsze lubię oglądać na tych zdjęciach moją żonę. Jest cudem to, że pojawiła się na świecie, że była słodką dziewczynką – taką, jaką jest dzisiaj nasza córeczka. Że podrosła, była nastolatką, która robiła różne mądre i głupie rzeczy, a przez to uczyła się. Jak i ja, jak każdy. Że potem się w niej zakochałem i że zaryzykowała, dając szansę miłości. I że wyjeżdżaliśmy tu i tam. I jesteśmy razem. Jedno.

Dlaczego o tym piszę? Przecież jest tyle tematów z przeszłości, które można wyciągnąć ze starych zdjęć. A jednak, myśląc o tych dobrych, wierzę, że małżeństwo i właśnie moja żona, ta dziewczyna, a nie inna – to najwspanialszy dar, jaki kiedykolwiek otrzymałem. Dobrze jest przypominać sobie o tym. To jest przyjemne. Oczywiście, dla niej też, kiedy to słyszy lub czyta, ale przede wszystkim dla mnie samego. Jestem zadowolony, jestem szczęśliwy, że sprawy ułożyły się tak. Że ja je tak ułożyłem. Że ułożył je tak mój Tata, mój Bóg.

Dobrze jest te myśli odświeżać, bo jakoś tak się dzieje, że to, co dobre, staje się później oczywiste. Że w miarę upływu czasu, poświęcania sił i bogacenia się w doświadczenie, przedmioty, pieniądze – powszednieje najprostszy fakt i źródło radości, że przybyłem tu znikąd. Że nie było tak fajnie. Znikąd? A tak. Każdy wprawdzie ma jakąś historię, jakieś miejsce urodzenia i wychowania, ale każdy ma też swoje „nigdzie”. Miejsce, w którym kiedyś się zatrzymałem i pomyślałem: i co dalej? Dokąd mam pójść? Gdzie sens? Jestem pośrodku… NICZEGO.

Co mi to przypomina? Pustynię. Puszczę. Samotność, próbę sił. Ja i okoliczności. Bezsens. Egzystencja dla egzystencji. I wejście do Ziemi Obiecanej. A oto, co Mojżesz powiedział Izraelowi tuż przed tym wejściem:

Bacz, abyś nie zapomniał pana, Boga twego, zaniedbując jego przykazania, prawa i ustawy, które ci dziś nadaję.

Aby gdy się najesz do syta (…) i wszystkiego będziesz miał wiele,

serce twoje nie stało się wyniosłe oraz abyś nie zapomniał Pana, Boga twego, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli, który cię prowadził przez tę wielką i straszną pustynię (…) Abyś nie mówił w swoim sercu: – Moja moc i siła mojej ręki zdobyła mi to bogactwo. (5 Moj. 8:11-17, BW)

Bałwany czczą bałwany

Bałwan? To jest głupek, idiota, pacan. Nierozumny, ładnie mówiąc, który błądzi, jakby nie widział drogi, chociaż widzi. A czemu? Bo czci bałwany. Albo inaczej: symbole sukcesu. Ciekawe, co?

Z Apostołem Pawłem mam kłopot. Bo on często pisze tak: Janek wyszedł z domu, gdyż chciał pójść do sklepu, bowiem był głodny, ponieważ nie jadł od rana. To jest wnioskowanie od tyłu i ciężko to zrozumieć. Dużo łatwiejsze byłoby: nie jadł od rana, zatem był głodny, dlatego musiał pójść do sklepu, a więc wyszedł z domu.

To przykład banalny, ale taka składnia logiczna przy poważnym nauczaniu robi się kłopotliwa. No cóż, trzeba jakoś przebrnąć. I wiecie, co? Nawet potrafię coś z tego wyciągnąć. Czytam List do Rzymian i notuję:

  1. Niewidzialny Bóg, jego moc, bóstwo i chwała (wszystko co można o nim wiedzieć!) są w Jego dziełach do poznania umysłem (sic!).
  2. Dlatego nie mają wymówki ci, którzy poznali Boga, ale go nie uwielbili i nie dziękowali Stwórcy,
  3. za to uwielbili stworzenie (jego obrazy) i temu służyli.
  4. I zgłupieli, znikczemnieli, ociemniali, prowadzeni przez pożądliwości do grzechu.
  5. Dlatego Bóg wydał ich na pastwę ich własnych haniebnych namiętności.
  6. Stąd przeciwko tej nieprawości objawia się Boży gniew.
  7. Wobec tego kto ma moc, by się ostać? Tylko człowiek, który został usprawiedliwiony z wiary (w Mesjasza i jego ofiarę) w wiarę (do wierności Jemu i Jego przykazaniom).
  8. Zatem dobra nowina Jezusa Mesjasza jest mocą do zbawienia każdego.
  9. Dlatego nie wstydzę się jej głosić.
  10. Dlatego chętnie do was, kochani rzymianie, przyjadę 🙂

Uf, jakoś przebrnąłem. Stawiam kawę temu, kto lepiej rozbierze tok tych myśli pawłowych. Ale najważniejsze nie są logiczne akrobacje. Najbardziej mnie ciekawi i fascynuje to, co jest między punktem 3 i 4. Paweł widzi bezpośredni związek między bałwochwalstwem, a głupotą.

Bałwochwalca to ten, który myśli, że Bóg jest z nim, skoro sobie postawił złotego cielca, jak Izraelici pod górą Synaj. Albo inaczej: Bóg jest ze mną, skoro mam pracę, dobrze zarabiam i dostatnio żyję. Albo: Bóg jest ze mną, skoro jestem zdrowy, wysportowany, piękny i mam świetne ciało. Albo: Bóg jest ze mną, skoro wszyscy się do mnie uśmiechają i mnie chwalą. Albo: Bóg jest ze mną, jeśli tylko noszę ten amulet. To wszystko jest bałwochwalstwo.

Ani się obejrzę, jak zaczynam służyć: pieniądzom, ciału, innym ludziom, przesądom, zamiast… samemu Bogu. Tu się włącza głupota i „haniebne namiętności”, tu zaczyna się gniew Boży. I najgorsze: każdy doszedł do tego miejsca. I każdy potrzebuje usprawiedliwienia z wiary w wiarę. Z przekonania w czyn.

Jednym uchem wpada, drugim wypada

To jeden z tekstów, które utkwiły mi w pamięci z czasów dzieciństwa. Widać, że jednak nie wszystko, co mówili rodzice, wypadało drugim uchem. Coś jednak zostało. A jak jest ze słuchaniem Boga?

W Psalmie 50 czytam napomnienie o… unikaniu napomnień. Lubię te fragmenty Pisma, w których Bóg zwraca się do hipokrytów (jak np. Jezus do faryzeuszy). Właśnie te jakoś najgłośniej mi dźwięczą w głowie. Są sugestywne i alarmujące. Może dlatego, że życie z Bogiem to nieustanna przygoda, a nie osiąganie stopni wtajemniczenia. Innymi słowy: nigdy nie mogę być pewnym, że jakiś problem już mnie nie dotyczy, bo wszedłem na wysoki schodek. Stale muszę badać swoją duszę i pozwalać badać ją Tacie.

Przez wiarę mówię: nie jestem grzesznikiem. Mój grzech przepadł na krzyżu. Przepadł kompletnie. A jednak przezorność, szczerość i pokora nakazują mi sprawdzić, czy takie słowa nie są zapisane dla mnie:

A do grzesznika Bóg mówi: czemu wyliczasz moje przykazania i masz na ustach moje przymierze – ty, co nienawidzisz karności [nie cierpisz napomnienia] i moje słowa rzuciłeś za siebie? (Ps. 50:16-17, BT)

Co za wymowny obraz lekceważenia: rzucać za siebie czyjeś słowa. Jak śmieci. „Talk to the hand” – można by rzec, choć rzec to Bogu – nie jest mądre. A jednak głupich nie brakuje. Sam bywam głupi. Dlaczego? Być może główny powód, dla którego ja i my wszyscy nie mamy ochoty słuchać Boga, a nawet o Bogu, to fakt, że słuchanie Go wiąże się z przyjęciem napomnienia. Z gotowością do uznania swojej winy, zaakceptowania jakiejś korekty.

Napomnienia mogą być różne, akurat w Psalmie 50 mowa jest o skłonności lub nawet miłości do złodziejstwa, cudzołóstwa, narzekania, osądu, zdrady, krętactwa, kłamstwa i pychy. Wystarczy. Niezła wiązka. Nic nie da zaliczanie siebie do grona tych, którzy mają z Bogiem przymierze. Nic nie da recytowanie przykazań, jeśli w sercu jest zamiłowanie do złych rzeczy, jeśli nogi idą nie tam, gdzie powinny, a język sieje zniszczenie zamiast budować.

Nie ruszaj g…, bo śmierdzi

Takie dobitne powiedzonko zapamiętałem z dzieciństwa. Za mocne? Być może, ale wymowne i skuteczne. Motywuje, by nie jątrzyć, nie spierać się z kimś, kto się okopał ze swoją głupotą.

Niektórzy z was pewnie już się dziwią: jak to, a co z przykazaniem miłości? Przecież mamy się kochać nawzajem, kochać swoich bliźnich, pomagać im, opowiadać Dobrą Nowinę, a skoro tak, to i pouczyć o grzechu, o tym, co źle… Ho, ho, ho, nie wszystko naraz! Że kochać – nie przeczę, tak, to jest dobre, to jest potrzebne, to jest rozkaz. Ale czy od razu walić po głowie kamienną tablicą z przykazaniami? Nieco jasności w tym temacie daje fragment Przypowieści Salomona:

  • Kto poucza/karci/strofuje szydercę/naśmiewcę, ten ściąga na siebie hańbę/wzgardę; a kto gani bezbożnika/nieprawego, ten się plami/sam sobie szkodzi/ściąga obelgi. Nie karć szydercy, aby cię nie znienawidził;
  • Strofuj/karć mądrego, a będzie cię kochał. Ucz mądrego, a będzie jeszcze mądrzejszy; poucz/naucz/oświeć sprawiedliwego, a będzie umiał jeszcze więcej/zwiększy swą wiedzę! (Przyp. 9:7-9, kompilacja BW, BT, BG)

W kontekście są podobne wersety: „Nie mów przed głupim, gdyż wzgardzi twoimi mądrymi słowami.” (Przyp. 23:9, BW) albo „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie pereł swoich przed wieprze, by ich snadź nie podeptały nogami swymi i obróciwszy się, nie rozszarpały was.” – Powiedział Jezus (Mat. 7:6, BW). Wyciągam z tego taki wniosek, że mam się zachowywać w dwojaki sposób względem dwóch grup ludzi: mądrych strofować, a tych drugich – szyderców, naśmiewców, cyników, nihilistów i utracjuszy… nie strofować.

Jeśli nie strofować, to co? Reinhard Bonnke powiedział „Jezus NIE głosił pokuty, mówiąc: «przybliżyło się piekło», LECZ «upamiętajcie się, ponieważ przybliżyło się Królestwo Boże». Nigdy nie straszył grzeszników, lecz ostrzegał ich. Straszy się wroga, lecz ostrzega przyjaciela. Rzym 2:4: «Dobroć Boża do upamiętania cię prowadzi». Głoszenie pokuty nie może być wykorzystywane jako groźba, lecz jako dar.”

Zatem szyderców i naśmiewców należy ostrzec i… obdarować poczuciem, że Bóg ich kocha takich, jacy są, obdarować nadzieją na inne życie, na wolność. Jeśli nabiorą ochoty, by zmądrzeć, wtedy przyjdzie pora na karcenie, strofowanie, pouczanie. Ale o tym w następnym wpisie, w najbliższy wtorek.