Ludzie gadają, ja robię swoje

Tak, ludzie gadają. I przesadzają w obie strony; zachwalając, krytykując… A jak się w tym odnaleźć? Zwyczajnie, jakby nigdy nic. Jak Apostoł Paweł.

W dramatycznych okolicznościach również zdarzają się sytuacje komiczne. Kiedy statek, wiozący Apostoła Pawła, był rzucany przez sztorm i dryfował w nieznanym kierunku i dłużącym się czasie, załoga nie tryskała humorem. Kiedy osiadł na mieliźnie, a fale rozbiły rufę, nikomu nie było do śmiechu. Na szczęście wszyscy rozbitkowie zdołali dostać się do brzegu nieznanej im wyspy.

Zimno, leje, psa by nie wygonił. Dwieście siedemdziesiąt sześć osób. Wszyscy. Jak mokre kury na plaży. Szczęściem w nieszczęściu zjawiają się tubylcy, serdeczni. Rozpalają ogień. Nie, nie żeby rozbitków zjeść. Tylko ugościć. Paweł idzie po chrust. Podchodzi do ognia i nagle „dziab”! Żmija wpija w niego zęby i zwisa z ręki.

Gdy zaś tubylcy ujrzeli zwisającego gada u jego ręki, mówili między sobą: „Człowiek ten jest zapewne mordercą, bo chociaż wyszedł cało z morza, sprawiedliwość boska żyć mu nie pozwoliła”. Lecz on strząsnął gada w ogień i nie doznał nic złego; oni zaś oczekiwali, że spuchnie lub zaraz trupem padnie. Ale gdy długo czekali i widzieli, że nic nadzwyczajnego z nim się nie dzieje, zmienili zdanie i mówili, że jest bogiem. (Dz. 28:4-6, BW)

A potem Paweł robił to, co zawsze, odkąd nawrócił się w Damaszku: modlił się, uzdrawiał, głosił że Jezus jest Mesjaszem. Dopóki nie odpłynął. Podobno po tym, jak uzdrowił z czerwonki ojca naczelnika wyspy, walili do niego wszyscy chorzy.

Oprócz tego, że ta anegdotka jest dość zabawna i zachęcająca, pozwala mi wysnuć jeden pożyteczny wniosek: ludzie będą gadać różne rzeczy. O Pawle sądzili najpierw, że jest mordercą. Potem, że bogiem. Na pierwsze chyba nie zareagował wcale, strząsnął tylko z siebie węża. Na to drugie pewnie coś odpowiedział, czyniąc sobie z tego okazję do opowiadania ewangelii, tak jak to zrobił w Listrze, kiedy został obwołany Hermesem (Dz. 14).

Ale generalnie ludzkie gadanie nie miało większego wpływu na to, co robił. I co sam o sobie sądził. Ot, najpierw mówią to, potem tamto. Ich sprawa. O ile to nie przeszkadza w poznaniu prawdy o Bogu, niech sobie mówią, co chcą… Ten barwny, śmieszny epizod daje cenny wzór postępowania; wiary i wierności.

Wzór tym cenniejszy, że aktualny. W obecnym czasie, kiedy nienawiść szerzy się w internecie jak niszczycielski żywioł, kiedy opinia obcego człowieka zwisa z ręki jak kąsająca żmija, nie warto się tym przejmować. Nic mi nie będzie. Strząsnąć w ogień. Robić swoje. Tyle.

Niech nie będzie odwrotu

Czasem warto się zastanowić: co silniej kieruje moimi krokami – ostrożne wnioskowanie, czy… Duch Święty? I jak z moją konsekwencją?

Apostoł Paweł przemierza Samarię, Syrię, Azję Mniejszą, Grecję; naucza, głosi Jezusa, chrzci, umacnia zbory – mimo nagonek, zamieszek i wrogości… Aż nagle, ni stąd, ni zowąd, decyduje, że musi wpaść do Jerozolimy, a potem jeszcze zobaczyć Rzym.

Wszystko fajnie, tylko że z Rzymu właśnie wypędzono Żydów, a w Jerozolimie jest znienawidzony za to, że lekceważy sobie Prawo, głosząc zbawienie z łaski. Co mu odbiło? Co go napadło? Napisane jest, że „postanowił za sprawą Ducha”. I już przy tym postanowieniu pozostał.

Co ciekawe, ten sam Duch podpowiadał Pawłowi, że tam, dokąd jest posłany, nie będzie wesoło. Sam mówił:

Prócz tego, o czym mnie Duch Święty w każdym mieście upewnia, że mnie czekają więzy i uciski. (Dz. 20:23, BW)

Potem znów prosili go, przestrzegali, prorokowali pojmanie… I co? I nic. I poszedł. I go pochwycili, zbili, niewiele brakowało… Nie pomogło, że się zastosował do rady Jakuba, co miało go postawić w dobrym świetle, jako człowieka, który Prawa i żydowskich zwyczajów wcale nie ma w głębokim poważaniu.

Paweł jako rzymski obywatel miał prawo do sądu. Sprawa oparła się o samego cesarza. Apostoł dotarł do Rzymu i, jak wiadomo z innych źródeł, został uwolniony. Szczęście w nieszczęściu. I po co to wszystko? Być może tylko po to, by mógł w Jerozolimie publicznie zaświadczyć o swoim nawróceniu i powołaniu.

Pewne jest, że Paweł, idąc do Jerozolimy, wiedział jeszcze mniej, niż wiemy dzisiaj my, ze wszelkich dostępnych źródeł historycznych. Przede wszystkim nie wiedział, jak to się skończy. Mógł mieć tylko złe przeczucia. A z drugiej strony… wiedział dużo więcej; wiedział to jedno i był głęboko przekonany, że Duch Święty go wewnętrznie ponagla. A to bywa ważniejsze niż wszystkie inne wskazówki – tych złych i dobrych doradców.

Z mojego punktu widzenia, gdy czytam Dzieje Apostolskie, powrót Pawła do Jerozolimy jest zupełnie nielogiczny, by nie powiedzieć „bezsensowny”. I jakby… zbyt słabo uzasadniony. Zbyt słabo? Może to czas, by poprzestawiać wagi. Żeby decyzje, jakie podsuwa Duch, pozostawały bezsprzecznie najlepsze. I bez odwrotu.

Od zarania dziejów

Wzmianka o ukamienowanym Szczepanie jest zachętą, by opowiadać całą historię – jak było z Jezusem, jak było ze mną. Bez obaw, że będzie za długo lub zbyt obcesowo.

Około dziesięć lat temu siedziałem z grupką znajomych w moim liceum, w szkolnej bibliotece. Jakiś problem z zadanych lekcji postanowiliśmy rozwiązać, sięgając po stojącą akurat pod ręką trzytomową „Historię Polski”. Pierwszy akapit zaczynał się od słów, które bardzo nas rozbawiły: „Pierwsze gromady przybyły na ziemie polskie…” – Hej, jakie to dobre! – Powiedział ktoś. – Jakie uniwersalne! Można by od tego zaczynać każde wypracowanie, w ogóle każdą opowieść! Nieważne jaki temat!

Absurdalność i śmieszność tego pomysłu ciężko było przebić. Na dobre zapisał się w pamięci całej paczki i zaczął funkcjonować jako szkolny gryps. Niestety w rzeczywistości takie opowieści „od zarania dziejów” rzadko są uważnie wysłuchiwane. Wiem o tym z własnego doświadczenia – licznych spotkań towarzyskich, gdzie liczą się szybkie, wartkie historyjki z błyskawiczną puentą.

O tym, jak denerwujące potrafią być długie wywody, przekonał się również Szczepan, jednak jego przypadek nie jest wesołą anegdotką. Został ukamienowany przez faryzeuszy. Trudno powiedzieć, co było bezpośrednim powodem; czy rozwlekłość odpowiedzi, czy to, że zawierała szczegóły znane wszystkim, poczynając od Abrahama, Izaaka i Jakuba, przez Józefa, Mojżesza, Jozuego, po Dawida, Salomona i proroków, czy raczej fakt, że Szczepan powtórzył to, co od początku głosił Piotr: ten Jezus, którego wy ukrzyżowaliście, to Mesjasz. Dosłownie:

Któregoż z proroków nie prześladowali ojcowie wasi? [Jakby wyjęte z ust samego Jezusa.] Pozabijali też tych, którzy przepowiedzieli przyjście Sprawiedliwego, którego wy teraz staliście się zdrajcami i mordercami. (Dz. 7:52, BW)

Jakby nie dość wywołał wściekłości, powiedział jeszcze w natchnieniu, wizji: „Oto widzę niebiosa otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Bożej”. (Dz. 7:56, BW) – co mogło potwierdzać, że nie mówi od siebie, tylko od Boga. Albo przeciwnie: mogło jeszcze bardziej przekonać rozzłoszczonych członków rady, że to bluźnierca.

I tak się stało. Jak wspomniałem, Szczepana ukamienowali. Ale cóż… ten się śmieje, kto się śmieje ostatni – w tym lub w tamtym życiu. Dla mnie jest to zachętą, by przy każdej nadarzającej się okazji do mówienia o Jezusie, walić od razu całą historię od zarania dziejów – najlepiej wykorzystując własne świadectwo. Znają, nie znają, trudno. Niech usłyszą.

Chodź, do czegoś się nadasz

W rozdziale 3 „dokonań apostołów” czytam o… ich pierwszych dokonaniach. Czytam jak opowieść o superbohaterach. Ale byli zwykłymi ludźmi – jak ty i ja. Co ich motywowało? Skąd się wzięły te cuda?

Dla porządku: jakie cuda? Ten jest pierwszy, jaki się stał przez ręce apostołów:

[człowiek chromy od urodzenia], ujrzawszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił o jałmużnę. A Piotr wraz z Janem, wpatrzywszy się uważnie w niego, rzekł:
— Spójrz na nas. – On zaś spojrzał na nich uważnie, spodziewając się, że od nich coś otrzyma. I rzekł Piotr:
— Srebra i złota nie mam, lecz co mam, to ci daję: W imieniu Jezusa Chrystusa Nazareńskiego, chodź! – I ująwszy go za prawą rękę, podniósł go; natychmiast też wzmocniły się nogi jego i kostki, i zerwawszy się, stanął i chodził, i wszedł z nimi do świątyni, przechadzając się i podskakując, i chwaląc Boga. (Dz.Ap. 3:3-8, BW)

Ten radosny cud uzdrowienia to pierwsza rzecz, którą opisał Łukasz zaraz po zesłaniu Ducha Świętego i kazaniu Piotra. Stąd wnioskuję, że był naturalnym następstwem tego napełnienia Duchem. Bez tego Piotr i Jan może nawet nie zwróciliby uwagi na żebrzącego, a tym bardziej nie „wpatrzyliby się uważnie”, a tym bardziej nie nakazali mu chodzić w imieniu Jezusa.

Zastanawiam się, ile ja w swoim życiu, przegapiłem już takich okazji. A ile było takich, w których Duch Święty podpowiadał mi jakieś słowa, zachowanie, gest, a ja okazałem się nieposłuszny? Tak, czy inaczej, zachęcające jest, że mam kogoś takiego. Kogoś, kto wypisuje na moim sercu to, co ważne dla Boga, co jest instrukcją spełnionego życia, co mnie motywuje do robienia rzeczy cennych i dobrych.

„Pisanie na sercu” to zwrot zaczerpnięty z księgi Jeremiasza (31:33), który można łatwo odnieść również do historii wyjścia Izraela z Egiptu. Jak wiadomo, żydowska Pascha – wspomnienie wybawienia z niewoli egipskiej – łączy się przez wiele analogii z ofiarą Jezusa. Podobnie jest z nadaniem Tory – bożych praw pod górą Synaj, które nastąpiło 50 dni po wyjściu.

Było to przełomowe wydarzenie, upamiętniane do dziś świętem Szawuot, znanym jako Pięćdziesiątnica i… chrześcijańskie „zesłanie Ducha Świętego”. Krótko mówiąc, kiedy Żydzi świętują nadanie Tory, chrześcijanie – zesłanie Ducha. Tamto było wypisane na tablicach kamiennych, a to – na sercach. Oba wydarzenia wskazują na to, że zbawieni jesteśmy nie tylko „OD”, ale również „DO” czegoś.

Kiedy nawróciłem się, otrzymałem dar Ducha, więc kiedy następnym razem usłyszę jego zachęcający głos, przypomnę sobie, że zostałem zbawiony do czegoś. Że do czegoś się nadam. Do czegoś takiego, jak czynienie cudów w stylu „dokonań apostołów”.

Coraz mniej wstrząśniętych

Powodem, dla którego w dzisiejszych czasach tak trudno kogoś przekonać do wiary, jest być może to, że mało co nas porusza. Co raz mniej jest nas przejętych, wstrząśniętych.

A czym niby? No cóż, prostą opowieścią o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu. Taką, jaką podzielił się Piotr. Na początku było zesłanie Ducha Świętego. Wszyscy zgromadzeni w „górnej izbie” (ok. stu dwudziestu osób, w tym „dwunastu”) zaczęli mówić innymi językami, tak że byli zrozumiali dla tłumu przybyszów, obecnych w Jerozolimie z okazji święta Szawuot (pięćdziesiątnicy). Jedni się dziwili, drudzy wyśmiewali, że niby pijani.

Dobry początek, zwrócili na siebie uwagę. Wtedy Piotr wyjaśnił, że oto wypełnia się proroctwo Joela – zupełnie ekscytujące (Dz 2:17-21) i jednoznaczne z nadejściem czasów ostatecznych. Wreszcie przechodzi do meritum, tj. mowy o Jezusie. Kończy:

Niechże tedy wie z pewnością cały dom Izraela, że i Panem i Chrystusem uczynił go Bóg, tego Jezusa, którego wy ukrzyżowaliście. A gdy to usłyszeli, byli poruszeni do głębi i rzekli do Piotra i pozostałych apostołów: Co mamy czynić, mężowie bracia? (Dz. 2:36-37)

To, co najbardziej przykuło moją uwagę w całym rozdziale, to jest to jedno słowo: „poruszeni do głębi” albo lepiej: „wstrząśnięci”. Gwałtownie zmieszani smutkiem. To uczucie, kiedy dowiadujesz się, że nieumyślnie zabiłeś niewinnego. Nie dość, że masz na rękach krew, ale jest to jeszcze krew ofiarowana za twoją winę. Moralny kac do nieskończonej potęgi.

Z takich emocji naturalnie wypływa pytanie: co teraz, co mam czynić? Pytanie od którego zaczyna się wszystko – i to, co przepowiedział Joel, i to, co opowiada Łukasz w Dziejach Apostolskich – niesamowite, nowe życie. Tylko czy kogoś to obchodzi? Czy ktoś pozwoli sobie dzisiaj na to, by być „głęboko wstrząśniętym”? Ja osobiście… chcę!

Afera efeska

Czasami, czytając historie sprzed wielu wieków, nie rozumiem warunków kulturowych, społecznych, politycznych, nie znam też stanu wiedzy ówczesnych ludzi. Dlatego bardzo łatwo jest posądzać bohaterów o… zwykłą głupotę.

Tak jest w przypadku „afery efeskiej”, że tak ją nazwę. Zastanowiło mnie, co doprowadziło do tak absurdalnej sytuacji, o której czytam w Dziejach Apostolskich. Było tak: pewien złotnik Demetriusz zaniepokoił się Pawłem i jego ewangelią, skłaniającą Greków do niewiary w „sztuczne” bóstwa – wytwór ludzkich rąk i fantazji. To jeszcze mogę zrozumieć: kult był zawsze silnym spoiwem dla systemów społecznych. A ludzie nie lubią zmieniać systemu, dopóki nie jest bardzo źle. Lubią, kiedy jest, jak było, znaczy normalnie. „My robimy srebrne świątynki, ludzie je kupują, komu to przeszkadza?” Ale to nie wszystko. Demetriusz mówił:

— Zagraża nam tedy niebezpieczeństwo, że nie tylko nasz zawód pójdzie w poniewierkę, lecz również świątynia wielkiej bogini Artemidy będzie poczytana za nic, i że ta, którą czci cała Azja i świat cały, może być odarta z majestatu. ­­– A gdy to usłyszeli, unieśli się gniewem i krzyczeli, mówiąc: – Wielka jest Artemida Efeska.
[ kilka godzin później ]
Tymczasem jedni to, drudzy owo wykrzykiwali, bo zebranie odbywało się w nieładzie, a większa część nawet nie wiedziała, z jakiego powodu się zebrali. I wypchnięto z tłumu Aleksandra, którego Żydzi wysunęli do przodu, Aleksander zaś, skinąwszy ręką, chciał się bronić przed ludem. Lecz gdy poznali, że jest Żydem, rozległ się z ust wszystkich jeden krzyk, który trwał około dwóch godzin: Wielka jest Artemida Efeska! (Dz.Ap. 19:27-28, 32-34, BW)

Zaczęło się od sprawy, którą – jak wspomniałem – potrafię zrozumieć, łatwo mi sobie to wytłumaczyć: złotnicy dbali o swój interes. Tak samo jak Gadareńczycy, kiedy prosili Jezusa, by odszedł z ich krainy, bo bardziej żałowali stada świń, niż dwóch ludzi, z których Jezus wypędził demony (zob. Mat. 8). Ale trudno mi pojąć tę histerię, jaka się rozpętała w Efezie w związku z nauczaniem Pawła i Artemidą. Przepraszam, ale żeby przez dwie godziny krzyczeć w kółko „wielka jest Artemida Efeska”? Jakiś obłęd!

A gdyby tak przez dwie godziny krzyczeć „tu jest Polska”? Moją intencją nie jest atakowanie PiS, tak sobie tylko pomyślałem, że Artemida musiała być podobnym elementem tożsamości jak dla niektórych Polaków partia polityczna. W Efezie wszystko kręciło się wokół bogini. Pogardzać Artemidą znaczyło pogardzać ojczyzną.

Pora, by zadać pytanie samemu sobie: czy jest coś, co buduje we mnie fałszywą tożsamość? Coś, czego gotów byłbym bronić w tak absurdalny sposób, jak Efezjanie swojej bogini?

Co mnie nie zabije, to wzmocni?

To powiedzonko, niestety, nie miało sensu dla Szczepana, bo został ukamienowany. Z drugiej strony, jego męczeńska śmierć nie zabiła, lecz wzmocniła ewangelię. I jest nauką na dzisiejsze kryzysy.

A słuchając tego, (członkowie Rady Najwyższej – przyp. JPZ) wpadli we wściekłość i zgrzytali na niego (Szczepana) zębami. On zaś, będąc pełen Ducha Świętego, utkwiwszy wzrok w niebo, ujrzał chwałę Bożą i Jezusa stojącego po prawicy Bożej i rzekł:
— Oto widzę niebiosa otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Bożej. – Oni zaś podnieśli wielki krzyk, zatkali uszy swoje i razem rzucili się na niego. A wypchnąwszy go poza miasto, kamienowali. (Dz. 7:54-58a, BW)

Jest sobie Szczepan: przychodzi kryzys, a co on robi? Po pierwsze, jest pełen Ducha Świętego. Skąd to się wzięło? Wybrali go jako jednego z siedmiu (wspaniałych?) do prozaicznej służby: pomocy wdowom (Dz. 6:5). Już wtedy był „zaufany” i „pełen Ducha” (Dz. 6:3). Także później czynił cuda i znaki (Dz. 6:8). Ta praca fizyczna, organizacyjna nie tylko nie stłumiła jego darów, może nawet pozwoliła je rozwinąć? Jedno jest pewne: był człowiekiem czynu i nie zasypiał gruszek w popiele. Poza tym, że wypełniał go Duch Święty, on nie przestawał iść do przodu. Nie mam na to dowodu, ale myślę, że te dwie rzeczy są ze sobą mocno związane: z jednej strony namaszczenie (albo moc), a z drugiej – upór i niezłomna wiara, która się objawia w działaniu. Dokąd go to zaprowadziło? Na śmierć, tak. Głupio, nie? A może słuszniej byłoby zapytać: dokąd zaprowadziło to innych świadków Chrystusa?

Szczepana zaś pogrzebali bogobojni mężowie i opłakiwali go wielce. A Saul tępił zbór; wchodził do domów, wywlekał mężczyzn i niewiasty i wtrącał do więzienia. Wszakże ci, którzy się rozproszyli, szli z miejsca na miejsce i zwiastowali dobrą nowinę. A Filip dotarł do miasta Samarii i głosił im Chrystusa. Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił, gdy go słyszeli i widzieli cuda, które czynił. Albowiem duchy nieczyste wychodziły z wielkim krzykiem z wielu, którzy je mieli, wielu też sparaliżowanych i ułomnych zostało uzdrowionych. I było wiele radości w owym mieście. (Dz. 8:2-8, BW)

Warto zauważyć: najpierw płacz, potem wiele radości. Najpierw śmierć i prześladowanie, potem eksplozja mocy i uwolnienia. Po raz kolejny okazuje się, że kryzys oznacza szansę – dosłownie i w przenośni. Chciałbym być jak Szczepan, bo podejrzewam, że to jego konsekwencja w patrzeniu z nadzieją na wszystkie MAŁE kryzysy doprowadziła go przed Radę Najwyższą, gdzie celująco zdał egzamin z wiary.