Ach, jaki jestem (nie)idealny

Dziś krótko. O Dawidzie, królu. No bo jak on mógł? Jak i po co mógł popadać w takie skrajności? Pisze, że już prawie umiera nędznie, a po chwili, że jest czysty, prawy, sprawiedliwy i…

…i w ogóle NAJ! – Chciałoby się dodać. Z jednej strony w Psalmie 14 (i 53) pisze, że „wszyscy odstąpili, razem się zepsuli; nie ma takiego, co czyni dobro, nie ma ani jednego„. Z drugiej strony w Psalmie 18 dwa razy podkreśla:

Wiekuisty mnie wynagradza według mojej sprawiedliwości, odpłaca mi według czystości moich rąk (…) Bóg mi oddaje według mojej sprawiedliwości, według czystości moich rąk, która jest przed Jego oczami. (Ps 18:21,25, NBG)

Czytając o wrogach Dawida, jak był „osaczony” itd. zapewne niejeden człowiek myślał: ja nie mam takich wrogów, a przynajmniej ich nie widzę. Albo więc jestem szczęściarzem, albo ignorantem.

Podobnie z tymi „czystymi rękami”; mówię: nie jestem wcale taki sprawiedliwy. A przynajmniej tego nie doceniam. Bo jestem teologicznym zbukiem, który nie potrafi się cieszyć z prostych rzeczy i chwytać nadziei.

Dawid nie był filozofem. Często myślał i pisał sercem. Czy przesadzał? Może. Tym bardziej mi się podoba to oddawanie Bogu swoich, nawet przesadzonych, obaw, smutków i radości. To… emocjonowanie się przed Bogiem.

A najbardziej podoba mi się to, że w każdej sytuacji, czy Dawid był zgnębiony, czy podniesiony na duchu, pozostawał wdzięczny tylko Bogu i tylko z Nim widział swoją przyszłość.

Skaczę z radości

Prostopadłe podanie w pole karne, Kuba Błaszczykowski przyjął, markuje strzał, zwód, dwaj obrońcy zostawili miejsce, tak, ma wolny moment, piłka w okienko! Tak, do bramki! Goooooooool, tak, tak, tak, ha ha, uuuu, yes, haaaa!!!…

– Zrobiłem efektowny wjazd na kolanach przed sam telewizor, a zaciśniętymi z radości pięściami zacząłem walić w podłogę…

Żona usypiała właśnie za ścianą córeczkę, więc mojego szaleństwa nie widziała. Ale synka to bardzo rozśmieszyło. Ta radość mu się tak udzieliła, że ze śmiechu aż zakrztusił się ciasteczkiem. Na chwilę szybko zapomniałem o Błaszczykowskim, a potem obejrzałem mecz do końca, wciąż jeszcze ciesząc się bramką, z nadzieją, że Ukraińcy nic nie strzelą.

Podobne sceny, tyle że z udziałem skonfudowanych żon i tym podobnych, dzieją się w tysiącach polskich domów. – No i czego tak skacze, czego! Totolotka wygrał, czy jak?! – Potrafią gderać, nie pojmując nic a nic z tego podniecenia, żywiołu, emocji najprawdziwszych, a jakże męskich. Drogie Panie, nie dziwić się, ale POdziwiać, że jednak ten mruk potrafi coś autentycznie przeżywać całym sercem. Może jest jakaś nadzieja na wspólne wieczory.

Bo była już jedna taka pani, która zasłynęła z tego, że pogardziła mężem, kiedy ten – w takim właśnie szale uniesień – skakał, cieszył się jak głupi, wyzbywając się na chwilę całego splendoru, jaki mu towarzyszył „z urzędu”. Mowa o Michal – była to pierwsza żona Dawida, która królewską żoną pozostała do końca. Tyle, że jakby w niełasce, bo…

…gdy Skrzynię Przymierza Pańskiego wnoszono do Miasta Dawida, Michal, córka Saula, wyglądała oknem i zobaczywszy króla Dawida podskakującego i tańczącego, wzgardziła nim w swoim sercu. (1 Kron. 15:29, BW)

Czy można się tak bardzo zatracić w radości, że się człowiek nawet nie zastanawia, jak to z boku wygląda? Oj, można. Że się z tej radości tańczy i podskakuje? O Boże, i to poważni ludzie, tak! Lekarze, prezesi, adwokaci… Jak mali chłopcy. Widać niewiele potrzeba, żeby ruszyć serce mężczyzny. Jakiś głupi mecz, jakiś gol, nawet nie mój, tylko tego chłopaka na ekranie. A co ze Skrzynią Przymierza?

To nie jest pytanie retoryczne z rodzaju „weź się ogarnij”. Nie, raczej: „jest coś więcej”. Skakałeś kiedyś z radości? No to dopiero liznąłeś temat.

Wiem, na ile mnie stać. I po co?

„Wiem, co za ile, nie muszę dbać o bilet” – znamy piosenkę z „Kilera”. Czasem to jest błogosławieństwem, a czasem… wręcz przeciwnie. Dlaczego? Wystarczy poznać jedną z historii Dawida.

W księdze Kronik czytam o ciekawej sytuacji: Dawid – izraelski król, na ogół bezbłędny w trzymaniu się litery i ducha bożego prawa, dopuszcza się przestępstwa. A że był nie tylko znawcą, ale i miłośnikiem prawa, wykroczenie najpewniej było świadome. Zresztą później z tego pokutował. Co go podkusiło? Albo ważniejsze: dlaczego?

Wtedy wystąpił szatan przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów. Rzekł Dawid…:
– Idźcie i policzcie Izraela… i donieście mi, abym znał ich liczbę. – Lecz Joab rzekł:
– Niech pomnoży Pan lud stokrotnie w porównaniu z tym, ile go jest teraz; lecz, panie mój, królu, czyż nie są oni wszyscy sługami mego pana? Po cóż pyta o to mój pan? Po co ma to być przewinieniem Izraela? (1 Kron. 21:1-3, BW)

Ostatecznie król, jak to król, postawił na swoim. Joab – główny dowódca – z obrzydzenia wobec rozkazu – nie wypełnił go do końca, pominął w spisie dwa z dwunastu plemion. Ale i tak Izraela spotkała kara za ten spis. O ile się nie mylę (jeśli tak, to krzyczcie) i dobrze czytam, i szukam, nie ma w Biblii wyraźnego zakazu: nie wolno liczyć Izraela. Zdarzały się spisy nie tylko nie karane, ale wręcz nakazane przez Boga. Tyle że były odpowiednio przeprowadzone, między innymi zawierały element okupu: zamiast ludzi, liczono de facto wniesione przez nich opłaty.

Skąd więc wina i kara? Mój znajomy znawca tematu twierdzi, że chodzi o ideę niepoliczalności, która kojarzy się łatwo z obietnicami Boga dla Abrahama, że jego potomstwo będzie jak gwiazdy, jak piasek, że będzie niezliczone. Inna interpretacja mówi, że liczba mężczyzn zdolnych do walki, którą Dawid poznał w rezultacie spisu, dawała możliwość kalkulacji i samodzielnych decyzji bez szukania bożej rady, głosu, prowadzenia. Nie mówiąc już o powodach do dumy, pożywce dla królewskiej pychy.

Tak czy inaczej, łatwo to jest przełożyć na współczesność i moją osobistą sytuację. Bo przecież i ja mam obietnice od Boga, jakieś powołanie, plan, przeznaczenie. Skoro chcę je wypełnić, muszę pokonać przeciwności; wiedzieć, na co mnie stać. Mierzyć zamiary na siły. A może nie?

Może wystarczy mi do szczęścia wiara, że Boża miłość do mnie, jego błogosławieństwo jest bezkresne jak ocean. Może nie muszę tego sprawdzać, próbować objąć, wywalić gały, żeby ten horyzont jakoś przybliżyć? Może nie muszę podpierać swej pewności siebie liczbami, może starczy Boże Słowo? Może czasem wystarczy zaufać, zamiast liczyć?

Sukces to dom

Nie wiem, jak chcą „wszyscy”, ale ja… chcę sukcesu! Nie jest on moją obsesją, ale go pragnę. Nie zniechęca mnie nawet to, że jest ulotny. A inspiruje mnie… no właśnie, kto?

Kiedy tylko przeczytałem ten werset, zaświeciło mi się w nim jedno słowo (już wiecie, które) – tak, jak bryłka złota wyłuskana z sita:

Dlatego Wiekuisty będzie z tobą, mój synu! Odniesiesz SUKCES i zbudujesz Dom Wiekuistego, twojego Boga, jak o tobie mówił. (I Krn 22:11, NBG)

Aha! TO jest sukces! Dom mojego Boga. Coś fizycznego. A co konkretnie? Katedra? (Po niemiecku, nomen omen, der Dom). Nie, mi jako pierwsze przychodzi na myśl stworzenie tego Domu we własnym domu.

Mieć rodzinę – to moje spełnione marzenie, ale jest coś więcej. Bo jest coś dalej. Chcę przecież, żeby codzienność była niecodzienna, żeby moje „cztery ściany” były miejscem spotkania z Tatą, uwielbienia Go, dziękowania, ofiarowania Mu uwagi, zwierzania się, radości itd.

Ciekawe jest to, jak bardzo pragnął tego Dawid. Bóg zapowiedział mu, że nie on, ale jego syn zbuduje świątynię. Dawid, widocznie nie mogąc się doczekać, zebrał większość potrzebnych kosztownych materiałów i przekazał wizję swemu młodziutkiemu następcy, Salomonowi.

W historii nie brak megalomańskich projektów budowlanych. Ale świątynia Salomona do nich nie należała. Co ją wyróżniało? Co wyróżnia moje pragnienie od innych, strasznie lub wręcz chorobliwie ambitnych planów?

Pokój. Boski szalom. Jak mówił Jezus, „nie taki pokój, jak świat daje, ja wam daję”. A taki pokój był obiecany Salomonowi. Budowa świątyni nazwana „sukcesem”, była częścią tej wizji:

…za jego [Salomona] dni dam Israelowi pokój wraz z odpocznieniem. On zbuduje Dom Memu Imieniu (w. 9-10)

– Powiedział Bóg. Życzyłbym sobie podobnego błogosławieństwa, przeznaczenia, namaszczenia, sukcesu właśnie.

Idę się sprawdzić

Niedawno pisałem test kończący kurs. Byłem tam służbowo, tak jak inni, starsi ode mnie. Ależ się stresowali. Zgodziliśmy się co do jednego: im dawniej opuściliśmy szkołę, tym gorzej znosimy sprawdzanie wiedzy.

Bo to jest stresujące – sprawdzanie wiedzy. Każdy to przeszedł, każdy wie. Ale codziennie bywamy sprawdzani. Może nie tyle z wiedzy, znajomości geografii, matematyki, historii, ale… z umiejętności, rzetelności, doświadczenia. To nie jest nic przyjemnego.

Mówi się: jak mus, to mus. Dobrze, napiszę. Zrobię. Trudno. – Raz kozie śmierć… – Mruczę pod nosem i wchodzę na spotkanie zarządu ze świstkiem, który udaje poważny raport. Albo jadę z żoną do szpitala. Ważna operacja. Groźne podejrzenia. Niepewność, nerwy. Co robię? Pękam, wspieram, modlę się? Nie, wolę nie próbować. Ale nie ma wyjścia. Nie ma planu B. Nie ma Ctrl+Z. Nie można wrócić do „Save-a”, jak w grze komputerowej, poprosić o powtórkę.

Nikt tego nie lubi. Kto mógłby sam się prosić o takie „sprawdziany z życia”? Tak, był taki jeden (a może i niejeden?), nazywał się Dawid:

Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje, doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną! (Ps. 139:23-24, BW)

Był też inny, Paweł, podobny kamikadze. I nakłaniał do tego innych:

Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? Chyba żeście próby nie przeszli. (2 Kor. 13:5, BW)

To prawda: tyle wiem o sobie, na ile się sprawdziłem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym został zdradzony, bo nie byłem w takiej sytuacji. Nie mogę za siebie ręczyć, co się ze mną stanie w razie bankructwa. Bo go nie doświadczyłem. Dopiero doświadczenie, i to niemiłe doświadczenie, daje mi jaki taki pogląd na mnie samego, w sensie że mogę sam na siebie liczyć. Do pewnego stopnia.

Wyżej cytowane fragmenty Pisma różnią się trochę. W jednym jest mowa o tym, że Bóg mnie sprawdza. W drugim – sprawdzam się sam. Jedno i drugie jest dobre. Jedno i drugie – potrzebne.

Co jeszcze ciekawe, że bez sprawdzianu nie tylko wiem o sobie niewiele. Nie wiem nawet, czy idę dobrą drogą – do śmierci, czy do życia. Pytają: – Wierzysz? – Jasne, wierzę. – Skąd wiesz? Skąd ta pewność? Ta wiara – to wypróbowana? Wierzysz, czyli co zrobiłeś?

Bez sprawdzianu nie mogę być pewny zbawienia, ale jeszcze gorzej: nawet tego, czy ja naprawdę się nawróciłem; czy Chrystus jest we mnie. Rety! Grubo, powiem wam. Nie ma czasu. Trzeba iść na test.

Nabal – tak wredny, tak bliski

Podobno naukowcy zajmują się już tak zwanym „asshole effect” – im bardziej ktoś jest bogaty, tym większym staje się „dupkiem”, za przeproszeniem. Myślę, że biblijny Nabal byłby świetnym potwierdzeniem tezy. A ja jakoś łatwo się z nim utożsamiam.

No bo sami oceńcie, co byście zrobili na miejscu Nabala. Macie stado trzech tysięcy owiec. Pasterze chodzą z nimi po pustyni, a tam siedzi mafia. Taka mafia honorowa. Włos z głowy pasterzom nie spadł. Nic nie zginęło. Elegancko i z klasą. I herszt tej bandy, kiedy przyszło do strzyżenia owiec, posyła swoich chłopców z taką oto wiadomością:

Pokój niech będzie z tobą i pokój z twoim domem, i pokój ze wszystkim, co twoje. Właśnie słyszałem, że strzygą u ciebie owce; otóż gdy twoi pasterze byli przy nas, nie lżyliśmy ich i nic im nie zginęło przez cały czas, dopóki byli w Karmelu. Zapytaj twoich sług, a powiedzą ci. (…) Daj więc, proszę, twoim sługom…, co masz pod ręką. (1 Sam. 25:6-8, BW)

Mafia pełną gębą, ale… kulturka, co? Trzeba im przyznać. A spróbuj odmówić. Gościu ma czterystu, może sześciuset wojowników. „Zgromadzili się wokół niego wszyscy uciśnieni, zadłużeni, rozgoryczeni, a on został ich przywódcą”. (1 Sam. 22:2)

No to ładna gromadka. Banda nierobów, zdolnych chyba tylko do bijatyki, ale nie uczciwej pracy. Nieudacznicy, dłużnicy, krętacze, bandziory. Na pustyni się schowali i porządnych ludzi niepokoją. Takiego wała! A wiecie już, kto był hersztem. Tak, sam Dawid. Nabal tak odprawił jego sługi:

Któż to jest Dawid, a któż to jest syn Isajego? W obecnym czasie wiele jest sług, którzy się buntują przeciwko swoim panom. Mamże wziąć mój chleb i moje wino, i mięso z moich zwięrząt, które zarżnąłem dla moich postrzygaczy, i oddać mężom, o których nie wiem, skąd są? (1 Sam. 25:10-11, BW)

Dawid – to imię-wytrych. Aaa, jak Dawid, to przepraszam. Jak Dawid, to wszystko ok. To ten, co pokonał Goliata. To ten, co ma zostać królem. To ten! Syn Isajego! Nabal albo o tym nie wiedział, albo – co bardziej prawdopodobne – zignorował sławę Dawida, bo nie po drodze mu było pomagać ludziom, którymi gardził. I wiecie, co? Trochę go rozumiem. Na tyle, na ile sam jestem w środku „dupkiem”. To takie ludzkie.

Napisane jest o Nabalu wprost, że był nieużyty, nieokrzesany, niecny. Jak kończy się jego historia? Umiera, choć nie z ręki Dawida. Umiera w sposób groteskowy; porażony przez własną głupotę, pychę, złość. Co mnie śmieszy w tym wszystkim – to jak często oburzam się na kogoś, kto potem… przypomina mi mnie samego.

Gdzie jestem, gdzie mnie nie ma

Dobrze jest znać swoje położenie i jego znaczenie. Raskolnikow pewnie nie zabiłby starej lichwiarki, gdyby nie siedział w ciasnej, ciemnej, zatęchłej klitce. Dawid nie napisałby tylu pięknych, rozpaczliwych, do głębi szczerych psalmów, gdyby nie ukrywał się miesiącami po ciemnych jamach.

No i, do rzeczy, Dawid nie pokonałby również Goliata, gdyby nie… siedział z owcami. Co ma piernik do wiatraka? Po kolei. Goliat to najlepszy żołnierz w szeregach Filistynów. Dzień w dzień wychodzi na pole bitwy, klnie i szydzi z Izraelitów, poniża ich Boga. Absurdalna sytuacja: dwie armie stają na przeciw siebie i czekają, czy ktoś się odważy walczyć z Goliatem. Tak jest pierwszego dnia, drugiego, trzeciego… morale Izraelitów słabną, aż… do obozu przybywa Dawid.

Młody Dawid został wysłany z wałówką dla swoich starszych braci – żołnierzy. Dowiaduje się, jaka jest sytuacja, zgłasza się do Króla Saula na ochotnika, wychodzi naprzeciw Goliata i wali z procy między oczy. Olbrzym pada martwy. Dawid ucina głowę Goliata i… dyskusję. Filistyni uciekają.

Słyszałem niejedno kazanie o tym, że Dawid był przygotowany na tę chwilę. Przecież sam przekonywał Saula, mówiąc o sobie:

Sługa twój pasał owce ojca swego i bywało tak, że przyszedł lew lub niedźwiedź i porwał jagnię z trzody; wtedy ja biegłem za nim, pokonywałem go i wyrywałem je z paszczy jego; a jeśli rzucił się na mnie, to go chwytałem za grzywę, tłukłem i zabijałem go. (…) ten Filistyńczyk nieobrzezany będzie jak jeden z nich (1 Sam. 17:34-36, BW)

Czy to nie świetny argument za tym, by doceniać obecny czas? Choćby nawet był jak nudne pasanie owiec. – Nie! To czas przygotowania. Czas pokonywania lwów i niedźwiedzi. – Mawiają kaznodzieje. I wszyscy potakujemy, myśląc o swoich życiowych „lwach i niedźwiedziach”.

Guzik prawda. Nie można się przygotować na spotkanie z Goliatem. Kiedy spotykasz Goliata, to nie czujesz się jak bohater. Czujesz obrzydzenie. Skręt kiszek. I wiesz tylko jedno: jest źle. A gdybyś uciekł, będzie jeszcze gorzej. Dla mnie ciekawsze jest nie to, gdzie Dawid BYŁ przed walką z Goliatem, ale to, gdzie go NIE BYŁO. Był z owcami. A nie było go w obozie Izraelskich wojowników, którzy z dnia na dzień mieli coraz cięższe gacie.

To do mnie przemawia dużo mocniej. Wierzę, że gdyby Dawid siedział tam od początku, to dałby się ugotować jak żaba. Powolne zwiększanie temperatury i dawki strachu ustawiłoby go w jednym szeregu z jego braćmi, którzy byli Goliatem oburzeni i… sparaliżowani. Potrafię sobie przypomnieć historie z życia, kiedy zamiast działać, zwlekałem. A takie czekanie w gęstniejącej atmosferze lęku odbiera odwagę każdemu – nawet najdzielniejszym, najlepszym.

Za mordę, czy za rękę?

Czy myślałaś, myślałeś kiedyś o sobie jak o królowej, królu? Nie mówię o długim czerwonym płaszczu, gronostajowym futerku itd. Raczej o władczej pozycji. Jak być dobrym królem?

Dobry król nie dopuszcza do słabości państwa. Odpiera zewnętrzną agresję, ustanawia porządek, dba o praworządność i sprawiedliwość. Pomyśl o wszystkich swoich sprawach, wszystkich srokach, które trzymasz za ogon, wszystkich podwładnych, w tym dzieciach. Dbamy, żeby to się nie rozjechało. Ojcowie, matki, szefowie.

Czasem dbamy rozpaczliwie, desperacko. A co zrobić, żeby nie dopuścić do kryzysów? Zakładając śmiało i bezczelnie, że jesteśmy władni zapobiec wszystkim kryzysom. To jest niemożliwe, ale można pomarzyć. No więc co? Dobrze, niech te słowa już padną: za mordę! Wszystkich za mordę! Okrutne? Być może, ale czyż nie skuteczne?

Szczerze? Ja to robię. Odruchowo, kiedy rzeczy się totalnie wymykają. Kiedy natłok irytujących spraw i zdarzeń jest już nie do zniesienia. Zamordyzm może przybierać formę tyranii, ale też… fochów, szantaży, obrażalstwa, wycofania itd. Działa. Na krótką metę.

Tymczasem w Psalmie 72 czytam coś, co na tle powyższych rozważań jest zupełnie zaskakujące. Otóż Dawid, drugi i może najlepszy król Izraela (zaraz po Bogu), błogosławi i modli się za swego następcę, syna – Salomona. Wtem…

Niech panuje od morza do morza, i od strumienia aż do krańców ziemi. Niech przed nim klękają mieszkańcy stepu, a jego wrogowie niech liżą proch. Oto złożą mu daninę królowie Tarszyszu, wysp, a królowie Szeby i Seby przyniosą mu haracz. I będą się przed nim korzyć wszyscy królowie, wszystkie ludy będą mu służyć.
Ponieważ ocala żebrzącego, co woła, oraz uciśnionego, który nie ma wybawcy. Miłosierny jest dla żebrzących, ubogich oraz duszę ubogich wybawia.
(Ps. 72:8-13, NBG)

A więc to jest król, który wyrasta na potęgę i który wcale nie trzyma poddanych za mordę. Raczej za rękę. Nie ma tu mowy, co prawda, o poddanych możnych. Może tych trzyma krótko. Ale co do ubogich wiemy, że podaje im dłoń, żeby ocalić, wybawić, podnieść.

To zachowanie, które nie kojarzy się z walką o wpływy, interesy państwa, powagę urzędu, posłuch i porządek. Na cóż mi wdzięczność ubogich? Co oni mogą? Czy potrafią skłonić obcych królów do płacenia haraczy? Albo poszerzyć moje terytorium? Czy zbiorą się do kupy i zmuszą moich wrogów do klękania przed królem i lizania prochu? Ha, ha. Dobre!

A jednak!!! Coś w tym jest, skoro napisał to Dawid – mąż według bożego serca. Nie „coś”, ale „Ktoś” w tym jest. Bóg widzi i Bóg odpłaca. Kiedykolwiek zechcę poszerzyć swój wpływ, zacznę od pomocy tym, którzy nie mogą się odwdzięczyć.

Proszę, uwielbiam, czekam

Takie następstwo wygląda na nielogiczne. Czasem ktoś mnie prosi o pomoc, a ja się zgadzam. Wtedy ta osoba dziękuje mi. A ja odpowiadam: „podziękujesz, jak już zrobię”. Ma to sens?

Ma. Ale Dawid robił inaczej, a dowód tego znajduję w Psalmach. Sporo z nich, zaczyna się od opisu beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znajduje, opisu jego wrogów, którzy chcą go zgładzić, potem jest prośba do Boga o ratunek i zapowiedź, że kiedy pomoc nadejdzie, Dawid będzie uwielbiał, wychwalał swojego wybawcę.

I właściwie ostatnie słowa są już tym uwielbieniem, zapowiedzią zwycięstwa, proklamacją bożej sprawiedliwości, wierności, łaski. Tak, jakby Dawid nie czekał na odpowiedź Boga, ale już upewniał się co do dobrego zakończenia. Można zapytać: a co mu pozostało? Nie wiem… chyba biadolenie i czekanie na smutny koniec. To też jest jakaś opcja.

Zachowanie Dawida jest zachęcającym wzorem, że nawet pod silną presją, gdy zdolność logicznego myślenia często spada do zera, można robić jedno: chwalić Boga. Jest to bardzo krzepiące, ale też… DZIAŁA. Działa? Pewnie. Można w to wątpić albo… można wypróbować. Gdy nadejdzie kolejny kryzys w moim życiu, będę powtarzał słowa Psalmów:

Zrzuć na Pana brzemię swoje, A On cię podtrzyma! On nie dopuści, by na zawsze zachwiał się sprawiedliwy. (Ps. 55, BW)
To wiem, że Bóg jest ze mną. Bogu, którego słowo wysławiać będę, Panu, którego słowo wysławiać będę, Bogu ufam, nie lękam się; cóż mi może uczynić człowiek? Tobie, Bożą, spełnię śluby, Tobie złożę ofiary dziękczynne, boś od śmierci ocalił duszę moją, nogi moje od upadku (Ps. 56, BW)
Gotowe jest serce moje, Boże, Gotowe jest serce moje, będę śpiewał i grał, zbudź się, chwało moja! Zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę. Wysławiać cię będę, Panie, wśród ludów, Będę grał tobie wśród narodów, bo wielka jest łaska twoja aż do niebios i aż do obłoków sięga wierność twoja. (Ps. 57, BW)
Ale ja opiewać będę moc twoją, rano weselić się będę z łaski twojej, boś Ty był twierdzą moją i ucieczką w czasie mej niedoli. Mocy moja, tobie będę śpiewał, boś Ty, Boże, twierdzą moją, Boże mój łaskawy. (Ps. 59, BW)

Najważniejsza cząstka łaski

Dawid doskonale wiedział, co jest jego największym skarbem: obietnica, że Bóg nigdy nie odmówi mu łaski. Pocieszał się tym, gdy było źle i korzystał, gdy należało pokutować.

Nie powiem chyba nic nowego lub prowokującego, jeśli stwierdzę, że jednym z kluczy do szczęścia jest jasne oko – żeby z pogodą ducha patrzeć na życie, jego różne przypadki; czy słońce, czy deszcz. Nie zawsze można skupiać uwagę na jasnych stronach i pogwizdywać wesoło jak w piosence „always look at the bright side of life„. Często trzeba rozwiązywać trudne, „ciemne” problemy. Żeby umyć kibel, trzeba na niego popatrzeć, potem zakasać rękawy i… do roboty.

Ale zawsze, w każdych okolicznościach, można, ba!, należy pamiętać o bożej łasce, która spływa na tych, którzy Boga szukają, kochają, przyjaźnią się z Nim z bojaźnią i czcią.

Czasem łaska boża jest ostatnią rzeczą, jaka pozostaje człowiekowi jako powód do uśmiechu. Mogę mówić: straciłem cały swój dobytek, pomawiają mnie o najgorsze rzeczy, wszyscy przyjaciele mnie opuścili, ja sam grzeszyłem i czuję się podle, a do tego choruję, ale… wciąż mam bożą łaskę! Bóg nie odmawia mi jej! Tak, jak Dawidowi!

Ja będę mu ojcem [mówi Bóg], a on będzie Mi synem, a jeżeli zawini, będę go karcił rózgą ludzi i ciosami synów ludzkich. Lecz nie cofnę od niego mojej życzliwości [lub: łaski], jak ją cofnąłem od Saula, twego poprzednika, którego opuściłem. (2 Sam. 7:14-15, BT)

Często, gdy myślę o bożej łasce, mam przed oczami Hioba za dni jego świetności: wielka rodzina, bajecznie bogate gospodarstwo, poważanie u ludzi oraz grube akta dobrych uczynków gdzieś w niebie. Ale jeśli to wszystko znika na jakiś czas, to wtedy… co pozostaje z przejawów bożej łaski? Myślę, że najważniejsza jej cząstka, to znaczy fakt, że Bóg mnie nie skreśla, nie rezygnuje z przymierza, że wciąż jestem jego synem, ukochanym, wybranym, nie do zastąpienia. Tak, jak Dawid. Nie ważne, ile przyjąłem ciosów, ile poniosłem strat. Ważne, że Bóg jest ze mną.