Masz jakiś problem?

Takiego pytania wolałbym nie słyszeć z jakiejś ciemnej bramy. Ale słyszę je, jak wybrzmiewa między wierszami Ewangelii Jana, w tej historii „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”.

I przyprowadzili do niego uczeni w Piśmie i faryzeusze kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do niego:
– Nauczycielu, tę kobietę przyłapano na uczynku cudzołóstwa. W prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A ty co mówisz? – A mówili to, wystawiając go na próbę, aby mogli go oskarżyć. (Jan. 8:3-6a, PUBG)

Jak wiemy, Jezus w końcu „zachęcił” do wykonania wyroku (już poniekąd wydanego przez faryzeuszy) tych, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia. Tym samym dał piękną lekcję pt. „zanim oskarżysz, spójrz na siebie”. No i lekcję przebaczenia. Tak, to usłyszymy na lekcji religii. A jak było naprawdę?

Ja widzę tu trzy strony i trzy problemy:

1. Problem z kobietą – etyczny i… pozorny. Bo oczywiście ta kobieta miała rzeczywisty problem ze sobą, miała grzech na sumieniu. Ale dla faryzeuszy faktycznie problemem nie była, raczej pretekstem. Jan pisze o tym wprost.

2. Problem z Jezusem – polityczny i religijny – mieli faryzeusze. Bo mówił o sobie, że jest Bożym Synem, a więc Mesjaszem, a więc królem żydowskim, a więc też sędzią, a więc… wichrzycielem pax romana. Gdyby Jezus powiedział: „niewinna” – czy stawia się ponad Mojżeszem? A jeśli „winna” – czy stawia się ponad Cezarem?

3. Problem z faryzeuszami – miał Jezus? Nie, właściwie oni sami mieli ze sobą problem, podwójny, tylko nieuświadomiony. Genialnie Jezus to udowodnił, jednocześnie nie unikając żadnego ze wspomnianych aspektów sytuacji: etycznego i religijno-politycznego. Nie zaprzeczył winy kobiety, ale odpowiedzialność za sąd zrzucił na tych, którzy nie mieli podstaw, by sądzić. Bo gryzło ich sumienie.

Co to oznacza dla mnie – dziś? Fakt, że jeśli nie przyjmę Jezusa jak Pana i Zbawiciela, jako kamienia węgielnego, to się o Niego roztrzaskam (dokładnie tak, jak napisano). Ilekroć Go odrzucam, tyle razy muszę stwierdzić własną bezradność: nie mam narzędzi, ani podstaw, ani siły, żeby choć odrobinę naprawić ten świat, oczyścić go z podłości, zła, niesprawiedliwości.

Problem nie jest etyczny (szukanie winy i winnych wokół), ani polityczny (szukanie kary i dziur systemie, wymiarze sprawiedliwości). Problem jest we mnie, kiedy ignoruję i umniejszam Jezusa. I właśnie: nie przyjmuję Go jako Zbawiciela (pokuta, etyka) i Pana (posłuszeństwo, polityka).

Kto ma oczy do patrzenia

...niech patrzy. – Jezus wypowiadał podobne zdanie odnośnie uszu. Ale, jak się okazuje, można mieć również oczy, którymi się nie widzi.

I wcale nie mam na myśli faryzeuszy, którzy widząc cuda i znaki, domagali się znaków. Ślepi, czy jak? No tak. Ale chcę napisać o czymś innym. Jak rażącą obojętnością wykazują się nieraz ludzie. Znaczy my.

Każdy chyba słyszał historie o tym, jak wśród świadków wypadku nikt nie kwapił się do udzielenia pierwszej pomocy lub choćby wezwania pogotowia. Albo inny przykład: czytałem, że pewien Rosjanin, słysząc o niedawnych gwałtach w Kolonii, instynktownie zapytał: gdzie byli niemieccy mężczyźni?

Kiedy Izrael obozował w Moabie, oczekując na odroczony czas wejścia do Ziemi Obiecanej, mężczyźni zaczęli się uganiać za Moabitkami. Seks z obcymi, prostytucja, zwana ładnie nierządem – były dopiero początkiem złego:

One to nakłaniały lud do brania udziału w ofiarach składanych ich bożkom. Lud spożywał dary ofiarne i oddawał pokłon ich bogom. Izrael przylgnął do Baal-Peora, i gniew Pana zapłonął przeciw niemu. (4 Moj. 25:2-3, BT)

Mojżesz odebrał polecenie, by zabić wszystkich, którzy się umoczyli w tych bałwochwalczych orgiach. Powiesić, czy wbić na pal – pewne, że był to wyrok okrutnej śmierci. Czy to była sprawiedliwa decyzja? W sytuacji, gdy Bóg wyrwał ich z niewoli i przez dziesiątki lat cudem utrzymywał cały naród przy życiu na pustyni, znosząc z ich strony narzekania i zniewagi… moim zdaniem tak.

Egzekucji miał dokonywać nie sam Mojżesz, ale sędziowie Izraela: „Zabijajcie każdego z waszych ludzi, którzy się przyłączyli do Baal-Peora”. A gdy to mówił, cała ta sprawa, jak się zdaje, nabierała rozpędu. Wszyscy już wiedzieli, normalka, bez wstydu.

I oto przybył jeden z Izraelitów i przyprowadził Madianitkę do swoich braci przed oczami Mojżesza i całego zgromadzenia Izraelitów, którzy lamentowali u wejścia do Namiotu Spotkania. Ujrzawszy to kapłan Pinchas, syn Eleazara, syna Aarona, chwycił w rękę włócznię, opuścił zgromadzenie, poszedł za Izraelitą do komory namiotu i przebił ich obydwoje, mężczyznę Izraelitę i kobietę – przez jej łono. I ustała plaga wśród Izraelitów. (4 Moj. 25:6-8, BT)

Pierwszy gorliwy – Pinchas. Ot, zawsze musi się jakiś znaleźć. Czyżby? Warto zwrócić uwagę na te dwa momenty: 1. „przybył na oczach Mojżesza i całego zgromadzenia”, 2. „zobaczył to Pinchas”.

Coś się dzieje na oczach wszystkich, ale tylko jeden naprawdę to zobaczył! Bo zareagował. Zabił, można powiedzieć, w afekcie. Wyobrażam to sobie, ale nurtuje mnie: czy ja w swoim codziennym życiu tak gwałtownie, szczerze i bezwarunkowo potrafię reagować na zło, w tym cierpienie, którego jestem świadkiem? Coś się dzieje na moich oczach, a może naprawdę to widzę i… działam?

Zrób sobie dobrze, zadbaj o seks

Czy Bóg istnieje? Panuje zło, więc może deiści mają rację: Bóg – wielki zegarmistrz – puścił świat w ruch i tak go zostawił. Pytam: a jak mogę poznać Boga, skoro odwracam się do Niego plecami?

Globalnie Bóg działa, nie ma wątpliwości. Ale indywidualnie bywa różnie. Jeśli odwrócę się do Boga plecami, to na pewno nie poznam go jako Taty, ale jako tego „wielkiego zegarmistrza”, który może istnieje, ale ma mnie w nosie. Pytanie, które postawiłem na wstępie jest bardzo aktualne w czasach seksualnej dowolności. Elton John powiedział kiedyś: People should be very free with sex, but they should draw the line at goats. (Ludzie powinni czuć się bardzo swobodnie z seksem, ale powinni wyznaczyć granicę na kozach.) To może brzmi śmiesznie, ale często właśnie życie seksualne przeszkadza w spotkaniu Boga. Pornografia, masturbacja, cudzołóstwo – to często spotykane sposoby na „odwrócenie się do Boga plecami”.

Mogę to zaświadczyć własnym przykładem. Nawróciłem się i poznałem Boga, gdy miałem dziesięć lat. Ale Bóg zaczął dla mnie coś znaczyć jako żywa osoba dopiero kilka lat później, tzn. wtedy, gdy zacząłem usilnie starać się o czystość, jawność przed spowiednikiem, szczerość przed Bogiem, który kochał mnie nawet brudnego i grzesznego, ale oczekiwał też pokuty, tzn. powrotu swojego „marnotrawnego syna”.

Czy seks rzeczywiście jest taki ważny? Tak! W księdze proroka Aggeusza Bóg wzywa Izrael, żeby odbudował Jego świątynię, bo chce błogosławić swój lud:

– Otóż teraz zwróćcie uwagę na czas obecny i przeszły, zanim położono kamień na kamieniu w świątyni Pana, jak wam się powodziło? Gdy ktoś przyszedł do kupy zboża z dwudziestu ef, było ich tylko dziesięć; gdy ktoś przyszedł do prasy winnej, aby naczerpać pięćdziesiąt wiader wina, było ich zaledwie dwadzieścia. Smagałem posuchą, rdzą i gradem plony całej waszej pracy, a jednak nie nawróciliście się do mnie – mówi Pan. – Zwróćcie uwagę na czas obecny i przeszły, od dwudziestego czwartego dnia dziewiątego miesiąca, to znaczy od dnia, gdy położono kamień węgielny pod świątynię Pana, zważcie! Czy brakuje jeszcze nasienia w spichrzu i czy krzew winny, drzewo figowe, drzewo granatu lub drzewo oliwne nie wydają nadal owocu? Od dnia dzisiejszego Ja będę wam błogosławił. (Agg. 2:15-19, BW)

A co ma wspólnego świątynia w starożytnym Izraelu z seksem? Wiadomo, że ludzkie ciało także jest świątynią, którą można odbudować lub zniszczyć. Apostoł Paweł przestrzega przed niszczeniem, używając greckiego słowa porneian, co oznacza cudzołóstwo, seksualną niemoralność lub, jak czytamy w polskich przekładach, rozpusta (BT), wszeteczeństwo (BW, BG):

Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie? Za (wielką) bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele! (1 Kor 6:18-20, BT)

Te ostatnie słowa rozumiem prosto: zadbajcie o dobry seks.

Nie będę grać bez dyrygenta

Natknąłem się na pewną krytykę poprzedniego wpisu. Mam więc kilka uwag.

Po pierwsze, celowo nie wgłębiałem się w temat szkodliwości seksu przed ślubem. Zakładam, że przykazania są instrukcją udanego życia. Nie ważne, ile obiektywnych badań to potwierdza. Ja natknąłem się na dwa takie, najprawdopodobniej jest ich wiele.

Po drugie, wcale nie zadaję sobie pytania o granice. Takie pytanie zawiera założenie, że pożądanie jest nieuniknione, zatem trzeba nałożyć sobie mniejszy lub większy kaganiec. A ja myślę, że kagańca nie trzeba, jeśli nie będę pożądał. Pytam więc: co zamiast pożądania?

Po trzecie, przyznaję, że końcówka mogła zawierać skróty myślowe, a przez to traciła moc przekonywania. Postaram się te skróty rozwinąć. Pierwszy punkt był bardziej zrozumiały niż drugi, dlatego poświęcę mu mniej miejsca.

1. Zamiast pożądania ciała polecam pożądanie bożych dróg. Innymi słowy, tym, co mnie najbardziej podkręca, nadal jest miłość, ale w dużo szerszej perspektywie. W praktyce mój horyzont poszerza modlitwa. Kiedy regularnie się modlę, widzę więcej sposobów na czułość, intymność, oddanie. Widzę ich całe bogactwo. Z kolei wąski horyzont dobrze ilustruje cytat „Jeśli nie idziesz ze swoim chłopakiem do łóżka, to co robicie przez cały czas?”. Oczywiście boża perspektywa, do której dążę, wykracza daleko poza okazywanie miłości ukochanej. Oprócz niej są inni ludzie.

2. Zamiast pożądania tu i teraz polecam pożądanie tam i wkrótce. Zamiast pożądać Saraj, będę pożądał Sarę. Tyle tylko, że Sara jest kimś z przyszłości. Dlaczego mam na nią czekać? Ponieważ to Sara jest księżniczką i Sara otrzyma błogosławieństwo, spełnienie obietnicy. A skąd u mnie taka pewność, że seks z Saraj mi nie smakuje? Jak mogę być wiarygodny, mówiąc to? Nie pisałem nic o tym, czy smakowałem, więc może wcale nie wiem, co smakuje, a co nie. Moją deklarację osłabia fakt, że w gruncie rzeczy Saraj i Sara to ta sama kobieta. No cóż, argument mam jeden: dużo bardziej pragnę mojej żony, niż pragnę mojej narzeczonej. A wiem, że najlepiej smakuje to, czego najbardziej się pragnie.

Może seks z Saraj nie smakuje, a może trochę smakuje, a może dość dobrze smakuje – co za różnica? Nie zamierzam sprawdzać, czy rzeczywiście zawarcie przymierza polepsza jakość fizycznych i duchowych doznań. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Warto wierzyć tacie na słowo, że kijek struga się od siebie, a nie do siebie, a z piciem wina warto jednak poczekać, nawet jeśli nie zdążyłem pojąć, dlaczego. I to wcale nie odbiera mi mojej wolności. Jak pisze Paweł apostoł,

Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko mi wolno, lecz ja nie dam się niczym zniewolić. (1 Kor. 6:12, BW)

Może ktoś mówić mi, że to głupie. A ja jednak uparcie myślę i czuję, że mógłbym posuwać się w dotyku dalej, ale to wciąż nie będzie TO, czego najbardziej pragnę. Lepiej więc powstrzymywać się. Orkiestra może próbować wykonać utwór, może iść coraz dalej, każdy z członków nauczy się doskonale swojej partii, dojdą wreszcie do finału, jakoś to zabrzmi… Ale bez dyrygenta to nadal nie będzie TO. Nie wiem tego, nie wiem, tylko wierzę i rozumuję, że tym dyrygentem jest duchowa jedność.

Podsumowując, pożądanie potrafię okiełznać, jeśli przestaję się na nim skupiać.

I to jest na razie ostatni wpis w tym temacie, bo balansowanie na granicy prywatności jest nie tylko karkołomne dla mnie, ale i dość wymagające dla niej 🙂

Seks z Saraj mi nie smakuje

To, co Jezus powiedział o cudzołóstwie w kazaniu na górze, właściwie już opisałem. Ale moje doświadczenie ostatnich miesięcy mówi mi, że nie wyczerpałem tematu.

Napisałem już o pożądliwości oczu (w naturze czy w obrazkach), o masturbacji (koncentrat egocentryzmu), o niewierności (zaczyna się od niewiary w nią/ w niego). To wszystko jest przez Jezusa napiętnowane (Mat. 5:27-32, BW – omówione w dwóch ostatnich wpisach).

Można to uprościć. Mojżesz napisał: nie cudzołóż (nie idź do łóżka z kimś, kto nie jest twoją żoną). Jezus powiedział: nawet nie patrz pożądliwie na kogoś, kto nie jest twoją żoną, nie wyobrażaj sobie nic takiego i nie masturbuj się. A ponadto: nie poślubiaj opuszczonej i nie opuszczaj poślubionej (sobie).

A co z seksem przedmałżeńskim? Nie warto – mówi wiele badań. Ale badania nie przekonują, kiedy zostajemy sami. I bądź tu mądry! Narzeczeństwo (itp.) to czas pytania: dlaczego nie możemy się kochać, skoro się kochamy? Jest to taki okres, w którym czuję, jakby ona była już moja, a ona jeszcze nie jest moja i również ja nie jestem jej. To bardzo ważne. Stąd wynikają kompromisy. Kompromis wpuszcza na dobry teren trochę zła. Dużo lub mało – to zależy, gdzie przechodzi granica.

I zdaje mi się, że każdy kto nie jest seks-liberałem, zastanawiał się, gdzie te granice stawiać. Kiedyś może nie każdy, bo tradycja wyręczała ludzi w stawianiu sobie granic. Ale dziś sikamy na tradycję, nie? Dziś ogromna większość moralnych decyzji należy do jednostki. Czy to dobrze? Chyba… i tak, i nie. Ale to osobny temat.

W każdym razie wobec silnych pragnień i nieskrępowanej tradycją woli, niezwykle trudne jest wyznaczanie granic na bazie zasad wiary. Czy mam narysować mapę ciała mojej dziewczyny i zaznaczyć obszary, które mogę dotykać, różnicując: czym, jak i przez co dotykać? Przecież to absurd. Nawet technicznie byłoby to trudne, a co dopiero moralnie!

Ale jeśli stawianie granic jest mądre, to tak właśnie powinienem zrobić. Nie, nie jest mądre. Odkryłem jednak wyjście z tej tragicznej i bezpłciowej sytuacji, która pozbawia mnie męskości.

Jezus mówi: nawet nie patrz, nie myśl pożądliwie. Według mnie dotyczy to również narzeczonej. Ale ona jest szalenie piękna, a poza tym już prawie moja, no więc jak mam jej nie pożądać? Lepiej zapytać: co zamiast pożądania?

Potem rzekł Bóg do Abrahama: Saraj, swej żony, nie będziesz nazywał Saraj, lecz imię jej będzie Sara. Będę jej błogosławił i dam ci z niej syna. Będę jej błogosławił i stanie się matką narodów, od niej pochodzić będą królowie narodów. (1 Moj. 17:15-16, BW)

Co to ma wspólnego z seksem przedmałżeńskim? Są dwie rzeczy, którymi można zastąpić pożądanie. Po pierwsze, Abraham był posłuszny Bogu i to był sens życia tego prostego człowieka, ojca wielu narodów. Taka postawa naprawdę daje dużo luzu. Jeśli pragnienie nie jest całym moim światem w TYM momencie, to łatwiej jest mi opanować się, bo wychodzi to jakoś naturalnie.

Po drugie, to imię: Sara, znaczy ‘księżniczka’. Tak mam myśleć o narzeczonej, kiedy patrzę na nią lub kiedy chcę ją dotknąć. No, to jest tylko tani chwyt. Chodzi o coś więcej. Trzeba zauważyć, że Saraj była niepłodna, a Sara urodziła dziecko – w rok po zmianie imienia, w wieku 90 lat. Była to część obietnicy. Co z tego? Podobnie mi Bóg mówi: ona będzie dla ciebie księżniczką, a reszta należy do mnie. W imieniu Sara jest klucz do sensu, spełnienia. Seks z Saraj nie smakuje tak dobrze, a może w ogóle nie smakuje? Przewiduję, że seks smakuje tylko z Sarą, czyli z żoną.

Na koniec jedno skojarzenie: mój przyjaciel, kiedy wraca z nieudanej randki, mawia: – Niby fajna, ale dzieci z tego nie będzie. – Bawi mnie to, a przy okazji myślę, że te słowa niedaleko leżą od bożej perspektywy. (Edit: to nie znaczy, że prokreacja jest jedynym celem! Myślałem, że to już oczywiste w dzisiejszych czasach, kiedy nawet kościół katolicki w osobie np. o. K. Knotza głośno naucza o innych celach.)

Tym wpisem stawiam sobie kolejne wyzwanie, bo choć wałkuję ten temat nie od dziś, wciąż nie jestem doskonały.

P.S. Może dla niektórych rysowanie mapy ciała nie byłoby takim głupim pomysłem. Bo zanim skończyliby pracę nad tym „dziełem życia”, odechciałoby im się seksu ze sto razy 🙂

Ten post doczekał się krytyki, na którą odpowiadam tutaj.

Ktokolwiek by się puścił

W ostatnim wpisie pominąłem pewne słowa Jezusa. Pomyślałem, że mnie one nie dotyczą. Nie mam żony, tylko narzeczoną. Ale okazało się, że to nie do końca dobra wymówka.

Powiedziano też: Ktokolwiek by opuścił żonę swoją, niech jej da list rozwodowy. A Ja wam powiadam, że każdy, kto opuszcza żonę swoją, wyjąwszy powód wszeteczeństwa, prowadzi ją do cudzołóstwa, a kto by opuszczoną poślubił, cudzołoży. (Mat. 5:31-32, BW)

Jaki jest powód opuszczenia żony, poza „powodem wszeteczeństwa”?. Co może skłonić faceta do opuszczenia żony, poza tym, że ona go zdradziła albo, mówiąc gorzej, puściła się? No chyba tylko to, że on sam się puścił. Mógł mieć jakąś inną na oku, która zabrała jego serce i myślał: „ta kobieta jest lepsza”. Ale mógł też myśleć „o, losie, wszystkie kobiety już lepsze od niej, tej zawistnej jędzy, wariatki, znieczulonej złośnicy”. Albo łagodniej: „już nie jest taka, jak dawniej”.

Takie postawienie sprawy skłania do oglądania się za innymi kobietami. Na wstępie są małe, niby niewinne myśli: ładna, niegłupia, interesująca. No to co? Śmieje się mądrze, pracowita, inteligentna. No to co? To już nie można zauważać zalet? Można. Można aż do tego momentu: „A czy pasuje do mnie?” To jest pierwszy krok, wprawdzie delikatny, ale już wstydliwy, jeśli chcę być szczery przed wszystkimi.

Ile takich pytań musi padać w myślach ludzi? O ileż łatwiejsze to jest niż zdrada (seksualna), która przecież zdarza się powszechnie, mimo że wszystkim wydaje się niewybaczalnym błędem. Wszystkim poza… może tylko Stomilem, mężem Eleonory z „Tanga” Mrożka.

Podstawowe pytanie: czy wierzę, że ona jest dla mnie najlepsza na świecie? Małżeństwo nie gwarantuje, ale pozwala i zobowiązuje do tego, by w to wierzyć.

I nie tylko małżeństwo pozwala. Narzeczeństwo też i w ogóle każda relacja, której chcę być wierny. I nawet nie musi to być wiara doświadczona. Posłuszeństwo zaczyna się od prostego poczucia odpowiedzialności i pragnienia czystości.

Być albo nie być. Świnią

Znudziło mi się chrześcijaństwo, o którym nie mogę mówić z pasją moim przyjaciołom. Im nie sprzedam ściemy, bo mnie znają. Chcę przygody lepszej niż wszystko inne. A konkretnie…

Wyzwanie pierwsze to gniew. Z przyjemnością zwracam na to baczną uwagę i pilnuję się. Do doskonałości jeszcze długa droga, więc myślałem, że nie najdzie mnie ochota na kolejne przykazania. Ale po dwóch dniach właśnie zapragnąłem więcej. Co jest w kazaniu na górze następne w kolejności?

O, nie.

Cudzołóstwo. Nie można odłożyć tego na za tydzień? Albo, albo w ogóle na później jakoś? Przecież ja już wszystko o tym wiem! A przynajmniej tak mi się wydaje.

Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim. Jeśli tedy prawe oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie, albo wiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby całe ciało twoje miało pójść do piekła. A jeśli prawa ręka twoja cię gorszy, odetnij ją i odrzuć od siebie, albowiem będzie pożyteczniej dla ciebie, że zginie jeden z członków twoich, niż żeby miało całe ciało twoje znaleźć się w piekle. (Mat. 5:27-30, BW)

Najgorsze jest to, że słyszę, czytam te kilka wersów już po raz setny, dwusetny! I co? I najczęściej sobie myślę: może i patrzyłem, może i tego… Ale przecież oka se nie wyłupię, ręki nie odetnę. Jezusowi nie o to chodziło.

Właśnie o to mu chodziło! Chciał być dosadny i już bardziej nie mógł. No chyba, że stałby się wulgarny. Wszak jeszcze inne rzeczy można odcinać. Dlaczego nigdy o tym nie myślałem? Żyć bez oka? Jezu! Żyć bez prawej ręki? A on mówi, że to lepsze niż kompromisy, niż te „małe” grzeszki; pożądliwe spojrzenia, ma… masturbacja (uf, trudne słowo). A co innego Jezus mógł mieć na myśli, mówiąc „prawa ręka twoja cię gorszy”?

Przecież nie mówił o dotykaniu kobiety! Bo to dla Żydów był elementarz. On chciał ustawić poprzeczkę wyżej niż Mojżesz, jeden z pierwszych prawników. To znaczy tam, gdzie była na początku. Już uciekam od tematu (z lubością).

Stawką nie jest czyste sumienie! Stawką nie jest grzeczny chłopczyk z ulizaną grzywką, który boi się dotknąć myszki. Komputerowej. Na miłość… Kogo to obchodzi? Bądźmy dojrzali. Stawką jest kompletny facet! Nie pozbawiony oka ani prawej ręki. Stawką jest ciekawe życie, trójwymiarowe i silne.

Mówią: facet to świnia. A to jest jego być albo nie być. Bo on, bo ja… chcę tego i nie chcę zarazem. Chcę, pod pewnymi warunkami. Takimi, jakie jasno stawia Jezus, który świnią nie był. Nie chcę być niekompletny, niemęski, nieprzydatny, niewidomy. A do tego jest jedna droga: żadnych wyjątków, nawet najmniejszych.

Publiczna spowiedź? A kto z czytelników może zdawać sobie sprawę, ile i co jest za mną lub przede mną? Bóg patrzy z góry (a może właśnie z boku?) na nas i na nasze grzechy i mam wrażenie, że On i śmieje się, i płacze. Płacze, bo odrzucam go, zapominam o jego miłości. Śmieje się, bo te grzechy są tak naiwne, małe i głupie – bez względu na to, jak bardzo wydają mi się ogromne. Mam nad nimi panować. I tak podjąłem drugie wyzwanie.