Było źle, ale było warto

Nie wiem jak wy, ale ja najlepiej wspominam te rzeczy, które nie były najprzyjemniejsze, za to dziś wiem o nich jedno: już ich nie ma. A ja jestem i mam się dobrze.

Dałem radę, wytrzymałem, przetrwałem, przebrnąłem, doszedłem. Było źle, trudno i nie tak, jak chciałem, zamierzałem, marzyłem, ale… Czyż teraz nie jestem silniejszy, mądrzejszy, szczęśliwszy?

Pamiętam choćby taką sytuację w górach, ukraińskich Gorganach: zaszliśmy ścieżką w ślepy zaułek; za nami zaginiony, nieoznaczony szlak. Przed nami nieprzebrane połacie kosodrzewiny i głazów.

Zdołaliśmy znaleźć awaryjne miejsce na rozbicie namiotu tuż przed zachodem słońca, podrapani do krwi, wycieńczeni, niepewni powodzenia dalszej wędrówki i… szczęśliwi.

Tam, przy ognisku, po kąpieli z małej, górskiej strużki było nam naprawdę błogo, choć tego dnia poznaliśmy swoją słabość. I również nauczyliśmy się czegoś. Dzięki temu i podobnym doświadczeniom mogę trochę rozumieć słowa psalmisty:

„Błogo mi, że byłem poniżony, bowiem nauczyłem się Twoich ustaw.” (Ps.119:71, NBG)

To było dla mnie dobre, że zostałem upokorzony, utrapiony, zmartwiony, coś mi dolegało, dopuściłeś do mojego cierpienia, moje kłopoty i troski wyszły mi na dobre, bo zmusiły mnie do nauki twoich zasad, praw; to mnie nauczyło uważać na twoje słowa. Było mi dane posiąść tę wiedzę, umiejętność.

Specjalnie parafrazuję ten werset tak obszernie, zgodnie z innymi tłumaczeniami, bo na pierwszy rzut oka wydaje się absurdalny. Bądźmy szczerzy: masochistyczny. Ale jest w nim głęboki sens i prawda potwierdzona w naszych życiowych doświadczeniach. Tak, „naszych”, bo każdy takie ma.

Co z tym fantem zrobić

Spotyka mnie nieszczęście. Co robię? Biadolę nad swoim losem? Słabo. Mam nadzieję, że czegoś mnie to nauczy na przyszłość? Lepiej… A może wezmę przykład z Józefa?

Józef pod koniec swojego życia potwierdził to, co trzymało go na dobrym kursie przez 110 lat chodzenia po ziemi: umiejętność wygrzebywania się z sytuacji beznadziejnych. Józefa spotkało wiele nieszczęść, przy czym właściwie nigdy nie była to jego wina. Były to sytuacje, w których każdy normalny człowiek zastanawia się: dlaczego mnie to spotkało? Czym sobie zasłużyłem? I nie znajduje odpowiedzi.

Józef także nie znajdował odpowiedzi. Jedyne, co miał, to wiarę, że Bóg potrafi każde zło obrócić w dobro. Kiedy umarł jego ojciec, braci Józefa ponownie ruszyło sumienie i zdjął strach, że ich młodszy brat może się zemścić. Wysłali więc do Józefa wiadomość.

[Bracia Józefa:] Tak powiedzcie Józefowi: Ach, przebacz braciom swoim ich występek i ich grzech oraz zło, które ci wyrządzili. Odpuść przeto teraz występek sług Boga ojca twego. I zapłakał Józef, gdy to mówiono do niego. Potem przyszli bracia jego, upadli przed nim i rzekli:
— Sługami twoimi jesteśmy. – A Józef rzekł do nich:
— Nie bójcie się! Czyż ja jestem na miejscu Boga? Wy wprawdzie knuliście zło przeciwko mnie, ale Bóg obrócił to w dobro, chcąc uczynić to, co się dziś dzieje: zachować przy życiu liczny lud. (1 Moj. 50:17-20, BW)

Mam wrażenie, że doświadczenie nauczyło Józefa, by w każdym nieszczęściu węszyć jakieś dobro, które Bóg dla niego szykuje. Potrafił więc z nadzieją patrzeć w przyszłość, jak również pozytywnie myśleć o przeszłości. Zamiast skupiać się na bólu, ranach i żalu, dostrzegał dobre następstwa bolesnych doświadczeń, krótko mówiąc: sens takiej, a nie innej życiowej drogi. To jest genialna, złota nauczka. Nie wiem, jak was, ale mnie ekscytuje już sama myśl o tym, jak dobre owoce może to przynieść w praktyce!

Józef – lider z bożej łaski

Ostatni wpis poświęcony mojej lekturze Biblii „od deski do deski” to „Usuńcie obcych” z 10 czerwca. A teraz kolejny, który również dotyczy Jakuba-Izraela, ale w sposób szczególny.

Bo oto czytając Księgę Rodzaju (1 Moj.), dotarłem do miejsca, gdzie definitywnie kończy się historia Izaaka i jego starszego syna – Ezawa. Pozostaje sam Jakub – w roli patriarchy, nestora. I pierwsze ciekawe spostrzeżenie, że napisano: „A oto dzieje rodu Jakuba: Gdy Józef miał…” (1 Moj. 37:2). Józef – najmłodszy z dwunastu synów – okazuje się być postacią kluczową, centralną dla dalszej narracji!

Na ogół czyta się historię Józefa do końca i dopiero wyciąga wnioski. Ja uznałem, że już z pierwszego rozdziału (1 Moj. 37) można wyciągnąć coś cennego, czegoś się dowiedzieć o tym człowieku, jakoś zidentyfikować z nim, nauczyć na jego przykładzie. Podkreśliłem sobie kilka zdań, charakteryzujących Józefa i zaraz znalazłem wspólny mianownik:

pasał trzodę z braćmi swymi (…) i donosił Józef ojcu ich, co o nich mówiono złego (2)

– osobliwość: pasał i donosił. Pracował przy trzodzie, ale skupiał się na czymś innym. Możemy się domyślać jego motywów: był kapusiem? A może chciał tylko obnażać słabości, powodowany chęcią poprawy całej rodziny? Na pewno wiadomo, że

Izrael kochał Józefa najbardziej (3)

A zatem Józef miał solidne podstawy, by czuć się wyróżniony, by poczuwać się do roli LIDERA. Ale jak wiadomo, w takich sytuacjach łatwo o zazdrość. I rzeczywiście, pozostali bracia z zazdrości

nienawidzili go (4)

To nie koniec! Napisano dalej, że

miał Józef sen (5)

(a nawet wiele snów proroczych i interpretacji, jak wiemy z kontekstu), a zatem był osobą obdarzoną przez Boga zdolnością widzenia i przewidywania – czyż to nie pasuje do lidera? W dodatku sen dotyczył właśnie odgrywania roli przywódcy, autorytetu, co potwierdzają słowa braci:

czy chciałbyś naprawdę królować nad nami? (8)

Także ojciec z czasem zaczął powierzać Józefowi zadania nadzorcy (zgodnie z predyspozycjami? przeznaczeniem? powołaniem?):

Idź więc i zobacz, jak się mają bracia twoi i co się dzieje z trzodą (14)

Tylko że nawet nadanie roli lidera przez wyższy autorytet, nie gwarantuje sukcesu, tzn. tego, że inni cię uznają. Tak było z Józefem, z którego bracia złowieszczo drwili:

idzie ów mistrz od snów (19)

Nie tylko go nie uznali, ale nawet postanowili zabić, a ostatecznie

wyciągnęli Józefa ze studni na górę i sprzedali Ismaelitom (28)

A ojcu skutecznie zasugerowali, że syna stracił bezpowrotnie, pokazując mu szatę zbroczoną w koziej krwi.

Znaleźliśmy to! Rozpoznajże, czy to szata syna twego (32)

Mniej istotne jest, czy i jak pozbyli się „problemu”. Bardziej mnie interesuje, co czuł Józef. W dalszych rozdziałach potwierdza się, że był powołany do bycia liderem (jak każdy z nas, w pewnym sensie). Wiedział o tym, ale los, jaki go spotkał, zaprzeczał temu w najbardziej jaskrawy i bolesny sposób, jaki można sobie wyobrazić: niezrozumiany, wykpiony, odrzucony, znienawidzony, fizycznie zraniony i sprzedany. Kim teraz się stał? Niewolnik-lider – śmiechu warte!

Diabeł zawsze uderzy cię w to miejsce, które ma się okazać twoją najsilniejszą stroną. Uderzy cię, zanim jeszcze zdążysz dojrzeć do swojej roli. A może tak właśnie wygląda dojrzewanie? Na szczęście możemy liczyć na bożą łaskę – taką, jaka była nad Józefem.

Pragnienie siły

Czasami czuję, że potrzebuję wyjąć ze Słowa pocieszenie. Pocieszenie, które jest też pouczeniem: co myśleć w mojej sytuacji? Pocieszenie, które jest wzmocnieniem, żeby się nie poddawać.

I żeby wiedzieć, jak walczyć, kiedy już nie mam na to siły. Kiedy wiem, że powinienem przestać się prężyć, tylko odpocząć. A żona tyle za mnie robi i jeszcze mi pomaga. Tyle spraw zaniedbałem, tyle… A może jednak mógłbym to zrobić, może dałbym radę, a nie dałem – do kitu z tym. Znaczy: nie sprawdziłem się.

Nie wiem, jak coś takiego znoszą kobiety, ale dla mężczyzny ograniczenie mocy do działania jest chyba jednym z najbardziej depresyjnych czynników. Ale smutek nie jest bożą wolą dla nikogo, może tylko na krótki czas żałoby (to nie mój przypadek). Mam się po prostu cieszyć. Na tę okoliczność przypomina mi się w pierwszej kolejności popularny werset z Drugiego Listu do Koryntian:

– Dość masz, gdy masz łaskę moją, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości. – [Powiedział Pan do Pawła – przyp. JPZ] Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa. (2 Kor. 12:9, BW)

Wiadomo, że Pawłowi coś dolegało. Twierdził, że to miało sens: męczyło go, żeby się zbytnio nie wynosił. Możliwe. Każdy szuka uzasadnienia dla własnego cierpienia, kiedy go coś dopada. Ja też szukałem. Czy to mi coś dało? Na pewno nie siłę ani moc.

Ale tutaj jest mowa o tym: pełnia mocy okazuje się/doskonali/najlepiej działa w słabości. Jak to mam rozumieć w mojej sytuacji? Nie widzę, żeby przez tę moją słabość jakaś moc tryskała. Nic takiego nie ma miejsca. Czy moja słabość, to jest ta słabość, o której tu mowa? Pomógł mi słownik biblijny, kliknąłem na to słowo, którego używa Paweł i oto, co zobaczyłem (własne tłum. z ang.):

Słabość może dotyczyć
1) ciała, jako niemoc
a. naturalna, przyrodzona słabość, wątłość, kruchość
b. ułomność, niedołęstwo, choroba
2) duszy, jako pragnienie siły, zdolności, by
a. zrozumieć rzeczy
b. czynić rzeczy wspaniałe, chwalebne
c. powstrzymać grzeszne pragnienia
d. znieść próby i kłopoty

Wszystkie te punkty zaskakująco ściśle ze sobą związane. Przynajmniej dla mnie, kiedy łączą się z moimi uczuciami. Zupełnie rewolucyjny dla mojego rozumowania jest punkt drugi: słabość jako pragnienie siły! Wszystkie te (pod)punkty pozwalają mi też zrozumieć, jak może się okazać pełnia mocy Chrystusowej: w ciele – przez nadnaturalne uzdrowienie (wciąż w nie wierzę), w duszy – przez zaspokojenie pragnień, które nie pojawiłyby się (nie z taką mocą), gdybym nie doświadczał co jakiś czas słabości.

Zostanie z ciebie mokra plama

Jeśli bardzo zależy mi na czymś ważnym, to na pewno będzie ciężko. Co w takim razie myśleć o cierpieniu? Czy jest ono w jakiś sposób cenne, a może nie ma sensu?

Kiedy przychodzi nieszczęście, czyli shit happens, mam wybór:

  • mogę wziąć to na klatę i iść dalej z nadzieją, że to trudne doświadczenie uzdolni mnie do czegoś,
  • mogę się z tym nie pogodzić i postawić w roli ofiary, która albo się poddaje i zostaje cierpiętnikiem, albo jeszcze walczy i zostaje bohaterem tragicznym – to już nie ma większego znaczenia.

Pogodzenie się z cierpieniem jako czymś, co może wyjść na dobre – to nazwałbym cechą dojrzałego człowieka. Jest to cecha, której każdy się uczy chyba przez całe życie. Napisałem „każdy”? Przepraszam, był pewien człowiek, o którym wiem, że nigdy się nie wahał. Owszem, przeżywał takie uczucia jak lęk, stres, ból odrzucenia, wstyd, ale nie cofał się przed tym, co uznawał za słuszną drogę, choć mogło mu sprawić przykrość. Oczywiście myślę o Jezusie, a „przykrość” to mało powiedziane. Jezus przeżył coś więcej niż przykrość, przeżył swoją mękę i śmierć, jeśli można tak powiedzieć. Tuż przed tym, jak został wydany, z jego czoła płynął krwawy pot. Po co? Chyba każdy wie: żebym ja i ty, i każdy człowiek mógł być zbawiony z łaski przez wiarę, nie z uczynków…

Cierpienie Jezusa miało sens. Ale co ze mną? Chyba każdy w trudnych chwilach pyta: jaki sens ma moje cierpienie? Mój ból, łzy, zawód, jęki, bezsilna złość i płacz? Tadeusz Nalepa śpiewał taką piosenkę „Kiedyś ci wierzyłem” z tą niezapomnianą puentą: Powiedz Ojcze nasz (…) Powiedz czemu dźwigać mam twój krzyż? Nieśmiało odpowiem za Boga: może właśnie dlatego, żebym ja i tysiące fanów mogli słuchać tych przejmujących piosenek i szukać odpowiedzi na trudne pytania?

Niedawno wracałem z gór, a w Skoczowie odwiedziłem znajomych i ich kościół. Na kazaniu padły słowa, które były dla mnie inspiracją do napisania tego posta: kiedy Bóg dopuszcza, byś był miażdżony przez okoliczności, On też podniesie cię i wysłucha, będzie cię trzymał tak, byś to przeszedł, przetrwał. A ty wylewaj przed nim swoje serce, tak jak Ewa po śmierci Abla, jak Anna, przyszła matka Samuela, o której kapłan Heli pomyślał, że jest pijana, tak jak Maria, oblewająca stopy Jezusa łzami i perfumami (bez których była skończona jako prostytutka). A ja zaryzykuję i dodam: …i tak jak Nalepa!

Wyrażenie „miażdżony przez okoliczności” jest nieprzypadkowe. Głoszący przyrównał Jezusa i Ducha Świętego do oliwek i oliwy. Ile potrzeba zmiażdżyć oliwek, lnu, lawendy… do wyprodukowania jednego litra oleju? Ile trzeba było cierpienia i krwi Jezusa, aby został on uwielbiony, a Duch Święty – wylany? Trzeba było całej krwi i cierpienia bez granic…

A w ostatnim, wielkim dniu święta stanął Jezus i głośno zawołał: Jeśli kto pragnie, niech przyjdzie do mnie i pije. Kto wierzy we mnie, jak powiada Pismo, z wnętrza jego popłyną rzeki wody żywej. A to mówił o Duchu, którego mieli otrzymać ci, którzy w niego uwierzyli; albowiem Duch Święty nie był jeszcze dany, gdyż Jezus nie był jeszcze uwielbiony. (Jan. 7:37-39, BW)

A ile ja muszę znosić zgniatanie i łzy, abym był zdolny współczuć i poświęcić się dla słabszego człowieka? Bo co z tego, że Duch jest mi dany z łaski i nie muszę na to zasłużyć? Wciąż przecież może mnie spotkać los Jonasza, czyż nie? Rzeczywiście, wielu jest współczesnych Jonaszów, którzy nie chcą się narażać, Piotrusiów Panów, którzy nie chcą dojrzeć, facetów, którzy nie zamierzają cierpieć…

Hipopotam i krokodyl

Oto boży argument przeciw mojemu narzekaniu. Co mogę dobrego napisać o Bogu, skoro dopuścił na mnie chorobę i skoro nie jest to kara (bo przecież zbawił mnie)?

Mam już dość, mam to wszystko gdzieś, nie mam siły! Co ja mogę dobrego napisać, skoro czuję się marnie, bezużytecznie, bez siły i nadziei nawet? Nie mam ochoty na nic, nawet na to, na co miałbym teraz ochotę. To nie ma sensu, ten cały ból i bezsilność. Nie ma sensu mój ból i cierpienie.

Podobnie czuł się i mówił Job, na co Bóg odpowiedział w przedziwny sposób. Postanowiłem to spisać, streścić i zrozumieć:

Czy miałeś, masz jakiś udział w stworzeniu? Co wiesz o naturze świata? Na czym są osadzone jej (Ziemi) filary albo kto założył jej kamień węgielny? (Job. 38:6, BW – notabene: polecam ten tekst) Którędy prowadzi droga tam, gdzie przebywa światłość, a gdzie jest miejsce ciemności, (Job. 38:19, BW). Czy masz moc powołać świt, przesuwać gwiazdy i chmury, spuszczać deszcz, dopilnować równowagi w naturze, właściwego jej rozwoju i charakteru, w pełni zawładnąć zwierzęciem i powierzyć mu ważne zadania?

Czy chcesz rzeczywiście podważyć moją sprawiedliwość, pomówić mnie o krzywdę, aby okazać, że masz słuszność? (Job. 40:8, BW)

Czy jesteś mi równy? Ukarz i upokórz zło na świecie. Śmiało. Nawet cię za to pochwalę. Albo czy zmierzysz się z innym stworzeniem? Spójrz na hipopotama i krokodyla, stworzone przeze mnie jak ty, tak potężne i wspaniałe.

Rozumiem z tego wszystkiego tyle, że gdybyśmy my ludzie, ja i Job, byli przy powstaniu świata, znali wszystkie jego prawidła i tajemnice, mieli moc panować nad żywiołami, a także zapobiegać złu i niesprawiedliwości, którą wokół widzimy, wtedy może zrozumielibyśmy, dlaczego doświadczyliśmy czegoś złego, choć wcale nie jest to karą za grzechy, jak próbowali to wmówić cierpiącemu Jobowi jego „przyjaciele”.

Ale Bóg wciągu swej długiej mowy (najdłuższej w Biblii) nie odpowiada wprost na pytanie: „dlaczego?” Albo odpowiada pytaniem na pytanie, jakby wskazując, że u samych podstaw mojego żalu tkwi błąd: zarzucam Bogu celowe i niesprawiedliwe działanie, polegając zaledwie na logice, w której brakuje tysiąca istotnych argumentów. A brakuje, gdyż mam nikłe pojęcie o tym, co, jak i dlaczego Bóg robi od założenia świata.

Beznadzieja w owczej skórze

Przyzwyczaiłem się już, że współcześnie wiele rzeczy stawia się na głowie. Ale ten nonsens jest przynajmniej tak stary jak Epikur: mam nadzieję, że po śmierci nie ma nic. „Nadzieję”??

Jak można nazywać to nadzieją? Przecież to czysta beznadzieja! Ja nieraz to sobie wyobrażałem: śmierć jako koniec mojego istnienia. I otchłań, nieskończoność pozbawiona mnie, wyrzucająca mnie poza upiorny margines. To jedyny koszmar, jaki zapamiętałem z mojego dzieciństwa, bo był bardzo obrazowy i powtarzał się, ilekroć miewałem wysoką gorączkę. Jest to bodaj najbardziej przygnębiająca rzecz, jaką człowiek może pomieścić w głowie. Dlatego zresztą nikt takich myśli nie lubi. I dlatego też tak mało jest uczciwych i konsekwentnych ateistów. Trudno nie wierzyć w nic – wiemy to z piosenki Raz Dwa Trzy.

Jedno z najsłynniejszych zdań Epikura (zm. w 270 r. p.n.e.) brzmi: Póki jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas. To mógł wymyślić tylko ktoś, kogo nie obchodzi, że może zniknąć. Najważniejsze, żeby nie cierpieć, więc śmierć i nicość są OK, podobnie jak wyzbycie się pragnień i rozczarowań w jednym pakiecie. Co za szalona myśl: dla własnego dobra nie przejmować się nieszczęściami, które na mnie spadają. A może wołać pomocy? Może jednak znajdzie się ktoś, kto bierze nadzieję na chłopski rozum? Na przykład psalmista:

Zaniemówiłem, zamilkłem, pozbawiony szczęścia, lecz ból mój się powiększył. (…) Tylko jak tchnienie jest wszelki człowiek, choć pewnie stoi. Zaprawdę, człowiek przemija jak cień, zaprawdę, na próżno się miota. Gromadzi, a nie wie, kto to zabierze. A teraz, czego mam się spodziewać, Panie? W tobie jest nadzieja moja. Ratuj mnie od wszelkich występków moich! Nie wystawiaj mnie na zniewagę nikczemnika! (Ps. 39:3,6b-9, BW)

Jest ci źle? Gadaj od razu

Zachorowałem i było mi naprawdę źle. Jak ja na to reaguję? Różnie – czasem gorzej, czasem lepiej. Ale najlepiej wtedy, gdy pozwalam sobie na odrobinę szaleństwa: na przekór bólowi dziękuję Bogu i chwalę go. Albo po prostu szukam go myślami, słucham, czytam. A dlaczego tak jest? Ano, to jest proste.

Czytałem ostatnio księgę Joba (Hioba) i wiem, że to tęga lekcja dla wszystkich cierpiących. Bo nie znajdę w historii żadnego człowieka, który byłby tak sprawiedliwy i jednocześnie tyle wycierpiał co Job (nie licząc Jezusa). Dlatego mogę sobie mówić: jeśli Job wytrzymał, to i ja wytrzymam.

A teraz szczerze: jak ja wytrzymam cierpienie? Jak, kiedy przyjdzie coś gorszego niż ta mała choroba? Przecież jestem sprawiedliwy (przez krew Chrystusa)! Za jakie grzechy mam cierpieć? Mogę pytać jak Job! Mogę nawet narzekać jak on, przeklinać dzień swoich urodzin albo chociaż dzień złamania nogi, zatrucia, zarażenia, odkrycia raka itd. Mogę ocierać się o bluźnierstwo. I jaki będzie morał z mojej i Joba historii?

Jeden jest oczywisty i zaraz pójdzie na bok. Brzmi tak: w końcu i tak będę musiał przeprosić Boga i uznać, że on wie lepiej. Tak właśnie zrobił Job, mówiąc: wiem, że Ty możesz wszystko i że żaden twój zamysł nie jest dla ciebie niewykonalny. Któż jest w stanie zaciemnić twój zamysł nierozsądną mową? Aleć to ja mówiłem nierozumnie o rzeczach cudownych dla mnie, których nie rozumiem. Słuchaj, proszę. I ja chcę mówić; będę cię pytał, a Ty racz mię pouczyć! Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię. Przeto odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele. (Job. 42:1-6, BW)

Drugi morał jest według mnie jeszcze lepszy! Okazuje się, że Job wyszedł zwycięsko w porównaniu ze swoimi przyjaciółmi, chociaż nie powinien. Nie powinien, bo co? Bo Job bez skrępowania wylewał na Boga wszystkie pomyje swojego cierpienia. Natomiast jego przyjaciele, Elifaz, Bildad i Sofar, trzymali się oczywistej prawdy: każdy cierpi tyle, ile sam nagrzeszył. I nie mieli racji.

Odezwał się Pan do Elifaza z Temanu: Mój gniew, zapłonął przeciwko tobie i przeciwko dwom twoim przyjaciołom, ponieważ nie mówiliście o mnie prawdy, jak mój sługa Job. (Job. 42:7, BW)

Dlaczego? Dlaczego święte prawo zostało podeptane, a Job miał rację? To tylko moja propozycja na rozwiązanie wielkiej zagadki: stało się tak dlatego, że Job mówił do Boga i szukał go, czekał, aż odpowie. A przyjaciele mieli tylko tę mantrę: każdy cierpi tyle, ile sam nagrzeszył. A nie wiedzieli naprawdę, czy Job nagrzeszył.

We każdym cierpieniu, małym czy dużym, trzeba do Boga mówić, na przekór wszystkiemu, pod prąd, wbrew chęciom, emocjom i złotym radom trzeba go szukać i być szczerym do bólu. Jak Job, bo to się Bogu podoba. Co Bóg zrobił Jobowi, kiedy w końcu przemówił „wśród zawieruchy”? Zawstydził go i wykazał jego niewiedzę, okazał mu swoją potęgę i moc i w jakiś sposób skarcił go, ale… nie rozgniewał się na niego. A ostatecznie przywrócił i pomnożył jego szczęście.

To również dowód na to, że Bóg jest większy niż tak zwana karma.