Bogaci będą niepocieszeni

Szefie, tyraliśmy ciężko całą noc i nic nie złowiliśmy. Ani płotki. Ale ok, jeśli ty tak mówisz, zarzucę sieć jeszcze raz. Na twoje Słowo. – Mam wrażenie, że w następnych zdaniach Łukasz uchwycił w opisie powołania Piotra coś, co pominęli inni ewangeliści.

Zaczęło się niby od przypadku. Jezus stał nad jeziorem, a do niego cisnął się tłum, żeby słuchać. No to co, Jezus się rozejrzał, patrz: dwie łodzie. Puste. Rybacy akurat płuczą sieci. Poprosił Szymona-Piotra, żeby mu pomógł, żeby użyczył łodzi i odbił od brzegu. Tak mógł wygodnie usiąść i nauczać w normalnych warunkach.

Kiedy skończył mówić, powiedział do Szymona, by wypłynął na głębię. Nie wiem, może chciał jakoś mu się odwdzięczyć za to, że skorzystał z łodzi, a do tego zajął czas rybakowi, który przecież miał robotę. Czas to pieniądz. A Szymon siedział i cierpliwie czekał. I przy okazji słuchał. I wiedział już, z kim ma do czynienia. Dlatego chyba dał się przekonać, bo przecież nie pozwoliłby byle komu pouczać rybaka jak się ryby łowi.

„Na twoje Słowo wypłynę!” – Mówi. I wypłynął. I zgarnął takie mnóstwo ryb, że musiał prosić o pomoc. A kiedy już zabezpieczył połów, odsapnął i powiedział Jezusowi coś, co mnie zaskakuje. Nie, to nie było: „Dzięki Jezu, interesy z tobą to przyjemność. Idę siku.” Ale…

przypadł do kolan Jezusa, mówiąc: – Odejdź ode mnie, Panie, bom jest człowiek grzeszny. (Łuk. 5:8, BW)

Powiedział coś, co często słyszę od ludzi zwlekających z nawróceniem: „Nie, nie jestem jeszcze gotowy na przyjęcie Boga, moje życie to taki bałagan”. Ci ludzie myślą, że mają dość siły i woli, by uprzątnąć swoje życie i zaprosić do środka Boga, który… właściwie nie będzie miał już nic do roboty. Właściwie myślą, że są bogaci w zasoby i moc do zmiany.

Ale Jezus w Kazaniu na górze (zob. też Łuk. 6:20-21) uczy odwrotnej postawy, mówi: „Błogosławieni ubodzy, albowiem wasze jest Królestwo Boże. Błogosławieni, którzy teraz łakniecie, albowiem będziecie nasyceni.” Innymi słowy, błogosławieni bezradni, bo otrzymacie wsparcie. Ale biada bogatym, bo już są pocieszeni (por. 6:24) Czym? Swoją własną mocą, własną zaradnością, która widziana z góry jest… bezradnością.

Ostatnio przeczytałem cytat z Seneki: „Nie ten jest biedny, kto posiada mało, lecz ten, kto pragnie mieć więcej”. Jest w tym prawda. Ale ja powiedziałbym coś o tym „dobrym ubóstwie”: nie ten jest błogosławiony-ubogi, kto posiada mało, ale ten, kto w tym, co ma, nie szuka pocieszenia. W tym (i tylko w tym) sensie warto być ubogim do końca życia.

Kiedyś przyjdzie dzień lenistwa

Kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy nie będę musiał więcej pracować. Tak, może przyjdzie. Tylko będę patrzył czy nie gnije. Nie, wszystko dobrze się kręci. Wszystko leży, gdzie ma leżeć. Będę tu siedział i będzie mi dobrze. Nie, nie będzie!

Jeszcze tej samej nocy, po tym szczęśliwym dniu, na który tak długo czekałem, jeszcze tej nocy zażądają mojej duszy – odpłynie, pozostawi to ciało leżące wygodnie, zrelaksowane, ustawione do końca życia. Tak, ale czyjego? Zgromadziłem, ale proszę, co się okazuje, zgromadziłem wcale nie dla siebie. Kto inny będzie używał; jadł w mojej miseczce, siedział na moim krzesełku, spał w moim łóżeczku. Kto? Kto to ten inny? A czy to istotne? Nie ja.

A jednak długo pożyję. Będzie to przynajmniej kilkanaście wygodnych lat – równie bezowocnych, co ten wieczór – mój pierwszy wieczór w poczuciu, że już nic nie muszę, tylko… może jakąś większą stodołę, żeby pomieścić. Tak, trochę więcej niż potrzebuję  – znacznie więcej. Ale to nie grzech: mieć.

Czy jak mi się dziś sufit zwali na głowę, to od razu jestem większym grzesznikiem niż ci, którzy przespali noc spokojnie? Gdzie tam! Tacy sami jak i ja – żadni z nas pokutnicy. Tak samo jesteśmy siebie warci – jak jabłonki, które nie chcą dawać jabłek. Taka tylko różnica, że mnie sadownik ścina jutro, a ich jeszcze obłoży gnojem, poczeka, może nawóz co da, może puszczą. Ale gdzie tam. Zetnie je za rok. O tej samej porze. Już zanotował w kalendarzu.

A może jednak co wypuścimy – zawiązki owoców. Może nawet co dojrzalsze… Tak, tak zwana miłość do bliźniego. To dopiero owoc – to skarb! Bo przecież chciałoby się inwestować tak, żeby było pewnie – bez ryzyka i z wielkim zyskiem. Bez trosk i zmartwień. W biznesie to się nie da. Ilu to ludzi robiło firmy i nie umiało się wycofać w porę. Te firmy były jak dzieci.

A propos dzieci, w rodzinie też nie bardzo… Wycofać się? Opuścić dzieci i ich matkę? Nie płacić alimentów? Skrajna głupota, frajerstwo, porażka, draństwo. A nawet gdyby nie było to głupie, to przecież zbyt wiele serca włożyłem, żeby się teraz odwrócić. Żeby kiedykolwiek… Nawet, jeśli mnie kiedyś rozczaruje bycie mężem, bycie tatą. To przecież nie aż tak, żeby odlecieć. Nie? Bracia, wspierajcie!

Ale inwestycja w niebie – to nie rozczaruje. Jest pewne. Tam, kiedyś będę mógł spędzić wieczność w odpoczynku. Przy swoim skarbie, który nie niszczeje, nie stopnieje, nikt go nie ukradnie.

Na podstawie Ewangelii Łukasza 12-13.

Idź, olej to wszystko

Mam instynkt gromadzenia. Nie chodzi o zbieractwo; bardziej o bogacenie się. Jeśli ty też taki masz, możesz czytać dalej. Bo piszę również do ciebie.

Jezus tego „instynktu bogacza” nie próbuje wyrugować, wyleczyć. On go tylko przestawia na właściwe tory. Mówi:

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje. (Mat. 6:19-21, BT)

Bogaczom – jak uczy Jezus – trudno będzie wejść do Królestwa Bożego. Ale niektórzy wejdą. Dlaczego? Bo gromadzą tam, gdzie trzeba. W niebie. Fakt, że mają olbrzymie aktywa i kupę gotówki, na pewno utrudnia im ufanie Bogu zamiast sobie, ale wciąż trzymają dobry kurs: inwestują w niebie. Gromadzą, gromadzą, gromadzą.

Do takiego stylu życia chciał Jezus skłonić „bogatego młodzieńca” (zob. Mar. 10, od w.17). Człowiek chciał mieć życie wieczne. Przestrzegał przykazań. Tak przynajmniej twierdził. Jezus nie spierał się z nim, w stylu „ha, cwaniaku, na każdego coś się znajdzie”. Zamiast tego

spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. (Mar. 10:21, BT)

Prawdopodobnie brakowało mu więcej rzeczy. Nie domagał tu i tam, do czegoś miał słabość. Ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to jedno: ufał sam sobie. Ufał, że będzie dobry, że tym samym zapewni sobie dobrobyt i przepustkę do nieba. Dlatego troszczył się o to, czym troszczyć się nie powinien. O majątek, który był dla niego pewnym gruntem. Bez niego poczułby się niepewnie.

Ale właśnie taka niepewność potrzebna jest mnie, tobie… każdemu. Idź, olej to wszystko, co daje ci złudne poczucie bezpieczeństwa. Sprzedaj ten skarb, rozdaj go ubogim, a będziesz miał nowe, prawdziwe poczucie bezpieczeństwa – skarb w niebie. A potem przyjdź do Jezusa i naśladuj go.

To wyzwanie dla bogaczy. A teraz najgorsze: prawdopodobnie również dla ciebie. Jesteś w elitarnej grupie najbogatszych ludzi na świecie, jeśli (tak jak ja) masz: dach nad głową, wygodne łóżko, lodówkę (z jedzeniem), pralkę, telefon, komputer, a do tego pieniądze na kino, kawiarnię itp.

Szczerze? Chodzę do kościoła. Ale czy ufam Bogu? Jak mam ufać, mając to wszystko, co mam? Rozdawać. Rozdawać. Rozdawać. Nie znam innej odpowiedzi. I chyba nie znajdę też innej w Biblii.

Najważniejsza cząstka łaski

Dawid doskonale wiedział, co jest jego największym skarbem: obietnica, że Bóg nigdy nie odmówi mu łaski. Pocieszał się tym, gdy było źle i korzystał, gdy należało pokutować.

Nie powiem chyba nic nowego lub prowokującego, jeśli stwierdzę, że jednym z kluczy do szczęścia jest jasne oko – żeby z pogodą ducha patrzeć na życie, jego różne przypadki; czy słońce, czy deszcz. Nie zawsze można skupiać uwagę na jasnych stronach i pogwizdywać wesoło jak w piosence „always look at the bright side of life„. Często trzeba rozwiązywać trudne, „ciemne” problemy. Żeby umyć kibel, trzeba na niego popatrzeć, potem zakasać rękawy i… do roboty.

Ale zawsze, w każdych okolicznościach, można, ba!, należy pamiętać o bożej łasce, która spływa na tych, którzy Boga szukają, kochają, przyjaźnią się z Nim z bojaźnią i czcią.

Czasem łaska boża jest ostatnią rzeczą, jaka pozostaje człowiekowi jako powód do uśmiechu. Mogę mówić: straciłem cały swój dobytek, pomawiają mnie o najgorsze rzeczy, wszyscy przyjaciele mnie opuścili, ja sam grzeszyłem i czuję się podle, a do tego choruję, ale… wciąż mam bożą łaskę! Bóg nie odmawia mi jej! Tak, jak Dawidowi!

Ja będę mu ojcem [mówi Bóg], a on będzie Mi synem, a jeżeli zawini, będę go karcił rózgą ludzi i ciosami synów ludzkich. Lecz nie cofnę od niego mojej życzliwości [lub: łaski], jak ją cofnąłem od Saula, twego poprzednika, którego opuściłem. (2 Sam. 7:14-15, BT)

Często, gdy myślę o bożej łasce, mam przed oczami Hioba za dni jego świetności: wielka rodzina, bajecznie bogate gospodarstwo, poważanie u ludzi oraz grube akta dobrych uczynków gdzieś w niebie. Ale jeśli to wszystko znika na jakiś czas, to wtedy… co pozostaje z przejawów bożej łaski? Myślę, że najważniejsza jej cząstka, to znaczy fakt, że Bóg mnie nie skreśla, nie rezygnuje z przymierza, że wciąż jestem jego synem, ukochanym, wybranym, nie do zastąpienia. Tak, jak Dawid. Nie ważne, ile przyjąłem ciosów, ile poniosłem strat. Ważne, że Bóg jest ze mną.

Na co się gapisz?

Od tego, jak i na co patrzę, wiele zależy. Przede wszystkim moje zdrowie.

— Na co się gapisz, walizki z forsą nie widziałeś?
— No nie, nie widziałem…
Bo co, zawsze gapię się na to, co robi na mnie wrażenie. Oczywiście, czasem muszę lub chociaż staram się powstrzymywać – skąpo ubrane dziewczyny itp. Ale drogie samochody, zegarki, wille, jak się ktoś „ustawił” – gapię się i nie kontroluję, no bo co w tym złego? Właściwie nic.

Jest jednak fragment kazania na górze, który daje mi cenną wskazówkę. Na ogół czytałem go bez zrozumienia i idę o zakład, że większość z was także. Co mówi Jezus?

Światłem ciała jest oko. Jeśli tedy oko twoje jest zdrowe, całe ciało twoje jasne będzie. A jeśliby oko twoje było chore, całe ciało twoje będzie ciemne. Jeśli tedy światło, które jest w tobie, jest ciemnością, sama ciemność jakaż będzie! (Mat. 6:22-23, BW)

Z pewnością mogę stwierdzić, że Jezusowi nie chodziło o niewidomych, którzy nie wpuszczają dość światła do swoich płuc, żołądka, nóg (przez oczy, naturalnie). To byłoby bez sensu. Na czym więc polega ta choroba oczu i ciemność ciała? Może ktoś ma lepszy pomysł, ale ja spojrzałbym na kontekst.

Po pierwsze, w całym kazaniu na górze Jezus piętnuje powierzchowną religijność, a próbuje dobrać się do serca. A zatem chore oko może być okiem, które nasyca się patrzeniem na rzeczy efektowne z zewnątrz, a nie zwraca uwagi na ukryte zalety. Po drugie, przed fragmentem o oczach jest mowa o tym, by gromadzić sobie skarby nie na ziemi, lecz w niebie. Po fragmencie o oczach – podobnie: Jezus każe, by nie troszczyć, nie martwić się materialnymi potrzebami jak picie, jedzenie, odzież, czy mieszkanie. Ale znów: szukać Królestwa Bożego (skarby w niebie) bogacić się i powiększać stopniowo stan swojego konta… w niebie – to jest cel! Okazywać ludziom dobroć, kształtować swój charakter, poświęcać czas Bogu ­– to są rzeczy na ogół… niewidzialne!

A jednak, powinienem gapić się, jak robią to inni, doceniać to i naśladować. Oko podpowiada sercu, co jest cenne. W innych przekładach napisano, że „oko jest lampą ciała” – narzędziem, które pozwala się zorientować w przestrzeni, by wybrać cel i kierunek. Ciało skierowane do dobrego działania nazwane jest „pełnym światła”.

A co, jeśli oko – jako ta lampa – jest ciemne, skoncentrowane na próżności? „Sama ciemność jakaż będzie!” – ostrzega Jezus. Jakie ciemne, skazane na złe drogi będzie ciało, które samo w sobie jest ociemniałe, a jego całą mądrością jest dogodzić sobie i być pępkiem świata.

Jestę księcię!

Najpierw mówiło się: „jestę magistrę!” – żeby się pochwalić z przymrużeniem oka. A co, jeśli zostanę księciem, jak obiecuje mi Bóg? Jak mam to rozumieć? To bonus? A może rola do odegrania?

Mój znajomy popisał się świetnym poczuciem humoru, mówi: – Mam od Boga słowo dla ciebie! Przeczytaj Psalm 113. – Otwieram, a tutaj podtytuł „Pan troszczy się o upośledzonych”. Autentyk! Ale żarty na bok. Przejdę do treści Psalmu:

[O Bogu:] Podnosi nędzarza z prochu, a ubogiego wywyższa ze śmieci, aby posadzić go z książętami, z książętami ludu swego. Sprawia, że niepłodna ma dom, jest matką cieszącą się dziećmi. Alleluja! (Ps. 113:7-9, BW)

Fragment przemawia chyba najsilniej do tych, którzy rzeczywiście byli na dnie. Słyszałem niejedno świadectwo (z pierwszej ręki!) o cudownym wyjściu człowieka z nałogów, bezdomności, świata przestępczego… Ludzie, których Bóg podniósł z tego dna, byli Mu za to niezmierni wdzięczni i z jeszcze większą radością chwytali się tego wersetu na nowo i na nowo…

Jeśli szczerze się zastanowię nad sobą, ja też byłem „nędzarzem w prochu”, na jakimś dnie, każdy z nas był. A może wciąż tam tkwi? Bóg daje nadzieję, że mnie „posadzi między książętami”. Ale jakimi książętami? To jest ciekawe! No bo „książę” – to brzmi świetnie. Od razu przychodzą mi do głowy jakieś luksusy, splendor, no i iście książęca zabawa, po prostu „like a boss”, by użyć hasła z memów internetowych.

Wszystko bardzo fajnie, tylko tam w tym wersecie jest jeszcze małe doprecyzowanie: „książętami ludu swego”. Aha, czyli nie chodzi o książęta mafii, ani też o książąt przemysłu naftowego, ani o książąt tytularnych czy książąt wielkiej polityki. Kim są „książęta ludu Pana” – ta grupa, do której mam aspirować, skoro już Bóg podniesie mnie z prochu mojej życiowej porażki?

Tak, to mogą być ludzie majętni. Wprawdzie w Słowie można znaleźć niejedną przestrogę przed bogactwem, ale z drugiej strony Jezus naucza w przypowieści: „Dobrze, sługo dobry, ponieważ byłeś wierny w małym, sprawuj władzę nad dziesięcioma miastami.” (Łuk. 19:17, UBG)

Wojewoda, książę! Kto jest bogaty? No ten, komu wiele powierzono, bynajmniej nie w efekcie wygranej na loterii. Ktoś, kto ma dużą rodzinę, duży dom, dużą firmę, dużą funkcję publiczną, dużą służbę w kościele. Ktoś, kto był wierny w małym, a jest teraz wierny w dużym.

Wracając do Psalmu 113, w tej bożej obietnicy, że On podniesie nędzarza do godności księcia, dostatek i bogactwo schodzą na drugi albo trzeci plan! Kiedy Bóg mnie podnosi z niemocy i nędzy, rozchodzi się o ważniejsze sprawy: honor, sprawiedliwość, szacunek, użyteczność, odpowiedzialność, pomyślność… Oczywiście to musi trwać – miesiącami, latami, to jest proces, ale jakże ekscytujący!

Jeśli chcesz być doskonały

„Bardzo lubię ten fragment i często do niego wracam.” – napisałem prawie trzy lata temu o historii „bogatego młodzieńca” (Mat. 19:16-22, Mar. 10:17-22, Łuk. 18:18-23 – czytaj wpis). I to prawda, rzadko przelatuję obojętnie przez te wersety.

A dziś znowu przykuły moją uwagę. Bo widzę w tej historii coś nowego, świeżego. Bogaty młodzieniec, główny bohater epizodu, był „grzecznym chłopcem”. Przestrzegał przykazań, nikogo nie skrzywdził. Ludzie pewnie mówili: dobry z niego chłop, w porządku facet. A on głęboko w sercu wiedział i czuł, że jest coś jeszcze. Najpierw zapytał Jezusa o to, jak zyskać życie wieczne. Jezus zapewne przejrzał go i postanowił zagrać w jego grę. Odpowiedział coś w stylu:

— No i o co ty pytasz? Przecież znasz przykazania: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie kłam, czcij ojca i matkę, kochaj bliźniego, jak siebie samego. – Wymienił tylko te przykazania, które dotyczą ludzi, nie Boga. Myślę, że zrobił to celowo. Młodzieniec odparł:
— Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje? – Ciekawe: wiedział, że czegoś mu brakuje. Ta historia ewidentnie przeznaczona jest dla tych, którzy nic w życiu „nie nabroili”. Jeśli jesteś takim człowiekiem, to bądź świadomy, że Bóg nie chce cię „zagiąć”, pognębić, udowadniać win, wyliczać grzechów. Mówi do ciebie tak, jak Jezus do młodzieńca:
— Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co masz, rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za mną!

„JEŚLI CHCESZ” – to podstawowy warunek. Myślę, że ten młody mężczyzna CHCIAŁ i Jezusowi się to spodobało. Nie było tak, że ocenił go z marszu jako materialistę, z którego i tak nic nie będzie. Dał mu szansę z nadzieją, że podejmie wyzwanie. Że zamiast kręcić się wokół biznesu, zacznie kręcić się wokół interesów Bożego Królestwa, stanie się Jego uczniem. Ale tak się nie stało. Człowiek odszedł zasmucony.

Co ciekawe, wyszło na to, że to wszystko, co było celem starań tego młodego człowieka: szczerość, łagodność, czystość seksualna, szacunek, miłość bliźniego, ogólnie pobożność – okazało się wcale nie najważniejsze. Co prawda, nie należało tego zaniedbywać, ale najważniejsze – to postawić Boga i jego sprawy, jego wolę na pierwszym miejscu. Nie pozwolić, by cokolwiek było cenniejsze.

A jeśli ja już na to pozwoliłem? Będzie mi trudno, ale to bardzo trudno uzyskać zbawienie, wręcz nie mam szans! Jezus jednak pociesza mnie tak, jak swoich uczniów, kiedy „przerazili się bardzo i pytali:
— Któż więc może się zbawić? – Jezus spojrzał na nich i rzekł:
— U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe.”

Pewna inwestycja? Tylko w niebie

Topię smutki w kieliszku… Ewangelii. A zasmucił mnie – cóż, prozaiczna rzecz – koszt naprawy samochodu.

Wytargowałem nieco ponad pięć procent ceny za tę naprawę. Więcej chyba by nie wypadało. Zapłaciłem mniej, ale to ledwie osłodziło żal i inne negatywne emocje, które nieuchronnie wiążą się z dużymi wydatkami. Oczywiście chciałbym te emocje jakoś wyprzeć, zracjonalizować stratę itd. Na przykład tłumaczę sobie, że gdybym był bardziej doświadczony, mógłbym posłuchać intuicji („coś jest nie tak z tą skrzynią biegów”), przewidzieć taką naprawę, potencjalne koszty i wytargować więcej przy kupnie samochodu. Poza tym auto może i jest zadbane, wyremontowane, ale jednak ma prawie dziesięć lat, więc muszę się z tym pogodzić, że zjada i będzie zjadać moje pieniądze.

Te i inne podobne myśli jednak nie do końca mnie pocieszały. – Fakty są takie – myślałem – że jestem do tyłu z kasą i ciężko nad tym nie biadolić. – I wtedy przypomniał mi się fragment z Kazania na Górze:

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną, ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój – tam będzie i serce twoje. (Mat. 6:19-21, BW)

Czy to znaczy, że posiadanie samochodu albo innych kosztowności jest złe? Samo w sobie – nie. Gdyby to było coś złego, Jezus powiedziałby pewnie coś w rodzaju: „albowiem posiadanie drogich rzeczy to grzech”. Ale On mówi o sercu. Ja odebrałem Jego słowa jako naganę i pocieszenie – dwa w jednym. Naganę, bo okazało się, że eksploatacja samochodu i związane z tym zaskakujące wydatki zasmucają mnie. Moje serce w jakiś sposób przylgnęło do tego, co mam. Przejąłem się. A co, nie powinienem? Chyba dobrze jest dbać o swój dobytek, żeby nie zmarniał, oszczędzać itp. Tak, ale dobrze jest też skupić się na Bożej dobroci, łasce i mocy w chwili, gdy spotyka mnie nieszczęśliwy wypadek, przechodzę próbę. Zaufać Jemu i uwielbiać Go nawet wtedy, gdy sprawy nadal idą źle. A zwykle idą źle, bo „mól i rdza niszczą, a złodzieje podkopują”. Sorry, taki mamy klimat.

Te słowa to również pocieszenie, że istnieje sposób na pewną inwestycję – gromadzenie skarbów w niebie – bez ryzyka, że to sprawi mi zawód, złamie serce lub zasmuci. Jak podczas hiperinflacji: wydaj czym prędzej, bo zaraz wszystko, czym płacisz, straci wartość. Bo goły przyszedłeś na ten świat i goły odejdziesz.

Nie mieć nic

Zapytano mnie kiedyś: a jak wy uważacie w tym waszym kościele, czy dobrze jest mieć dużo pieniędzy, czy źle? Odpowiedziałem: ani źle, ani dobrze. Zależy, co się z nimi robi.

Rozwinę tę myśl, a zacznę prowokacyjnie, ultra-skrajnie-ubogo. Zacytuję mojego ulubionego Tadeusza Nalepę i jego (prawie całą) piosenkę pt. „Nie mieć nic”:

Chodzisz tak i myślisz, jak w życiu dziwnie jest
Wszystko masz, mógłbyś zawojować świat
Lecz na co ci to wszystko, uciekła wolność gdzieś
Chciałbyś wszystko oddać, chciałbyś nie mieć nic
Nie mieć nic /x4

Myślisz więc dlaczego tak w życiu ciężko jest
Skąd siły na to brać, jak wszystkiego wyrzec się
Chciałbyś, chciałbyś sobą być i nie mieć nic
Chciałbyś nie mieć nic
W życiu nie mieć nic /x2
Chciałbyś tak: mieć puste kieszenie i sumienie czyste
Jak to zrobić, jak? Jak tu zmienić świat?
I nie mieć nic /x4

Chciałbyś być kloszardem, pod mostami spać
I nie mieć nic /x4

Chodzisz tak i myślisz, jak to jest
Wszystko masz, czego chcesz
Czego chcesz? Co ci jest? (…)”

Wytłuściłem trzy ważne fragmenty. Po pierwsze, duże pieniądze i majątek zniewalają właściciela. Im więcej forsy, nieruchomości i ruchomości posiadam, tym ciężej jest nie służyć im, chadzać tam, kędy się chce, bez uwiązania do własnego płotu. Po drugie, pełne kieszenie mogą „zabrudzić sumienie”. Bo kiedy mam dużo pieniędzy, to widocznie jestem zobowiązany, by je dobrze wykorzystać, czytaj: nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla innych. A to nie jest łatwe. Po trzecie: czy w takim razie to, że zostanę kloszardem, jest najlepszą receptą na wolność i czyste sumienie?

Na pewno jest to recepta do zrealizowania. Czytałem/oglądałem ostatnio pewien artykuł. Może to była ściema (fake), ale urzekła mnie ta opowieść o „najbogatszym żebraku Bułgarii (a może i Europy)” – dziadku Dobrim, który żyje w materialnej nędzy, choć w trzy lata przekazał kościołowi 20 tys. euro.

Wygląda to całkiem pobożnie, ale… czy już nie ma lepszych rzeczy do robienia na emeryturze? Jakie talenty pomnażał żebrak przez całe życie? A co ze mną, co ja pomnażam? A może zakopałem, wyzbyłem się najbardziej użytecznych rzeczy? Jezus mówił przez przypowieść tak:

Sługo zły i leniwy! Wiedziałeś, że żnę, gdzie nie siałem, i zbieram, gdzie nie rozsypywałem. Powinieneś był więc dać pieniądze moje bankierom, a ja po powrocie odebrałbym, co moje, z zyskiem. Weźcie przeto od niego ten talent i dajcie temu, który ma dziesięć talentów. (…) A nieużytecznego sługę wrzućcie w ciemności zewnętrzne; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mat. 25:26-30, BW)

Kobiety, pieniądze, zabawa. Dlaczego nie?

Zwlekam z wpisem. Czytałem Słowo, ale nie chciałem brać czegokolwiek, chciałem napisać o czymś, co akurat mnie nurtuje. A na to nie mogłem znaleźć prostej odpowiedzi. Właściwie nadal nie mogę, dlatego tym razem nie będzie złotej rady. Będzie za to złote pytanie!

Co to znaczy dzisiaj „naśladować Jezusa”?? Proste? No, niezupełnie. Ale od początku.

I oto ktoś przystąpił do niego, i rzekł:
– Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby osiągnąć żywot wieczny? – A On mu odrzekł:
– Czemu pytasz mnie o to, co dobre? Jeden jest tylko dobry, Bóg. A jeśli chcesz wejść do żywota, przestrzegaj przykazań. – Mówi mu:
– Których? – A Jezus rzekł:
– Tych: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca i matkę, i miłuj bliźniego swego, jak siebie samego. – Mówi mu młodzieniec:
– Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej; czegóż mi jeszcze nie dostaje? – Rzekł mu Jezus:
– Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, potem przyjdź i naśladuj mnie. – A gdy młodzieniec usłyszał to słowo, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele majętności. (Mat. 19:16-22, BW albo Mar. 10:17-22, Łuk. 18:18-23)

Bardzo lubię ten fragment i często do niego wracam. Dlatego, że mogę się wczuć w bohatera. Chcę żyć po śmierci, więc przychodzę do Jezusa. Pytam go, jako tego „dobrego”, co dobrego mogę zrobić. A on na to: nic, bo to działa inaczej. Tylko Bóg jest „dobry”, a ty… Ty masz NIE robić nic złego. O tym uczy dekalog, ale uwaga! Jezus wymienił tylko przykazania z grupy 4-10 (które nie dotyczą Boga). Łatwiej jest ich dotrzymać, tak po ludzku. I załóżmy, że mówię: jeśli o to chodzi, jestem bez winy.

I co, spadają na mnie gromy oskarżeń? Dziwne, nie! Jezus się nie kłóci, nie wytyka grzechów, o których pewnie zapomniałem.
Ale tu jest ważna rzecz! Młodzieniec pyta: czego mi jeszcze brakuje? Czyli wie, że ma jakieś braki, mimo że zawsze był „grzecznym chłopcem”! Nie pił, nie palił, nie ćpał, czekał z seksem do ślubu, nie okłamywał, był posłuszny rodzicom, wreszcie kochał wszystkich naokoło. I jednocześnie mógł myśleć: i na co mi to wszystko? (Gdyby nie był grzecznym chłopcem, zastąpiłby „co” innym słowem na „c”.) Wciąż mi czegoś brakuje!

I tu pojawia się reszta przykazań (1-3), a zwłaszcza pierwsze: – Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną. – Ale Jezus nie wali mnie po głowie tym twardym prawem. Mówi z miłością (Mar. 10:21): zostaw to, do czego się przywiązałeś. Sprzedaj to. Tak, to nie jest bezcenne. Zostaw wszystko, wokół czego musiałeś biegać, dbać. Bogactwo to nie jest złota komnata z TV, megałóżkiem i wianuszkiem pięknych, oddanych ci kobiet (tylko lenistwo i seks). Bogactwo to jest troska. Zostaw to, nawet jeśli tego jeszcze nie zdobyłeś, ale myślisz, że „coś ci się od życia należy”. I przyjdź i naśladuj mnie.

No dobrze. A teraz jak mam to powiedzieć bliskiej mi, nienawróconej osobie? Nie szukaj dziewczyn, pieniędzy, rozrywki. Naśladuj Jezusa. Czyli co? Na czym to polega? Czy ja jestem dobrym przykładem? Dlaczego mam komuś radzić, by kręcił się wokół Jezusa, a nie kręcił się wokół kobiet, luksusu i zabawy? Co to oznacza konkretnie, co to daje? Dlaczego to jest atrakcyjne?

Na tym kończę. Odpowiedzi szukam, wciąż tropię, choć wydaje mi się, że już wiem. Może pokuszę się o nią w następnym wpisie.