Miedziany wąż i sentymenty

Pewien młody vloger katolicki poświęca niemałą część swoich filmów apologetyce, tj. obronie wiary – w tym przypadku wiary katolickiej przed protestantami. Użył np. figury miedzianego węża dla uzasadnienia obecności rzeźb świętych w religijności rzymskich katolików.

– Te rzeźby – powie rasowy protestant – są wprost zabronione w Dekalogu. – Katolik na to: – Ale Mojżesz, który ten Dekalog i całe prawo otrzymał od Boga, jednocześnie na Jego polecenie wykonał miedzianego węża, na którego mógł spojrzeć każdy ukąszony przez węża i pozostawał zdrowy. – Bo rzeczywiście, akurat w tym czasie lud zmagał się na pustyni z plagą jadowitych węży. A więc te rzeźby niezliczone, zwłaszcza maryjne, są rzekomo jak ten wąż – wiadomo, same w sobie nie mają mocy, nie składamy im też ofiar, są tylko jakby znakiem ufności Bogu.

Cóż na to rzec? Niech to, co teraz napiszę, nie będzie odczytane jak „odbicie piłeczki” przez protestanta. Zacytuję historyczną księgę dla ostrzeżenia – najpierw samego siebie:

To on [Chiskjasz – król judzki] usunął wyżyny skruszył posągi, wyciął astarty oraz rozbił miedzianego węża, którego sporządził Mojżesz; bowiem do tego czasu synowie Israela palili mu kadzidła, nazywając go Nechusztan. (II Krl 18:4, NBG)

Chiskjasz wykazał się brakiem skrupułów, sentymentów i politycznej poprawności. Nie dbał o to, że urazi czyjeś uczucia religijne. Zniszczył węża! Dziś, znając całą tę historię, mogę powiedzieć: należało rozwalić miedzianego gada dużo wcześniej; zaraz jak skończyła się plaga węży! Bo widać, czym się kończy czczenie takich figur, posiadających rzekomo moc – odejściem od Boga.

Nie będę snuł analogii z katolickimi obrzędami i zwyczajami osadzonymi częstokroć w ludowej religijności (niekoniecznie zgodnej z katechizmem). Bo, jak wspomniałem, biorę to bardziej do siebie (tak chyba najłatwiej zmienia się świat). Pytam: a ja – jakiego to mam miedzianego węża? Może zdarzyło się tak, że Bóg zrobił dla mnie coś wspaniałego, a ja próbuję to powtórzyć, wywołać jak ducha. Nie uda się.

Mogę wierzyć w jakiś schemat postępowania Boga, zamiast… w samego Boga! I będzie to forma bałwochwalstwa. Utrzymuję, że ufam Bogu, ale miedzianej figury na wszelki wypadek się nie pozbędę. „Nie wolno. Święta. No i tak robiło się zawsze”. I co z tego? Bóg chce być tatą, nie technokratą.

Moje prywatne bożki

„Tylko świątynki nie zostały usunięte” – ten tekst pojawia się kilka razy w Biblii. Zaczął mnie już nurtować i męczyć. Może i ja dopuszczam kompromisy?

W księgach historycznych Biblii, np. Królewskich, Kronik, często padają podsumowania rządów króla albo zwyczajów ludu. Ocena postępowania monarchy ma znaczenie o tyle, że – jak wiemy – ryba psuje się od głowy. Jeśli elity są złe, to czego oczekiwać po prostych ludziach? Ale co znaczy „złe” czy „dobre”? Według Biblii jest jedno kryterium rozróżnienia: jakie to jest w oczach Pana Boga?

We wspomnianych księgach „historycznych” Biblii jest 38 wzmianek o tym, że ktoś robił w życiu to, co złe, niegodziwe w oczach Boga. Dla porównania znajdziemy 11 wersetów o przeciwnej wymowie: to, co dobre, słuszne, przyjemne, odpowiednie w oczach Boga.

Bilans wypada niekorzystnie, można rzec: zaledwie jeden na pięciu przywódców postępował sprawiedliwie (tak pi razy oko). A jaka była wina pozostałych czterech? No cóż, po prostu i przede wszystkim bałwochwalstwo. A tak z polskiego na nasze… co to za grzech? Jaki występek, błąd? O co chodzi, Panie Boże?

Zaczęło się dość niewinnie: od budowy alternatywnych dla Jerozolimy miejsc kultu – oddawania Bogu ofiar, uwielbienia, czci. Potem było tylko gorzej. Ponieważ Bóg tych ołtarzy nie honorował, nie odwiedzał, nie przyjmował, to naturalną koleją rzeczy król i lud zaczął ofiarowywać i kadzić innym bogom, martwym i bezczynnym. Nieraz zapożyczali imiona (Baal, Astarta) i wierzenia od sąsiadujących z nimi narodów.

I, co ciekawe, była taka rzecz, której nawet ci „dobrzy” królowie nie potrafili wyplenić, wyrugować, naprawić po „złych” poprzednikach (motyw powtarza się cztery razy). Dziś powiedzielibyśmy: szara strefa.

Tylko świątynki na wyżynach nie zostały usunięte i lud w dalszym ciągu składał na wyżynach ofiary i spalał kadzidła. (1 Król. 22:43-44, BW)

Prawdopodobnie były to ofiary i kadzidła dla bożków nie mających nic wspólnego z żywym Bogiem Izraela. Aczkolwiek wyrażały tęsknotę ludzi za wyższym bytem, którego przychylność lepiej mieć, bo bez niej ani rusz. Co ich skłaniało do budowania tych pseudoświątyń? Prawdopodobnie to, co i dziś każe nam ufać rzeczom zupełnie niezdolnym do działania.

Czym się różnię od tamtych ludzi, jeśli np. ufam, że pieniądze mi zapewnią spokój i radość? Ja mam pieniądze, oni mieli świątynki. No i co z tego? Jedno i drugie tak samo martwe. Tymczasem dziś trafiam na słowa, które uczą zupełnie przeciwnego podejścia do ziemskich spraw:

Ci, którzy (czczą) trzymają się próżnych marności (marnych bożyszczy), pozbawiają się łaski (miłosierdzia Bożego), którą by mogli doświadczyć (opuszczają Łaskawego dla nich, swojego Miłościwego) (Jonasza 2:9, NBG+BW+BT)

Prawie to samo mówi Jezus:

Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi. Nie możecie Bogu służyć i mamonie. (Mat. 6:24, BW)

To jest dość oczywiste, ale… niech pomyślę: skoro tak niewielu królów postępowało uczciwie, a z tych niewielu jeszcze mniej było bez zarzutu (nie pozwalali na żadną formę bałwochwalstwa), to jakie są moje szanse? Jakie prawdopodobieństwo, że ustrzegę się błędów? Znikome. Najlepiej już teraz zastanowić się, czy nie zostały mi do zburzenia jakieś „świątynki na wyżynach”.

Idę się sprawdzić

Niedawno pisałem test kończący kurs. Byłem tam służbowo, tak jak inni, starsi ode mnie. Ależ się stresowali. Zgodziliśmy się co do jednego: im dawniej opuściliśmy szkołę, tym gorzej znosimy sprawdzanie wiedzy.

Bo to jest stresujące – sprawdzanie wiedzy. Każdy to przeszedł, każdy wie. Ale codziennie bywamy sprawdzani. Może nie tyle z wiedzy, znajomości geografii, matematyki, historii, ale… z umiejętności, rzetelności, doświadczenia. To nie jest nic przyjemnego.

Mówi się: jak mus, to mus. Dobrze, napiszę. Zrobię. Trudno. – Raz kozie śmierć… – Mruczę pod nosem i wchodzę na spotkanie zarządu ze świstkiem, który udaje poważny raport. Albo jadę z żoną do szpitala. Ważna operacja. Groźne podejrzenia. Niepewność, nerwy. Co robię? Pękam, wspieram, modlę się? Nie, wolę nie próbować. Ale nie ma wyjścia. Nie ma planu B. Nie ma Ctrl+Z. Nie można wrócić do „Save-a”, jak w grze komputerowej, poprosić o powtórkę.

Nikt tego nie lubi. Kto mógłby sam się prosić o takie „sprawdziany z życia”? Tak, był taki jeden (a może i niejeden?), nazywał się Dawid:

Badaj mnie, Boże, i poznaj serce moje, doświadcz mnie i poznaj myśli moje! I zobacz, czy nie kroczę drogą zagłady, a prowadź mnie drogą odwieczną! (Ps. 139:23-24, BW)

Był też inny, Paweł, podobny kamikadze. I nakłaniał do tego innych:

Poddawajcie samych siebie próbie, czy trwacie w wierze, doświadczajcie siebie; czy nie wiecie o sobie, że Jezus Chrystus jest w was? Chyba żeście próby nie przeszli. (2 Kor. 13:5, BW)

To prawda: tyle wiem o sobie, na ile się sprawdziłem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym został zdradzony, bo nie byłem w takiej sytuacji. Nie mogę za siebie ręczyć, co się ze mną stanie w razie bankructwa. Bo go nie doświadczyłem. Dopiero doświadczenie, i to niemiłe doświadczenie, daje mi jaki taki pogląd na mnie samego, w sensie że mogę sam na siebie liczyć. Do pewnego stopnia.

Wyżej cytowane fragmenty Pisma różnią się trochę. W jednym jest mowa o tym, że Bóg mnie sprawdza. W drugim – sprawdzam się sam. Jedno i drugie jest dobre. Jedno i drugie – potrzebne.

Co jeszcze ciekawe, że bez sprawdzianu nie tylko wiem o sobie niewiele. Nie wiem nawet, czy idę dobrą drogą – do śmierci, czy do życia. Pytają: – Wierzysz? – Jasne, wierzę. – Skąd wiesz? Skąd ta pewność? Ta wiara – to wypróbowana? Wierzysz, czyli co zrobiłeś?

Bez sprawdzianu nie mogę być pewny zbawienia, ale jeszcze gorzej: nawet tego, czy ja naprawdę się nawróciłem; czy Chrystus jest we mnie. Rety! Grubo, powiem wam. Nie ma czasu. Trzeba iść na test.

Bałwany czczą bałwany

Bałwan? To jest głupek, idiota, pacan. Nierozumny, ładnie mówiąc, który błądzi, jakby nie widział drogi, chociaż widzi. A czemu? Bo czci bałwany. Albo inaczej: symbole sukcesu. Ciekawe, co?

Z Apostołem Pawłem mam kłopot. Bo on często pisze tak: Janek wyszedł z domu, gdyż chciał pójść do sklepu, bowiem był głodny, ponieważ nie jadł od rana. To jest wnioskowanie od tyłu i ciężko to zrozumieć. Dużo łatwiejsze byłoby: nie jadł od rana, zatem był głodny, dlatego musiał pójść do sklepu, a więc wyszedł z domu.

To przykład banalny, ale taka składnia logiczna przy poważnym nauczaniu robi się kłopotliwa. No cóż, trzeba jakoś przebrnąć. I wiecie, co? Nawet potrafię coś z tego wyciągnąć. Czytam List do Rzymian i notuję:

  1. Niewidzialny Bóg, jego moc, bóstwo i chwała (wszystko co można o nim wiedzieć!) są w Jego dziełach do poznania umysłem (sic!).
  2. Dlatego nie mają wymówki ci, którzy poznali Boga, ale go nie uwielbili i nie dziękowali Stwórcy,
  3. za to uwielbili stworzenie (jego obrazy) i temu służyli.
  4. I zgłupieli, znikczemnieli, ociemniali, prowadzeni przez pożądliwości do grzechu.
  5. Dlatego Bóg wydał ich na pastwę ich własnych haniebnych namiętności.
  6. Stąd przeciwko tej nieprawości objawia się Boży gniew.
  7. Wobec tego kto ma moc, by się ostać? Tylko człowiek, który został usprawiedliwiony z wiary (w Mesjasza i jego ofiarę) w wiarę (do wierności Jemu i Jego przykazaniom).
  8. Zatem dobra nowina Jezusa Mesjasza jest mocą do zbawienia każdego.
  9. Dlatego nie wstydzę się jej głosić.
  10. Dlatego chętnie do was, kochani rzymianie, przyjadę 🙂

Uf, jakoś przebrnąłem. Stawiam kawę temu, kto lepiej rozbierze tok tych myśli pawłowych. Ale najważniejsze nie są logiczne akrobacje. Najbardziej mnie ciekawi i fascynuje to, co jest między punktem 3 i 4. Paweł widzi bezpośredni związek między bałwochwalstwem, a głupotą.

Bałwochwalca to ten, który myśli, że Bóg jest z nim, skoro sobie postawił złotego cielca, jak Izraelici pod górą Synaj. Albo inaczej: Bóg jest ze mną, skoro mam pracę, dobrze zarabiam i dostatnio żyję. Albo: Bóg jest ze mną, skoro jestem zdrowy, wysportowany, piękny i mam świetne ciało. Albo: Bóg jest ze mną, skoro wszyscy się do mnie uśmiechają i mnie chwalą. Albo: Bóg jest ze mną, jeśli tylko noszę ten amulet. To wszystko jest bałwochwalstwo.

Ani się obejrzę, jak zaczynam służyć: pieniądzom, ciału, innym ludziom, przesądom, zamiast… samemu Bogu. Tu się włącza głupota i „haniebne namiętności”, tu zaczyna się gniew Boży. I najgorsze: każdy doszedł do tego miejsca. I każdy potrzebuje usprawiedliwienia z wiary w wiarę. Z przekonania w czyn.

Kto ma oczy do patrzenia

...niech patrzy. – Jezus wypowiadał podobne zdanie odnośnie uszu. Ale, jak się okazuje, można mieć również oczy, którymi się nie widzi.

I wcale nie mam na myśli faryzeuszy, którzy widząc cuda i znaki, domagali się znaków. Ślepi, czy jak? No tak. Ale chcę napisać o czymś innym. Jak rażącą obojętnością wykazują się nieraz ludzie. Znaczy my.

Każdy chyba słyszał historie o tym, jak wśród świadków wypadku nikt nie kwapił się do udzielenia pierwszej pomocy lub choćby wezwania pogotowia. Albo inny przykład: czytałem, że pewien Rosjanin, słysząc o niedawnych gwałtach w Kolonii, instynktownie zapytał: gdzie byli niemieccy mężczyźni?

Kiedy Izrael obozował w Moabie, oczekując na odroczony czas wejścia do Ziemi Obiecanej, mężczyźni zaczęli się uganiać za Moabitkami. Seks z obcymi, prostytucja, zwana ładnie nierządem – były dopiero początkiem złego:

One to nakłaniały lud do brania udziału w ofiarach składanych ich bożkom. Lud spożywał dary ofiarne i oddawał pokłon ich bogom. Izrael przylgnął do Baal-Peora, i gniew Pana zapłonął przeciw niemu. (4 Moj. 25:2-3, BT)

Mojżesz odebrał polecenie, by zabić wszystkich, którzy się umoczyli w tych bałwochwalczych orgiach. Powiesić, czy wbić na pal – pewne, że był to wyrok okrutnej śmierci. Czy to była sprawiedliwa decyzja? W sytuacji, gdy Bóg wyrwał ich z niewoli i przez dziesiątki lat cudem utrzymywał cały naród przy życiu na pustyni, znosząc z ich strony narzekania i zniewagi… moim zdaniem tak.

Egzekucji miał dokonywać nie sam Mojżesz, ale sędziowie Izraela: „Zabijajcie każdego z waszych ludzi, którzy się przyłączyli do Baal-Peora”. A gdy to mówił, cała ta sprawa, jak się zdaje, nabierała rozpędu. Wszyscy już wiedzieli, normalka, bez wstydu.

I oto przybył jeden z Izraelitów i przyprowadził Madianitkę do swoich braci przed oczami Mojżesza i całego zgromadzenia Izraelitów, którzy lamentowali u wejścia do Namiotu Spotkania. Ujrzawszy to kapłan Pinchas, syn Eleazara, syna Aarona, chwycił w rękę włócznię, opuścił zgromadzenie, poszedł za Izraelitą do komory namiotu i przebił ich obydwoje, mężczyznę Izraelitę i kobietę – przez jej łono. I ustała plaga wśród Izraelitów. (4 Moj. 25:6-8, BT)

Pierwszy gorliwy – Pinchas. Ot, zawsze musi się jakiś znaleźć. Czyżby? Warto zwrócić uwagę na te dwa momenty: 1. „przybył na oczach Mojżesza i całego zgromadzenia”, 2. „zobaczył to Pinchas”.

Coś się dzieje na oczach wszystkich, ale tylko jeden naprawdę to zobaczył! Bo zareagował. Zabił, można powiedzieć, w afekcie. Wyobrażam to sobie, ale nurtuje mnie: czy ja w swoim codziennym życiu tak gwałtownie, szczerze i bezwarunkowo potrafię reagować na zło, w tym cierpienie, którego jestem świadkiem? Coś się dzieje na moich oczach, a może naprawdę to widzę i… działam?

Usuńcie obcych

Z każdej biblijnej historii wyciągam morał dla siebie. A życiowe wypadki Jakuba zupełnie mnie porwały. Tak wiele razy miał do stracenia wszystko (a było to dużo). Co wtedy robił?

Jakub miał za sobą może z siedemset kilometrów drogi z Haranu, w tym siedem dni w tempie, które pasuje do słowa „ucieczka”, o ile można uciekać z olbrzymim stadem. By wyjaśnić, jakie to było bogactwo, starczy powiedzieć, że tylko jako prezent przebłagalny dla brata Jakub oddzielił

200 kóz i 20 kozłów, 200 owiec i 20 baranów, 30 wielbłądzic karmiących wraz z młodymi, 40 krów i 10 byków, 20 oślic i 10 osiołków, (1 Moj. 32:14-15, BW)

Ile to jest hajsu, niech liczy jakiś ekonom. Prócz muczącego i beczącego dobytku, miał wówczas Józef już około czterdziestu wiosen, w tym dwadzieścia w służbie u teścia-krętacza, dwie żony i dwunastkę dzieci z czterech matek. Można powiedzieć: mężczyzna w sile wieku. Dojrzały, doświadczony, mocny. Tą mocą wykazał się zresztą w zapasach z aniołem w nocy poprzedzającej dzień spotkania z Ezawem – starszym bratem-bliźniakiem.

Tak naprawdę nie miał się gdzie podziać. Bo z jednej strony opuścił teścia (tak długo na to czekał!), zawinął się z jego córkami i wnukami, całym dobytkiem, to jest wszystkim, co mu zostało obiecane i czego się dorobił ciężką pracą. Zresztą nakazał mu to Bóg: powrót w rodzinne strony, do ojca – Izaaka. Ale z drugiej strony, właśnie… co to za cel? Czy można sobie wiele obiecywać po takim powrocie, skoro tam czeka na niego brat, który może dyszy jeszcze żądzą zemsty? Konflikt o dziedziczenie rozbił ich rodzinę, zdawałoby się, nieodwracalnie. Liczyć na słabość Ezawa? O, nie… To przecież on – Jakub – od dziecka był słabszy, daleko mu było do myślistwa i walki.

O tym wszystkim Jakub mógł rozmyślać, mając w pamięci obietnice Boga, z którym rozmawiał twarzą w twarz, ale też niezmiennie obawiając się ataku. Peniel (lub Penuel) to miejsce, w którym skaliste zbocza gór Gileadu porastają blade trawy, a im niżej i bliżej rzeki, tym bardziej nasycone są zielonością. W takiej scenerii doszło do spotkania. Ezaw był nastawiony tak pokojowo, jak tylko mógł. Okazał przebaczenie.

Ale to nie koniec historii Jakuba. Nie jest napisane „i osiedlił się w Sychem i żyli długo i szczęśliwie”. To dopiero środek tego życiorysu, w którym dwie rzeczy były niezmienne: niepewność jutra i boża obietnica błogosławieństwa (ojciec narodów, posiadłość ziemi całego kraju). Rzeczywiście Jakub zamieszkał w Sychem, ale tam zgwałcono mu córkę, a potem jeszcze poproszono o jej rękę (szczyt bezczelności). Jego synowie zemścili się krwawo… a tym samym napytali mu kłopotów. Co dalej? – Czy nie dość miałem przygód? Dlaczego, dlaczego?! – Mógł skarżyć się Jakub. I wtedy znów odezwał się Bóg:

— Wstań, idź do Betelu i osiądź tam. Zbuduj tam ołtarz Bogu, który ci się ukazał, gdy uciekałeś przed Ezawem, bratem swoim. – Wtedy rzekł Jakub do swej rodziny i do wszystkich, którzy z nim byli:
— Usuńcie obcych bogów spośród siebie, oczyśćcie się i zmieńcie szaty wasze! (1 Moj. 35:1-2, BW)

Niesamowite, że pierwsze słowa Jakuba nie brzmiały: „najpierw zbierzcie bydło, potem pakujcie rzeczy i składajcie namioty…” itp. To nauczka i dla mnie, na czas złych przygód, zmian i niepewnej przyszłości: NAJPIERW usunąć obcych bogów.

Afera efeska

Czasami, czytając historie sprzed wielu wieków, nie rozumiem warunków kulturowych, społecznych, politycznych, nie znam też stanu wiedzy ówczesnych ludzi. Dlatego bardzo łatwo jest posądzać bohaterów o… zwykłą głupotę.

Tak jest w przypadku „afery efeskiej”, że tak ją nazwę. Zastanowiło mnie, co doprowadziło do tak absurdalnej sytuacji, o której czytam w Dziejach Apostolskich. Było tak: pewien złotnik Demetriusz zaniepokoił się Pawłem i jego ewangelią, skłaniającą Greków do niewiary w „sztuczne” bóstwa – wytwór ludzkich rąk i fantazji. To jeszcze mogę zrozumieć: kult był zawsze silnym spoiwem dla systemów społecznych. A ludzie nie lubią zmieniać systemu, dopóki nie jest bardzo źle. Lubią, kiedy jest, jak było, znaczy normalnie. „My robimy srebrne świątynki, ludzie je kupują, komu to przeszkadza?” Ale to nie wszystko. Demetriusz mówił:

— Zagraża nam tedy niebezpieczeństwo, że nie tylko nasz zawód pójdzie w poniewierkę, lecz również świątynia wielkiej bogini Artemidy będzie poczytana za nic, i że ta, którą czci cała Azja i świat cały, może być odarta z majestatu. ­­– A gdy to usłyszeli, unieśli się gniewem i krzyczeli, mówiąc: – Wielka jest Artemida Efeska.
[ kilka godzin później ]
Tymczasem jedni to, drudzy owo wykrzykiwali, bo zebranie odbywało się w nieładzie, a większa część nawet nie wiedziała, z jakiego powodu się zebrali. I wypchnięto z tłumu Aleksandra, którego Żydzi wysunęli do przodu, Aleksander zaś, skinąwszy ręką, chciał się bronić przed ludem. Lecz gdy poznali, że jest Żydem, rozległ się z ust wszystkich jeden krzyk, który trwał około dwóch godzin: Wielka jest Artemida Efeska! (Dz.Ap. 19:27-28, 32-34, BW)

Zaczęło się od sprawy, którą – jak wspomniałem – potrafię zrozumieć, łatwo mi sobie to wytłumaczyć: złotnicy dbali o swój interes. Tak samo jak Gadareńczycy, kiedy prosili Jezusa, by odszedł z ich krainy, bo bardziej żałowali stada świń, niż dwóch ludzi, z których Jezus wypędził demony (zob. Mat. 8). Ale trudno mi pojąć tę histerię, jaka się rozpętała w Efezie w związku z nauczaniem Pawła i Artemidą. Przepraszam, ale żeby przez dwie godziny krzyczeć w kółko „wielka jest Artemida Efeska”? Jakiś obłęd!

A gdyby tak przez dwie godziny krzyczeć „tu jest Polska”? Moją intencją nie jest atakowanie PiS, tak sobie tylko pomyślałem, że Artemida musiała być podobnym elementem tożsamości jak dla niektórych Polaków partia polityczna. W Efezie wszystko kręciło się wokół bogini. Pogardzać Artemidą znaczyło pogardzać ojczyzną.

Pora, by zadać pytanie samemu sobie: czy jest coś, co buduje we mnie fałszywą tożsamość? Coś, czego gotów byłbym bronić w tak absurdalny sposób, jak Efezjanie swojej bogini?

Głupia miłość

Pamiętam, że Jerzy Stuhr powiedział coś w stylu: „Wszystko, co w życiu dobrego zrobiłem, to było dla mojej żony”. Słodki naiwniak, a może lizus i kłamczuch?

Ja osobiście wolę myśleć, że autorem tych słów jest po prostu doświadczony człowiek, któremu się „udało”, to doświadczenie mówi mu: – Najlepsze rzeczy robimy z miłości.

Przy czym oczywiście wszyscy kochamy inaczej. Po pierwsze, kochamy inne przedmioty, sprawy, ludzi, a nawet innych bogów. Po drugie, kochamy z różną mocą, bardziej lub mniej namiętnie, wiernie, świeżo, inaczej też to wyrażamy. Ale najważniejsza różnica polega chyba na tym, że każdy płaci różną cenę za miłość. A mówi się, że trzeba kochać nad życie, bo tylko taka miłość ma sens. Czy gotowy jestem, w zwykłych czy niezwykłych okolicznościach oddać wszystko za miłość? Czy chciałbym tego? Jak bym się z tym czuł? Autor Pieśni nad pieśniami pisze pod koniec tak:

Jeśliby kto chciał oddać za miłość całe swoje mienie, to czy zasługuje na pogardę? (Pnp 8:7b, BW)

Na pewno ktoś taki zasługuje na pogardę, jeśli miłość nie istnieje (tylko chemia). Albo istnieje, ale nie jest żarliwa – na jedno wychodzi. Zasługuje również wtedy, gdy kocha niewłaściwą osobę. Pół biedy, jeśli facet traci głowę dla fatalnej kobiety. Pół biedy, jeśli kobieta oddaje serce potwornemu mężczyźnie. Gorzej, jeśli człowiek poświęca się fałszywemu bogu.

Kiedy topnieją bałwany

W ostatnich dniach powraca do mnie myśl o bałwanach. Nie, nie to, że mam ochotę ulepić jednego na podwórku. Przy takim mrozie? Nie… Chodzi mi o takie bałwany, którym oddaje się cześć, zachwyt, uwagę, poświęcenie, uwielbienie, tęsknotę, pamięć, troskę, czas, samego siebie. To są moje skarby.

Ale czy każdy skarb jest bałwanem? Nie. Przecież sława, pieniądze, ludzka miłość, potomstwo – to dobre rzeczy. Wielu pozytywnych bohaterów w Biblii było sławnych, bogatych, mieli piękne żony i dużo dzieci.

To jest jak z kwadratem i prostokątem; każdy bałwan jest skarbem, ale nie każdy skarb jest bałwanem. Złoto Izraelitów mogło pozostać ich skarbem, ale oni przetopili je na złotego cielca i zrobili z niego bałwana. To prosta sprawa: garnek nie jest lepszy od garncarza. Czemu mam podziwiać i uwielbiać stworzenie zamiast Stworzyciela?

A co, jeśli skarbem jest kobieta (dla mężczyzny) albo dziecko? Czy rodzinę można przetopić na bałwana? Czy można „źle” kochać? Można, jeśli miłość do człowieka będzie silniejsza niż miłość do Boga. Miejsca konfrontacji zdarzają się na każdym kroku. Znamy „toksyczną miłość”, znamy cudzołóstwo, znamy złe wychowanie i jego chore ambicje.

Abraham uniknął trywialnego bałwochwalstwa: nie czcił rzeczy materialnych. A był dość majętny, żeby ulać sobie ze złota jakąś zgrabną figurkę. Poza tym razem ze swoją żoną, Sarą był wierny i posłuszny Bogu – to już wyższa szkoła jazdy. Ale najtrudniejszą próbę przeszedł, gdy Bóg kazał mu złożyć w ofierze jego jedynego syna Izaaka, cudownie urodzonego spadkobiercę całego dobytku i olbrzymiej obietnicy.

„Izaak to wszystko, dla czego żyję, on jest sensem mojego istnienia tu, na ziemi.” – takie słowa w ustach Abrahama byłyby bliskie prawdy, ale byłyby też dowodem jego bałwochwalstwa. Na szczęście zrobił co innego. Warto to prześledzić krok po kroku.

Bóg wezwał Abrahama do tego, by poszedł, złożył syna w ofierze, która będzie całopalna (całkowita) i to na górze, którą mu wskaże (w szczególnym miejscu). Abraham wykonał to niezwłocznie. Wstał wczesnym rankiem i przygotował wszystko. Z determinacją szedł trzy dni, aż zobaczył właściwe miejsce, sługom powiedział, że idzie z synem się pomodlić. Włożył drwa na Izaaka, a sam wziął ogień i nóż. Synowi powiedział tylko tyle, że „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie.” Z zimną krwią i zapewne ciężkim sercem ułożył ołtarz, a na nim związał Izaaka. I wyciągnął Abraham swoją rękę, i wziął nóż, aby zabić syna swego. Lecz anioł Pański zawołał nań z nieba i rzekł: Abrahamie! Abrahamie! A on rzekł: Otom ja! I rzekł: Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic, bo teraz wiem, że boisz się Boga, gdyż nie wzbraniałeś się ofiarować mi jedynego syna swego. (1 Moj. 22:10-12, BW)

Po co była ta próba? – Ponieważ tak zrobiłeś – mówi Bóg Abrahamowi – będę ci błogosławił, twoje potomstwo będzie liczne, zdobędzie grody nieprzyjaciół i będzie błogosławieństwem dla innych, bo przez nie poznają Pana.

Okazuje się, że nawet najgłębszy sens życia jest niczym, jeśli nie jest poddany Bogu. Co więcej, nawet najgłębszy sens życia bywa pogłębiony i wzbogacony przez Boga, jeśli On zostanie uznany za najważniejszego. Tak przez Abrahama, jak przeze mnie i przez ciebie.