Szpital Zapomnienia

Śnił mi się dzisiaj sen, który mnie cholernie zmęczył. Ale nie potrafiłem przestać o nim myśleć. Facet siedzi z czarną gitarą. Samotny. Źle mu na świecie samemu, ma tylko tę gitarę. Zbzikować można. Czuje, że to koniec tego, co jest. Że musi coś zmienić, wyjść, szukać pomocy, bo zwariuje. To początek podróży.

Scena kolejna – to tutaj: szpital psychiatryczny. Mała kolejka tych, którzy chcą się tu dostać. Wreszcie on. Stara dżinsowa kurtka, wytarte sztruksy i flanelowa koszula. Duża torba przy nogach, prawie waliza, jak na lotnisku. I gitara, którą obejmuje tak, jakby chciał sobie tym dodać ciepła, odwagi.

Podchodzi bliżej, słońce oświetla jaskrawo, do połowy jego twarz, ogoloną ostatnio może parę dni temu. Oczy pozostają w cieniu. To pozwala mu spojrzeć w długi korytarz. Tam, gdzie spędzi następne tygodnie, może miesiące. Lata?

Scena kolejna. Leży na końcu szpitala. Sala z wygodnymi sofami. Ten szpital w ogóle nie przypomina tego, czym jest. Wygodne wnętrza, co krok – rozmaite rozrywki, ćwiczenia. Zumba, szachy, czytelnia, gimnastyka, dyskoteka, kręgle. A przede wszystkim ludzie, wielu ludzi. W różnym wieku, pomieszani starzy z tymi w średnim wieku, z młodymi, z dziećmi. Wszystko to się kotłuje. Tu spokój, tu rozgardiasz.

Leży więc na końcu, na tej sofie. Trzy kobiety zatopione w swoich myślach – pod kocami. Trochę rozmawiają, opowiadanie o swoim życiu, swoim losie. Może to jedyne miejsce, gdzie ktokolwiek ze sobą rozmawia. Ale i tu czuje się obco. Wstaje i wychodzi, zaczyna krok za krokiem zwiedzać ten rozległy parterowy labirynt korytarzy.

Krok przyspiesza, ale to nie daje nic. Oprócz zmęczenia. W końcu, znużony tym, że nie może dojść kresu tego szaleństwa, pyta o drogę. – Musisz zapytać Dyrektora. – Ktoś radzi. Znajduje dość szybko sympatycznego pana ze sporym brzuchem.
– Gdzie moja gitara, gdzie moja torba?
– A po co Panu Pańska torba?
– No, nie wiem, mam tam parę rzeczy. – Odpowiada facet. Dyrektor uśmiecha się dobrodusznie.
– Coś Panu pokażę.

Mijają kolejne przejścia, kolejne budynki, podwórka, szklarnie, altany, a do wszystkich drzwi i zamków pasuje ten sam jeden klucz. To znów nie ma końca. Wtem dyrektor napotyka swojego zastępcę, który wciąga go w jakąś głupią, infantylną gonitwę. Dyrektor znika. Facet znów zostaje sam.

Trafia nawet na salę, gdzie trwa coś w rodzaju uwielbienia, jakie znał z kościoła. Ludzie grają i śpiewają, ale słowa piosenek są przytłaczająco puste i nie niosą z sobą żadnej treści, żadnej mocy, pociechy, nadziei. Biegnie dalej. Tak, biegnie, aż znajdzie człowieka, który potrafi istnieć w ciszy. Ale nie znajdzie. Aż z wyczerpania padnie. Tylko ten bieg mu pozostał.

Sądził, że tu, w tym szpitalu, znajdzie wytchnienie od lęków. Już nie będzie stał w życiu „pod ścianą”, już go nikt nie zapędzi w kozi róg. Tak sobie myślał. Ale to nieprawda. To miejsce skupia jak soczewka wszystkie nieszczęścia, jakie spotkał w świecie. Ludzie bez nadziei, którzy nie chcą w to uwierzyć. Dyrektor, który stracił nad tym kontrolę. I nie wie, że tylko zagłusza ból, który kiedyś chciał leczyć…

Autor: jpz2

Powiązane posty: