Szczegóły

Wychodzę z kościoła, tzn. z Domu Sztuki na Ursynowie – po swój zestaw niedzielny: jogurt pitny, bułkę słodką i niesłodką. Stoję w kasie. Jedna pani starsza przede mną, a stoi tu długo za trzy. 
– Ojezu, a pan za mną się zaraz wścieknie. – Mityguje się.
– Spokojnie, się nie denerwuję. – Uspokajam. Pani z kasy przypomina sobie wtedy:
– Kabanosy mam w promocji. Te z indyka, te z wołowiną.
– Ale miętkie?
– Miętkie.
– Wie Pani, o co chodzi?
– Wiem.
– No, kiedyś wzięłam takie kabanosy, jeszcze pierwszego dnia jakoś dało radę. Ale następnego? Proszę pani! Mało mi ząb nie wyleciał.
– No, tak bywa, coś wiem o tym. – Krzywo się uśmiecha za kasą.
– O tak, dobre jak cholera, ale co z tego, jak nie dla mnie. Nie dla psa kiełbasa, he he. No, dobrego dnia.
– A dziękuję, nawzajem!
– Dzień dobry! – Teraz moja kolej. Płacę, wychodzę, jem. Potem z kolei A. wychodzi z wózkiem, może U. zaśnie. Kazanie się jeszcze nie skończyło. Siedzę z Fi. w sali dla dzieci, trochę słucham z telewizora, trochę się bawię z nim. Ale on w końcu się niecierpliwi:
– Tato, weź swój rower, a ja – hulajnogę.
– I co, pojedziemy do mamy i do Uli?
– Tak, do mamy i do Uli.
Spotykamy się w pół drogi do fontanny. Teraz razem między blokami – Fi. jedzie trochę z przodu, my idziemy z wózkiem. U. krzyczy do Fi.:
– Filuuu, uważaj na kamienie! – Kamienie są ponad sto metrów dalej – duże, ale do kroćset, jeszcze daleko. – Filu! Uważaj na kamienie! Uważaj na kamienie. Uważaj na kamienie! – Fi. już się zdążył wściec, odwraca się do U.:
– Ulciu!!! Uważam na te kamienie!!!
Jedziemy do znajomych na parapetówkę. Fi. z toalety:
– Tato! Tato! Tato!… – Wchodzę. Siedzi na kibelku. – Tato, dzwony dzwonią do ciebie, że zrobiłem kupę.
– Ojej, wielki Dzwon Zygmunta dzwoni, że mam cię podetrzeć?
– Tak.
– Ok.
Siadamy znów razem. Aż dziw, że piątka dzieci tak się zgodnie bawi, a dorośli mogą pogadać – śmiejemy się, że już mniej o szkole, studiach i podróżach, bardziej o dzieciach, przedszkolach i wakacjach. A, daj Boże, za czterdzieści-pięćdziesiąt lat – o, nie daj Boże, lekarzach, robotach medycznych i sanatoriach. Oglądamy z sentymentem film z naszego rajdu sprzed dziewięciu lat i planujemy rajd rowerowy z dziećmi. Zerkamy z A. na zegarek, czy nie nadeszła przyzwoita pora, by wyjść.
– O, łał, już dziewiętnasta.
– Tak? Cudownie, zaraz fajrant, tzn. dzieci spać. – Idę do drugiego pokoju. – Dzieci! Za niedługo wychodzimy, zbieramy się!
– Tato, nie zbieramy się! – Oponuje U.
– Tato, ja tutaj zostaję! – Orzeka Fi.
– Myślisz, że możemy tutaj zostać na noc i spać?
– Tak.
– No nie wiem, zresztą… wiesz, nie zostaliśmy zaproszeni na noc. A jeśli tak, to należy wyjść wieczorem, nie za późno, tak z wyczuciem. – Takie tam szczegóły.
Autor: jpz2

Powiązane posty: