Syn swego ojca

Nie zamierzam rozwodzić się nad tym, jaki Fi. jest długi i jak wpycha sobie pięści do oczu – zupełnie jak tatuś, czyli ja. Opowiem raczej o tym, jak ja się czuję, będąc synem swego ojca.

 

W moim kościele co jakiś czas odbywały się spotkania dla mężczyzn, trwające dwa dni, na które zjeżdżało zawsze ok. 40 osób. „Zaliczyłem” ze trzy takie. Liderzy przygotowywali krótkie wykłady na tematy, z którymi zmierzyć się musi każdy prawdziwy mężczyzna: charakter, przymierze, życie wiary (działania), pokuta, no i oczywiście… męskość. A oprócz tego był czas na świetne jedzenie, trochę sportu, a przede wszystkim duuużo rozmów, głównie w małych grupach – bardzo szczerych, nieraz do późnej nocy, a co więcej, dających okazję do powiedzenia o swoich mocnych stronach i… słabościach. Tak, wśród mężczyzn to rzadkość, dlatego wiem, że trudno w to uwierzyć, ale tak było. Dlaczego to wspominam? Bo dobrze zapamiętałem tytuł jednego z wykładów (Tomka), który brzmiał mniej więcej tak: „Dziedzictwo twojego ojca, którego nie chcesz dotknąć nawet patykiem”. To znaczy nie chcesz dotknąć dziedzictwa, nie ojca. Nie śmiejesz się? Może się zadumałeś, zadumałaś?
Ja się zadumałem – wtedy i później też, wiele razy, sprowokowany cudzymi słowami albo jakąś sytuacją, własnym zachowaniem itd. A dziś znów pomyślałem o moim ojcu, a nie była to myśl przelotna, w stylu: o, zapomniałem z nim coś załatwić, powiedzieć… To była głębsza refleksja o tym, jaki mój tata był i jest, jak sobie poradził z rolą ojca, w jakim stopniu i w jakich sprawach dał radę, a w jakich zawiódł. Albo: w czym jest dla mnie wzorem, który chcę powielać, a w czym jest wzorem, który chciałbym zmienić, żebym dla swoich dzieci był trochę lepszym tatą.
A wszystko przez pewną ankietę, którą wypełniałem dla mojej koleżanki – takie badanie psychologiczne do magisterki. Właściwie to była jedna z wielu ankiet i akurat dotyczyła ojca. Trzeba było zaznaczyć na standardowej skali, czy się zgadzam zdecydowanie, czy po prostu tak, czy nie itd. A może nie potrafię określić? Niektóre pytania właśnie mi uświadomiły (po raz kolejny), że całkiem dobrym tatą jest ten mój tata. Bo wcześniej się nad tymi kwestiami nie zastanawiałem, np.
– Dzięki ojcu w domu każdy czuł się bezpiecznie. (Tak? Nie?)
Myślę. Ja nawet nie wiem, z jakiego powodu miałbym się czuć niebezpiecznie. To chyba znaczy, że czułem się bezpiecznie. Ale skoro nie mam pojęcia, co może być złego, to jak mogę tego uniknąć, sam będąc tatą? Moja mądra żona A. podpowiada:
– Pewne rzeczy przekazujesz naturalnie. Jeśli doświadczyłeś czegoś dobrego, to i twój syn tego doświadczy. Jeśli czułeś się bezpiecznie, to dobrze. Po prostu.
– Mądrze mówi. – Pomyślałem. Ale to nie koniec. Punktów ankiety było mnóstwo, zacytuję jeszcze kilka z nich, które uświadomiły mi, że może być źle, a ja miałem dobrze:
– Komunikacja w mojej rodzinie nie była szczera, czasem miałem poczucie, że ojciec chciał mną manipulować.
– Moje dzieciństwo było nieszczęśliwe, obecnie czuję skutki braku miłości ojca.
– Ojciec nie szanował ogólnoludzkich wartości (dla niego ważniejszy był np. alkohol, narkotyki, towarzystwo).
– Na ojca nie mogłem liczyć; nigdy nie było wiadomo, co czeka mnie z jego strony.
– Ojciec zajęty był własnymi sprawami, o zaspokojenie swoich potrzeb jako dziecko musiałem się troszczyć sam.
– Jako dziecko musiałem zajmować się problemami ojca (często wyolbrzymionymi).
I dla odmiany jeszcze kilka pozytywnych stwierdzeń:
– Ojciec wdrażał mnie do samodzielności i odpowiedzialności.
– Ojciec chętnie odpoczywał razem ze mną.
– Mój ojciec raczej prosił mnie o wykonanie poleceń i tłumaczył racje, niż odwoływał się do autorytetu.

Ojciec dawał mi jako dziecku właściwą swobodę, dostosowaną do mojego wieku.
Kiedy odpowiadałem „tak!” lub „nie!”, przywoływałem z pamięci różne wspomnienia, które ponownie skłoniły mnie do pozytywnego myślenia o moim ojcu. Wcale nie jest tak, że tego dziedzictwa nie chcę dotknąć nawet patykiem. Owszem, siedzę w nim po pachy, jestem skazany na korzystanie z tego, co mi ojciec dał i… skromne zatykanie dziur, które są we mnie, bo i w nim były (i pewnie są nadal).
Wszystkich dziur i tak nie zatkam, zresztą nie o to chodzi, żeby się wygładzić, wypolerować na glanc, zostać tatą idealnym, takim tatą… bez charakteru. Trzeba natomiast coś przebaczyć, „trochę” liczyć na Boga, który sam dziury zalepia i tyle. Reszta, jak sądzę, polega na pomnażaniu tego, co mam. Myślę więc z nadzieją o przyszłości, że będę umiał tak dobrze jak mój tata (a może i lepiej) bawić się z dziećmi, śpiewać im, rysować, czytać i podsuwać książki, organizować wakacje, odkrywać świat pieszo i rowerem, uczyć zasad i wprowadzać porządek, gotować, naprawiać domowe sprzęty, remontować, przeprowadzać, opiekować się, modlić, zachęcać i inspirować, że można coś zrobić jeszcze lepiej, niż sobie dziecko wyobraża, nosić do lekarza, zaskakiwać i żartować… A przede wszystkim zawsze być i to jeszcze z mamą, przez wszystkie lata.
A propos mamy, oczywiście mamę też mam bardzo dobrą. Dlaczego więc nic o niej nie wspominam? Cóż, co do mamy musiałem wypełnić identyczną ankietę, ale nie piszę o tym z prostego powodu: to nie jest temat tego bloga. Jestem wprawdzie dzieckiem obojga rodziców i po obojgu dziedziczę, ale skoro sam jestem tatą, to i wzór taty (a nie mamy) powielam – stąd się bierze to całe rozważanie.
Na koniec polecam piosenkę Grzegorza Turnaua „Jestem synem mego ojca”, która gra u mojego brata w samochodzie, a teraz wrzucił ją także na facebooka, jakoby dzieląc się skromnie wieścią, że i on już ma syna. Ciekawe, który z nas lub naszych synów będzie bardziej podobny do naszego ojca, który przecież jest jeden 🙂
Autor: jpz2

Powiązane posty: