Swobodnie

Flegmatycznym krokiem wstąpiłem do autobusu. Nuże, zacząłem się sposobić do słuchania muzyki. – No żesz kurde… – Kląłem sobie pod nosem, bo szofer wiózł kartofle. A ja usiąść nie mogę, bo tu kabelek, tam kabelek – trzeba to sprytnie poupychać po kieszeniach. Baba z boku na mnie zerka – widzę kątem oka. Słyszę jej myśli: – O, słuchafony se takie założył, będzie jak ci wszyscy, ech, co oni z tym mają, nienormalni jacyś… – Tak pewnie myśli, bo zerka i zerka. A mi to wszystko rybka! Nawet już mi się nie chce siebie chłostać ważeniem: ile się dziś narobiłem, a co odfajkowałem. Powoli odpuszczam sobie też czytanie książki w drodze powrotnej. Muzyka nastraja. Słońce rozleniwia. Piątek po fajrancie nie sprzyja.

Praktyczny poradnik zostanie do dokończenia w innym czasie.

O! W końcu leci TGD – podnosi mnie, zachęca, nakręca, odpręża i napręża. I patrzę: O! W. – mój kumpel z pracy. I on tutaj, w tym autobusie, on też lubi słuchać muzyki. U siebie w pokoju słucha. Na przystanku często słucha. Lubię go. Ale tym razem podajemy sobie porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy, i postanawiamy nie rozmawiać ze sobą, tylko słuchać – każdy swojego. Jest to jakby domyślna opcja tego systemu – tego leniwego piątku po fajrancie. Panuje jakiś nastrój nie zmuszania się do czegokolwiek. W tym autobusie ciepło i w ogóle wiosna dziś niezła. Ludzie idą do metra jak ślimaki. I ja wśród nich. Pochód ślimaków.
Myślę o jednym takim jutuberze, którego słuchałem. Mówił o dawaniu pieniędzy – nauczaniu Pawła, apostoła. Między innymi to, że dać kasę – to jest akt wiary. Nie „jak w lepszym szwajcarskim banku”, nie. Bóg tak nie działa. Bóg wynagradza tych, którzy dają z radością, dają dla dawania, a nie dla interesu. I wynagradza, jak chce, często w innej walucie, lepszej, mocniejszej, nie znikomej. Po co? Żebym znów mógł dać więcej. Jemu? Nie, Jemu to niepotrzebne. Ale innym, którym brak chleba, pocieszenia, zdrowia, nadziei, przyjaźni, czy wreszcie zbawienia.
A zatem moje pieniądze – to wierzchołek góry lodowej dawania. Teraz mnie to uderza: hej! Jeśli własne skąpstwo mi odbiera radość dawania pięciu złotych, to daję cztery. Ale w ogóle nie muszę, na Boga, nic nie muszę. Jestem wolny. Dać „bo trzeba” – nawet mi nie wolno. To byłoby godne pożałowania i pogardy. Rozumiem to świetnie co do pieniędzy, dlaczegóż nie rozumiem co do całej reszty życia? Nic nie muszę. Mówić ewangelii, modlić się o chorych, robić z ludzi uczniów Jezusa. Nie muszę, uwaga, jeżeli to dawanie byłoby przymuszone i nie ochotne.
Jadę metrem. Patrzę dookoła. Faceci. Jacyś cholernie poważni. Ja też chyba tak wyglądam. Odpowiedzialni. Wracają z pracy. Odpowiedzialni. Wracają do domu. Od czasu do czasu w życiu swoim się śmieją. Ale jednak to życie za mordę trzymać muszą. I trzymają. Taka jedna facjata męska wpadła mi w oko. Właśnie taki poważny facet. Typowy. Taki, jakby mu ciężary na plecach wieszali. Jakby się czuł przymuszony do dawania – czasu dzieciom, czasu żonie, czasu szefowi, czasu na sikanie i nawet tej marnej dychy w kościele na tacę.
Odświeżyłem sobie tę myśl: if you have no fun, you do it wrong. Nie bawi cię ta gra? Należy więc odpuścić sobie. Pójść swobodnie. Dać minimum. Dać prawie nic. Ale z radością. Z satysfakcją. Dla zabawy. Nic nie musisz. Zrzuć to. Uśmiechnij się. Kochaj, a tak wypełnisz całe prawo. Nie musisz nawet wiedzieć, jak dzisiaj żyć. Bóg ci powie. Otwórz uszy. Otwórz japę. Teraz takie ładne kwiaty na drzewach.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: