Święte prawo do własnego zdania

Moja siostra wywołała na Facebooku dyskusję długą jak Jolki nogi. Punkt wyjścia można ująć tak, że „Wysokie Obcasy” konsekwentnie poniżają wartości chrześcijańskie. Poświęcenie, wierność, życie poczętych dzieci, czystość seksualna itp. – już nie pisze się o tym, czy wolno to gwałcić. Oczywiście, że wolno, nawet trzeba! Pytanie tylko: jak? Oraz: dlaczego ludzie tego nie akceptują, przecież to mój wybór?!

„Mój wybór” – to słowa-klucze. Nowa religia, którą wyznaje większość Polaków, to relatywizm, czyli „dobro i zło = kwestia umowna”. Nie można powiedzieć, że Janek zrobił źle. To był jego wybór. Jeśli tylko jest mu z tym dobrze, to nie ma zastrzeżeń moralnych. No, chyba że skrzywdził innego człowieka. Krzywdzić nie można. Fuj.

Krzywda oczywiście też jest względna i zależy od sytuacji. Ogólnie wyznawcy relatywizmu nie znają autorytetu, który mógłby uzasadnić jakiekolwiek trwałe wartości. Jeśli jest inaczej, proszę o ciętą ripostę w komentarzu. Takim autorytetem ostatecznym może być tylko Bóg.

A w sprawie Boga są u relatywistów dwie szkoły.
1. Ateizm. Nie ma Boga, zatem człekowi, gdy chce być dobry, pozostaje tylko etyka (jedna z trzech wielkich dziedzin filozofii).
2. Specyficzna mieszanka mono- i politeizmu. Nie ma podstaw, by uznawać, że jeden bóg jest lepszy od drugiego. Wszystkie religie są równe, bo wszystkie prowadzą do jednego celu. Jest zatem jedna religia, „religia miłości”. To stwierdzenie jest panaceum na wszystkie sprzeczności między religiami. Jest jedność lecz znika wyrazistość. Mimo wiary w transcendentne „Coś” pozostaję z miałkim i nieokreślonym „nie krzywdzić innych”.

Jak widać, opis punktu drugiego zajął mi więcej linijek, co niezawodnie świadczy o tym, że lepiej być ateistą. Bo ateista nie chrzani o żadnych „religiach miłości”, ale stąpa twardo po ziemi dzięki etyce. I może mówi trochę za wiele, ale przynajmniej wie, co mówi.

Oczywiście jest jeszcze trzecia droga.
3. Teizm. Jest Bóg. Stworzył świat, człowieka i dał do nich instrukcję obsługi.

Po co komu ta trzecia droga? Po co wierzyć na Słowo? Jest jeden, tylko jeden powód i przestrzegam wszystkich przed tym, by nawracać na „trzecią drogę” z innego powodu niż ten jeden. Czyli po co? Po to, żeby pomóc.

Jeśli ateista lub ten zabawny mono-politeista myśli, że wszystko w jego życiu gra i nie potrzebuje pomocy, to dyskusja nad trzecią drogą już jest skończona. Jeśli istnieje Bóg, który jest lepszy od wszystkich innych bogów, to tylko taki, który chce raczej miłosierdzia niż ofiary i który nie przyszedł wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników (Mat. 9:13, BW), dlatego siada przy jednym stole z bandytami, grzesznikami i je. Nie robi im „łachy”. Kocha ich. Tylko skąd grzesznik wie, że jest grzesznikiem, jeśli nie zna pojęcia „grzech”? Wie stąd, że myśli sobie: „moje życie to bagno”.

A dlaczego nie wolno mi człowieka nawracać, jeśli on nie chce pomocy? Bo i tak nic z tego nie wyjdzie. Jak człowiek nie czuje, że potrzebuje miłosierdzia, to nic mu nie pomoże. Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mt 9:12, BT). „Zdrowemu” można powiedzieć raz, tylko/aż jeden raz o żywym, kochającym Bogu. I modlić się. Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie przyciągał do siebie ludzi osobiście.

Autor: jpz2

Powiązane posty: