• Podobne posty

  • Tagi

  • Archiwa

  • Świecić przykładem

    Jeśli ktoś śledzi moje wpisy, wie, że szukałem konkretnej rzeczy, w której mógłbym naśladować Jezusa, w której mógłbym okazywać miłość i zyskać nieustającą satysfakcję, większą niż z powodu zwykłych przyjemności – takich, za którymi się uganiam, jak każdy. I, co bardzo ważne, takie konkretne naśladowanie Jezusa mógłbym polecać wszystkim jako alternatywę dla życia samymi przyjemnościami, które w końcu jest jałowe.

    Inspirujące było dla mnie głoszenie mojego pastora, Marka Ciesiółki o tym, że nigdy nie jest za późno na bycie uczniem. Jest to rola fascynująca, jeśli mam dobre podejście: pozwalam się zachęcać przez nauczyciela i wierzę, że mogę robić coś tak, jak mistrz. Żyć jak Jezus? Często mam ochotę machnąć ręką i myślę, że to zbyt ambitne, niemożliwe. A to błąd!

    W kazaniu Marka nie ma nic o konkretach (bo też nie o to w nim chodziło). Mówił tylko, że znajduje w słowach Jezusa tyle przykazań, że głowa mała. Ha! Jeśli mistrz może, to i ja znajdę! (Tutaj naśladuję pastora.)

    Nie trzeba daleko szukać. Kto czyta Nowy Testament od początku, ten już w piątym rozdziale jest zbombardowany wielkokalibrowym Kazaniem na górze. To pierwsze nauczanie Jezusa jest długie i ciągnie się przez trzy rozdziały (Mat. 5-7).

    Pominę na razie słynne osiem błogosławieństw. Nie czuję się na siłach, żeby to omawiać, nie wiem lub nie pamiętam na przykład, dlaczego „cisi posiądą ziemię”. Ale wrócę do tego, teraz idę dalej. Już, już sięgam do konkretów tylko… po kolei! Tu jest jeszcze coś ważnego, jeszcze ostatnia zachęta trenera, Mistrza przed meczem.

    Wy jesteście solą ziemi; jeśli tedy sól zwietrzeje, czymże ją nasolą? Na nic więcej już się nie przyda, tylko aby była precz wyrzucona i przez ludzi podeptana. Wy jesteście światłością świata; nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.

    Nie mniemajcie, że przyszedłem rozwiązać zakon albo proroków; nie przyszedłem rozwiązać, lecz wypełnić. Bo zaprawdę powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminie z zakonu, aż wszystko to się stanie. Ktokolwiek by tedy rozwiązał jedno z tych przykazań najmniejszych i nauczałby tak ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios.

    Albowiem powiadam wam: Jeśli sprawiedliwość wasza nie będzie obfitsza niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios. (Mat. 5:13-20, BW)

    Cytat zjadł mi prawie połowę miejsca. Ale jest ważny. Po pierwsze, chcę być solą, chcę być świecznikiem! Nie po to, by ludzie chwalili mnie, ale żeby chwalili Boga! Jak ma uwierzyć w Boga szczery człowiek, kiedy kościół jest obłudny? Będzie nienawidził Boga za to, że pewien jego znajomy przez całe lata chodzi na nabożeństwa i przez całe lata bije żonę. A może uwierzyć, gdy widzi, jak ci, którzy się mienią „chrześcijanami”, naprawdę żyją lepszym życiem.

    Po drugie, Jezus z całą mocą podkreśla: nie zmieniam zasad! Nie po to jest krzyż, żeby każdy żył sobie dowolnie, nie! Łaska jest po to, by przykazania wypełniać, a nie omijać i, ostatecznie, by wywyższyć jedynego Boga. To brzmi wyraźnie.

    Po trzecie, moja sprawiedliwość ma być obfitsza niż sprytne prześlizgiwanie się między przykazaniami. Ma płynąć z serca, mam być jak Bóg, który daje i daje. Co mam dawać, co mam robić, żeby świecić przykładem? To już w następnych wpisach.