Subtelnie

Przy Wierzbnie jest myjnia, jak dla mnie po drodze. Kiedy rower jest już totalnie zabłocony, podjeżdżam, wrzucam dwójkę i pryskam: ramę, tryby, koła. Ale teraz nie mam dwójki. Podchodzę do budki dyżurnego, śmierdzi moczem i koncentratem mydła do aut. Nie dyżurny, tylko budka, zresztą co za różnica?
— Rozmieni pan?
— Rozmienię. – Odpowiada, odstawiając czajnik i ściszając radio. Odwraca się, wsadzam mu do ręki dwadzieścia świeże z bankomatu, on grzebie w metalowej szufladzie i wsypuje mi do garści cztery piątki.
— Dwójki nie dostanę?
— Nie ma szans.
— No dobra, dziękuję. – Wracam do roweru i rozglądam się bezradnie. Ze skąpstwem zerkam na piątki. Mokpol! Tam rozmienię! Podjeżdżam, wchodzę. Już upatrzyłem sobie: serowe kulki obok ciast – na wagę. Dwie wezmę. Ale kolejka. Jedna pani, druga. Ta druga to chyba weterynarz – taki ma kitel, pewno ledwo z pracy wyszła. Zaraz jak przez ulicę Ksawerów przejdziesz, jest klinika. Tak tę panią delikatną obrzucam wzrokiem i niecierpliwie wzdycham, kiedy będzie moja kolej, a tu… co u licha?! Pająk wielki jak ta piątka, którą miziam w kieszeni, myk-myk biegnie po podłodze. Tup! Nogą go rozkwaszę, że aż nogi pogubił. Strach podeszwę oglądać.
— Dziękuję panu, że pan go zamordował. – Pani weterynarz się do mnie zwraca. Tak miło i zasadniczo, jakbym jej podał skalpel. Taka subtelna uprzejmość.
Autor: jpz2

Powiązane posty: