Strzały w ręku wojownika

W tym tygodniu nie napiszę o: historii i technikach łucznictwa wojennego, ani o mononukleozie, która wstrzymała mnie od pisania przez trzy tygodnie, ani o Ani, ale o… dzieciach, synach, ściślej mówiąc.
Gdym sobie jeszcze siedział w domu, korzystając z długiego zwolnienia lekarskiego, wychodziłem od czasu do czasu na spacery z żoną – spacery, którymi A. codziennie zapewnia sobie sporo ruchu, a naszemu synkowi – Fi. – porcję świeżego powietrza. Niestety nasza okolica nie daje wiele ciekawych opcji spaceru, więc jeśli wybrałeś się z wózkiem trzy razy na godzinny spacer, byłeś już wszędzie. No, prawie wszędzie.
Ech, przy tym tak bardzo brakuje mi na Ursynowie (Północnym) zieleni, ale nie takiej, która rośnie między blokami – tego jest mnóstwo, wysoko i nisko. Brakuje mi za to parków, żeby choć tyle, co na Bielanach, gdzie się wychowałem. A tu co: łysa Kopa Cwila, hałaśliwa (od pędzących aut) Dolinka Smródki (a.k.a. Służewiecka), skromniutki Park im. JPII – przy kościele (podobno zwanym przez tubylców „Malborkiem” z uwagi na podobieństwo do średniowiecznych, ceglanych fortyfikacji), no i jeszcze kampus SGGW, zwłaszcza ten stary. Fortu Służew nie liczę, bo mało dostępny i jakiś nieprzyjazny: albo prywatnie pogrodzony, albo zarośnięty.
Tak wygląda ten krajobraz. Ale w spacerach z żoną nie to się liczy, by zaliczyć wycieczkę krajoznawczą, ale… żeby razem pochodzić. I porozmawiać. Odkąd zdarzyło mi się chodzić z dziewczyną, pozostaję niezmiennym orędownikiem spacerów, jako jednej z najlepszych form wspólnego spędzania czasu, zwłaszcza przed ślubem, kiedy łóżko jeszcze dwuznacznie się kojarzy (przynajmniej mi). A propos łóżka, spacer to najlepsza okazja, by poznać dziewczynę tak, jak się „nie ma czasu” jej poznawać w sypialni. A przyznam szczerze, że nie mam dość poznawania swojej żony.
Spacery są lepsze od kina, bo dają możliwość rozmowy, ale jeśli o kinie mowa, to chyba najlepsze są spacery po kinie, kiedy można pomówić o obejrzanym właśnie filmie. Jeśli był sensacyjny – nie ma wiele do gadania, ale można przy tym udawać superbohatera, jeśli romans – można skorzystać z nastroju, jeśli obyczajowy dramat – można zadać parę mądrych pytań, dla których zawsze brak okazji, jeśli komedia – można przyćmić jej humor swoim własnym, a jeśli dokument – można pogadać o spełnianiu swoich marzeń, które kiedyś będą świetnym materiałem na film.
Niektórym spacery kojarzą się z emeryturą. Nic bardziej frajerskiego! Jeśli zaczynasz spacerować z żoną dopiero na emeryturze, to po pierwsze, ty ją jeszcze kochasz? A po drugie, na pewno zadajesz sobie pytanie: dlaczego robimy to dopiero teraz? Ludzie, którzy od młodości dużo chodzą, na przykład wypasając bydło, żyją najdłużej. To najświętsza prawda! Wspaniałe mogą być też spacery rowerowe, ale to już inny temat.
Oczywiście, kiedy tak sławię spacer, rozmyślnie spycham na drugi plan wspólne jedzenie. Robię to ironicznie, jak delikatny i czuły prztyczek w nos, bo wiem, że A. bardzo docenia to wspólne jedzenie i w ogóle smaczniutkie, skromne jedzenie. Tymczasem ja niespecjalnie, tak jakoś zostałem niechcący wychowany, a i z natury jestem raczej niejadkiem (zostało mi z dzieciństwa). Dlatego potrafię sobie wyobrazić szczęśliwe małżeństwo, które nie jada razem posiłków, a nie umiem sobie wyobrazić szczęśliwego małżeństwa, które nie chodzi razem na spacery.
Och, cóż za idealna prowokacja, niech teraz obudzą się i oburzą wszyscy zwolennicy wielkiego żarcia oraz wyznawcy zasady, że „seks zaczyna się w kuchni”. Tak, czy owak, tego, że się „zaczyna w kuchni”, nie powinniśmy brać dosłownie. Podobnie i tym bardziej (!) nie wolno wprost rozumieć twierdzenia, które bliższe jest mojej naturze, mianowicie że się „zaczyna w parku”.
No i idąc przez jeden z tych marnych, ursynowskich parków, zauważyłem reklamę „szkoły dla psów”. Powiedziałem do A.: – Co za nonsens! Rozumiem, że to jest korzyść dla psich trenerów, treserów i wszelkiej maści behawiorystów. Ale mi byłoby żal wydawać pieniądze na coś więcej niż karma i niezbędne zabiegi u weterynarza. W ogóle czasem żal poświęcać się zwierzęciu, chociaż to dobry przyjaciel. Tymczasem widzę, że gdzieniegdzie zwierzę staje się prawdziwym członkiem rodziny, a nawet o wiele gorzej – niejako substytutem dziecka. To już przesada – myślę sobie. To tak, jakby zatrzymać się na jakimś etapie (lub cofnąć). Mój szef opowiadał mi ostatnio jeden film, w którym narkoman kończy odwyk z sukcesem i uradowany, pełen nadziei na nowe życie mówi do przyjaciela:
– Teraz muszę znaleźć żonę!
– Spokojnie! – Mówi przyjaciel. – Najpierw ty kup sobie roślinkę. Jeśli jej nie zaniedbasz i przeżyje parę miesięcy, to kup sobie psa. Jeśli i pies będzie z tobą szczęśliwy, możesz rozejrzeć się za dziewczyną.
Bardzo mi się to spodobało i od razu dodałbym kolejny stopień: – Jeśli dziewczyna będzie z tobą szczęśliwa, możesz pomyśleć o dziecku.
Tak, wielu współczesnym, młodym parom, które nieźle zarabiają, życzyłbym tego zapału, jaki miał narkoman po odwyku. Nie chodzi o ratowanie przed zapaścią demograficzną itp., ale o własne korzyści, które tak dobrze ujął psalmista (cytuję prawie cały Psalm 127):

Jeśli Pan domu nie zbuduje, próżno trudzą się ci, którzy go budują, Jeśli Pan nie strzeże miasta, daremnie czuwa stróż. Daremnie wcześnie rano wstajecie i późno się kładziecie, spożywając chleb w troskach: wszak on i we śnie obdarza umiłowanego swego.
Oto dzieci są darem Pana, podarunkiem jest owoc łona. Czym strzały w ręku wojownika, tym synowie zrodzeni za młodu. Błogo mężowi, który napełnił nimi swój kołczan! Nie zawiedzie się, gdy będzie się rozprawiał z nieprzyjaciółmi w bramie.
Właściwie tylko drugi akapit dotyczy dzieci, więc po co pierwszy? Żeby nie stracić cennego kontekstu. Otóż ten sam Pan, który dmucha w moje żagle, on daje mi dzieci. Czyżby jedno z drugim było powiązane? Na to wygląda. Rozumiem, że Pan to sprawia, że nie trudzę się daremnie, że nie czuwam bez sensu, że mogę spać, a nic nie tracę. Czuwa nad okolicznościami, które mogłyby wszystko zepsuć i nad tym, by koniec wszystkich przygód był pomyślny i szczęśliwy. Przy tym „dzieci są darem Pana”. To taka paralela. Nie muszę aż do starości urabiać się po pachy, walczyć wręcz, bo mam strzały! Ilu mam synów, tylu ich mogę wyposażyć i wypuścić z łuku, posłać, a nie troszczyć się, co będzie, raczej błogo rozprawić się w bramie z nieprzyjaciółmi. Czy trzeba mi więcej? Tylko błogosławieństwa.
Autor: jpz2

Powiązane posty: