Stokroć

Sześciuset znajomych na fejsbuku, właśnie dostałem automatyczne gratulacje (czy to w ogóle powód do gratulacji?). To dużo, czy mało? Dla mnie dużo. A to (prawie) wszystko ludzie, których poznałem kiedyś osobiście, a więc przynajmniej uścisnąłem rękę, powiedziałem „cześć” lub „dzień dobry”. Wielu z nich znam bliżej. Największą grupą wśród tych sześciuset są chrześcijanie – osoby, które w jakimś momencie postanowiły bez kompromisów pójść za Jezusem, właściwie zaczęły nowe życie. 
No i co z tego? To, że są moimi braćmi i siostrami. A co z tego? To, że w tym nowym życiu mamy wspólnego Tatę, wspólnego króla, wspólne cele i wiarę, wspólne ideały, nawet wspólne bitwy. W pewnym sensie, w pewnym stopniu jesteśmy jak żołnierze, którzy na froncie zaprzyjaźniają się na śmierć i życie. Kościół jest przecież taką drużyną, brygadą, w której jeden osłania drugiego. Przynajmniej taki być powinien: osłania, nie osłabia. 
Mogę oczywiście być samotnym strzelcem, wtedy nie ryzykuję, że ktoś wejrzy w moje wnętrze, a potem kopnie, gdy upadnę. Ale… samotni strzelcy (jakie poetyckie określenie) upadają częściej, a podnoszą się wolniej, trudniej i… rzadziej (to już proza). A zatem warto ryzykować otwartość, szczerość, angażowanie emocji, starań w sprawy tych ludzi, czyli kościoła.
Wracając do fejsbuka, jest pewien minus tego, że mam wśród znajomych tylu chrześcijan. Taka przewaga osób myślących podobnie może tworzyć zafałszowany obraz świata, na zasadzie „bańki informacyjnej” – sprytne algorytmy dbają o to, bym czytał, oglądał to, co mi się podoba; wpisy tych znajomych, którzy są „z mojej bajki”. Z drugiej strony, nikt nie każe mi siedzieć na fejsbuku. 
Mogę natomiast traktować to w kategoriach świadectwa, cudu: że otacza mnie tylu szczerze życzliwych ludzi. Mówił Jezus: „nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej” (Mk 10). Ja jeszcze nie opuściłem na dobre, a już mam stokroć więcej. Jeszcze tylko prześladowań nie ma, jeszcze widać niezbyt radykalny jestem.
Wielu ludzi postrzega kościół jako opresyjną organizację, która manipuluje ludźmi za pomocą systemu kar i sakramentów. I jest w tym, niestety, sporo prawdy. Ale nie było intencją Jezusa, Piotra, Jakuba, Pawła i innych – tworzyć takiego potwora. Nie tworzy go również żadna rada biskupów. Tworzymy go ty i ja przez osądzanie i kopanie leżących. A choćby i dziś, na fejsbuku, wśród tych sześciuset, czy ilu tam… Zamiast tego można docenić ich, wspierać itd.
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: