Spontan jest dobry. Na dłuższą metę

Na dłuższą metę pewnych rzeczy nie opłaca się robić. A inne – tak. Mówi się: czas pokaże. Zweryfikuje chęci, cele. Po pewnym czasie niektóre rzeczy już nie bawią, a inne – owszem. Czy są w ogóle jakieś „inne”? Czy można bawić się w kółko jedną i tą samą rzeczą?

Działanie na dłuższą metę rzadko kojarzy się ze spontanicznością i frajdą. Podsłuchałem ostatnio taki fragment rozmowy: – I co? Będą już wić gniazdko? Taka nuda?

Nagle poczułem się obrońcą wszystkich par wijących gniazdka, oczywiście to nic osobistego, tak tylko… No więc, do licha, dlaczego NUDA??

No, nuda jest wtedy, gdy nic się nie dzieje, to znaczy „nic ciekawego”. Nic, co można zbadać, odkryć, sprawdzić, spróbować, zepsuć, naprawić, zbudować, rozpędzić, urządzić, rozbujać. Po prostu nie ma spontanicznej zabawy.

Hm, wiele osób uważa widocznie, że wicie gniazdka, to jest wybieganie myślą w przyszłość dalej niż rok, wyklucza spontaniczną zabawę. A już perspektywa pięćdziesięciu lat lub wieczności wieje odorem śmierci z nudów.

Czy rzeczywiście tak jest? Podam przykład. Załóżmy, że chcę być znany jako „ten, który przytula ludzi”. Czy będę snuł misterne plany dotarcia do „tych, którzy najbardziej potrzebują przytulania”? Czy raczej zacznę od tego, że przytulę tatę, siostrę i starego kumpla?

Jeśli przytulanie mnie bawi i robię to spontanicznie, oczywiście zacznę od taty, siostry i starego kumpla, a ci najbardziej potrzebujący prędzej czy później sami do mnie przyjdą albo napotkam ich. I pewnie wcale nie rozpoznam, że „to oni”!

A przecież przytulanie właśnie na dłuższą metę ma ogromną wartość i nawet w perspektywie wieczności jest rzeczą doniosłą. A jednocześnie bywa bardzo spontaniczne. Ktoś zresztą powiedział, że „jeśli nie bawię się tym, co robię, do niczego w życiu nie dojdę”.

Wszystko, co robił Jezus, było na dłuższą metę. Miał garstkę uczniów, którzy zaczęli akcję dopiero siedem tygodni po jego śmierci (i zmartwychwstaniu). Gdy mówił do tłumów, to wiedział, że może kiedyś zrozumieją. Gdy czynił cuda, rozkazywał, by tego nie rozgłaszać. Krótko mówiąc, koncentrował się na tym, co dopiero miało się wydarzyć, na swoim przeznaczeniu, misji wartej miliardy ludzkich istnień.

A jednocześnie był niezwykle spontaniczny. Nie czekał na okazje. On wykorzystywał je na każdym kroku. Kiedy rozmawiał z Samarytanką przy studni (Jan. 4:5-43) albo gdy wprosił się na kolację do Zacheusza, herszta bandy celników (Łuk. 19:2-10) albo gdy Maria Magdalena, prostytutka przyszła do niego, wylewała łzy na jego stopy, wycierała rozpuszczonymi (!) włosami i wreszcie wylała mu na stopy swoją karierę – flakonik superluksusowych perfum.

Mógł się speszyć, pomyśleć, że to nie przystoi, że nie tak to powinno wyglądać. On jest Mesjaszem, pewne sytuacje mogą być dla niego niezręczne. Tym łatwiej o tym pomyśleć, gdy wokół widzi się krzywe spojrzenia.

Ujrzawszy to faryzeusz, który go zaprosił, mówił sam w sobie: Gdyby ten był prorokiem, wiedziałby, kim i jaka jest ta kobieta, która go dotyka, bo to grzesznica. (Łuk. 7:39, BW)

Ale Jezus był mistrzem spontanu. Faryzeuszowi dał lekcję, a Marii Magdalenie odpuścił grzechy, na podstawie wiary, z jaką do niego przyszła. Wszystko to było nieprzewidywalne, nikt tego nie planował, trwało zaledwie pięć minut, a miało znaczenie dla wieczności.

I co, można się dobrze bawić? Można, zwłaszcza we łzach cierpienia, współczucia trzeba pozostać spontanicznym. Lepsze okazje, by zrobić coś dobrego, mogą się nie zdarzyć.

Autor: jpz2

Powiązane posty: