Spacer

Poszliśmy przed siebie. Zaczynało już padać, ale wziąłem parasole – dla siebie ten duży, pomarańczowy i trochę połamany, dla U. jej mały, różowy (zresztą czy to faktycznie jej – do końca nie wiem, bo przez czas jakiś trwały wymiany i pertraktacje z Fi. – kto będzie miał niebieski, a kto różowy). 
– To gdzie teraz – w lewo, czy w prawo? 
– W lewo. – U. pokazuje prawo.
– To jest prawo. – Poprawiam. – Dobra, idziemy! – Weszliśmy w Symfonii – uliczkę, o którą ludzie często pytają, bo jest wszędzie i nigdzie – doskonały przykład planowania przestrzeni na Ursynowie – może i przyjaznej do bycia, ale fatalnej pod względem orientacji. Nam jednak orientacja nie była teraz potrzebna, a przynajmniej mi, bo szedłem po prostu tam, gdzie pokazała U. Niezbyt często jest ku temu okazja i czas, ale kiedy już jest… lubię to robić. 
Po drodze U. skakała przez kałuże. Co chwila:
– Tato, patrz, jaki skok, jaki skok!
– Widzę, świetny skok, dobrze ci te skoki wychodzą! – Chwaliłem i… raz tylko zamilkłem ze skwaszoną miną, bo U. – pełna wiary we własne możliwości – postanowiła przeskoczyć całkiem dużą kałużę i… wylądowała w samym jej środku. Woda rozbryzgnęła się na wszystkie strony, obficie mocząc moje skarpetki, ledwie ukryte w crocsach z dziurkami.
– O, nie… – Jęknąłem beznamiętnie. – Zobacz! – I wyjąłem stopę, żeby pokazać U. skalę mojego nieszczęścia. 
– O, przepraszam, tato.
– No trudno, jakoś to przeżyję. – Zamknąłem temat. Skakanie przez małe kałuże trwało dalej – przejściem podziemnym przedostaliśmy się na drugą stronę KEN, potem weszliśmy na górę, znów na dół, przez peron metra do wyjścia południowego, windą na górę i w stronę Domu Sztuki – cały czas pod dyktando U. 
Punktem zwrotnym okazał się sklep Grota, gdzie kupiłem jagodziankę. Rozerwałem. U. zapytana, którą chce połówkę, wzięła tę „mniejszą” – ot, kolejny (banalny) dowód na to, że dzieci nierzadko uszczęśliwia coś innego, niż się wydaje logiczne nam – dorosłym (zwłaszcza kiedy chodzi o „sprawiedliwy” podział lub obdarowanie rodzeństwa). U. wciąż nie chciała wracać do domu, ale faktycznie zbliżaliśmy się do niego. Tematem przewodnim tego powrotu było łowienie ryb w jeziorach. Wędkami były patyki, rybami – listki, jeziorami – kałuże. Czasami, gdy ryb brakło, satysfakcję dawało nam samo zmącenie wody, gdy kurz osiadły na dnie wypełniał objętość tyciego zbiornika.
Potem zjazdem do krytych parkingów, dołem i w górę – znów Symfonii, chwila przy oknach basenu i dalej – na boiska. Rozpogodziło się. Wszystkie trzy sektory zajęte. Pokazuję U.:
– Zobacz, tam jest sektor A – A ma rozstawione nóżki. B – dwa brzuszki. No a C – jak wygięty patyk. A, B, C. – U. przenosiła wzrok pomiędzy sektorami. A ja znów pozazdrościłem chłopakom i jąłem pytać – jak tu się umawiają, czy można dołączyć – kiedy, ile kosztuje, jak się kontaktować… Kurczę, tak blisko, a ja już tak dawno w piłę nie rżnąłem. Rżnąć się chce.

U. tymczasem czyściła ławkę rezerwowych szmatką, którą wziąłem z domu na ewentualność osuszenia zjeżdżalni na placu zabaw. Posiedzieliśmy chwilę, patrząc, jak grają. Potem zaszliśmy w kozi róg, skąd wyjścia nie było – chyba tylko naokoło – tak, jak przyszliśmy. U. jednak – otrzymując znów wybór – chciała przez zamkniętą bramę przeskoczyć. Przesadziłem ją więc i, za rączki trzymając, spuściłem na dół. Gdy już mi rąk zabrało, puściłem ją z małej wysokości – w sam raz na jej skok. 

– Teraz ty tato! – Rozkazała U. Zacząłem się gramolić. Jedyną podstawką dla nogi był zawias bramy. Na szczycie złapałem równowagę i hop – na ziemię. Łańcuchy zabrzęczały głośno, zdradzając nasze chuligańskie wybryki. – Brawo, tato! Nieźle ci się udał ten skok! – Pochwaliła mnie córka.
– Dziękuję! – Odparłem uśmiechnięty. Chwyciłem parasole, wyjąłem przez kratę bramy i skrótem, przez krzaki i rój komarów przebiliśmy się do naszej klatki. Jeszcze kilka minut staliśmy przez drzwiami, bo A. zasnęła twardo, a ja nie wziąłem kluczy. Tak minęło dwie i pół godziny.
Dziś rano U., bliska płaczu, nie chciała mnie wypuścić do pracy. Przytuliłem ją długo i mocno, obcałowałem i obiecałem, że jak wrócę, to znów pójdziemy na spacer. Pocieszona nieznacznie, przytuliła się jeszcze do zaspanej A. i pomachała mi na pożegnanie – made my day.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: