Śmierć? Nie zgadzam się

I po Świętach Wielkanocy. Noc była wielka, bo to noc wyjścia z Egiptu, noc uwolnienia od grzechu, noc śmierci ofiarnego Baranka, zapowiedź zwycięstwa. Ale co mi po tym, jeśli dziś zgadzam się na śmierć?

W wielkanocnym kazaniu Mateusza Wicharego słyszę, że sednem wiary chrześcijańskiej jest krzyż. Bo co to znaczy, że jestem chrześcijaninem? – Że się zachwycam stworzeniem? – Pyta Wichary. – Tak, też, ale czy tego nie robią też muzułmanie i inne religie? Albo że dziękuję Bogu za każdy dzień? Tak, też, dobrze jest dziękować, ale co w tym niezwykłego?

Ale bycie chrześcijaninem wymaga wiary w śmierć ORAZ zmartwychwstanie Jezusa Mesjasza. A zatem… niezgoda na śmierć, rozkład, choroby, obumieranie, przemijanie. Jest ta niezgoda widoczna w Prawie mojżeszowym (m.in. przepisy dot. rytualnej nieczystości). I jest widoczna w służbie Jezusa, który był Słowem wcielonym i Prawo wypełnił.

Niezgoda ma być mądra, a nie głupia. Wiem, że moje ciało w końcu padnie, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał się „wylogować”, by użyć słów zmarłego właśnie ks. Jana Kaczkowskiego. I moi bliscy też się wylogują. I niebliscy. Pięknie pisze o tym pastuszka biedronek. Wiem, że dobrze jest o tym pamiętać.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca. (Ps. 90:12, BT)

Ale wiem też, że to nie jest normalne. Jak powiedział Jezus w kontekście rozwodów, „od początku tak nie było”! Śmierć nie była wpisana w ludzkie (czy każde inne) DNA. To przekonanie nazywam mądrą niezgodą na śmierć. Na śmierć nie godził się Jezus, jak wspomniałem, w swojej służbie – uzdrawiał, wskrzeszał z martwych. Jego niezgoda miała kulminację trzeciego dnia po śmierci, kiedy… wyszedł z grobu – „jako pierwszy spośród tych, co pomarli” (1 Kor. 15:20)

To jest fundament, na którym opieram moją dzisiejszą niezgodę na śmierć. Trzeba przyznać, że jest to niezgoda i nadzieja trudna, niewygodna. Z jednej strony wspaniała, z drugiej – jakoś tak jest, że niechętnie przestępujemy próg śmierci – choćby po to, by pomodlić się o chorego kolegę. – „Nie wygłupiaj się” – to tylko potrafi szeptać diabeł. I jakże łatwo to łykamy. Kto? My! My, którzy śmiemy się nazywać chrześcijanami – uczniami zmartwychwstałego Jezusa!

Czy rzeczywiście nimi jesteśmy? Czy jako kościół rzeczywiście chcemy i potrafimy wchodzić i wychodzić przez bramy piekła, by wyrywać diabłu życie, które zagarnął? Bo tak powiedział o kościele Jezus, że „bramy piekielne go nie przemogą” (Mat. 16:18). To zależy od odpowiedzi na jedno pytanie (nie trzeba długich testów):

Czy wierzę w zmartwychwstanie?

Bo jeśli wierzę, to nie mogę się godzić na śmierć, która mnie otacza. A jeśli się godzę, jeśli stałem się obojętny, przechodzę mimo, jakby nigdy nic, to… nie wierzę! A jeśli nie wierzę, nie jestem chrześcijaninem. Ostre to. Nie wiem, czy nie za bardzo. Bo jeśli tak się rzeczy mają, to ja jestem pierwszy do odstrzału. Albo do nawrócenia.

Autor: jpz2

Powiązane posty: