Ślimaczyć

– Tato, a co to znaczy: „ślimaczyć się”?
– To znaczy: iść bardzo, okropnie wolno.
– A ty teraz ślimaczysz?
– …się. No… jeśli tak, to tylko o tyle, o ile ty się ślimaczysz. Bo mógłbym iść szybciej, tylko ciągnę ciebie za rękę. Chociaż, mówiąc szczerze… widzisz, i tak się ślizgam tak bardzo, że może niekoniecznie umiałbym przyspieszyć. – Wyznałem, omijając kolejne kałuże błotne na Długiej Hali pod Turbaczem rozdeptane przez owce.
– Nosz kurna mać! – Zakląłem niegramatycznie, bo mać, jeśli już, powinna być raczej „kurza”. Narzekam: – Kiedy to się skończy? Mało nie wywinąłem orła. – Ostatnimi laty cierpię bowiem na brak górskich butów i chodzę w adidasach, które są zresztą całkiem niezłe do tego celu, ale mają, jak widać, swoje minusy.

Fi. zapamiętał tę „kurną mać”, bo trzy godziny później użył tych słów niemal identycznie, gdy podchodził trudną drogą, ostro pod górę, po kamieniach, omijając koryto wymyte przez deszczówkę. Spodobało mu się, aż po dziesiątym powtórzeniu musiałem ukrócić tę jego językową samowolkę. O trzynastej zrobiliśmy sobie przerwę. My – duzi – wsunęliśmy po tyrolskiej z chlebem i ogórkiem. Mleko w proszku z wodą podgrzaliśmy na ognisku i daliśmy z orzechowo-czekoladowym crunchy chłopakom. Mieli później spać, ale cóż – Fi. po tej dawce cukru wiercił się przez pół godziny, aż uznałem, że dość: idziemy. Tak właśnie rozdzieliłem się z tatą, bratem i Mi., który spał jeszcze. I już po pięciu minutach marszu sam na sam z synem, wolni od trzymania tempa grupy poczuliśmy (chyba obaj) jakąś większą swobodę i przyjemność. I to, że teraz naprawdę jesteśmy sami w tych leśnych ostępach. Dziwne, dobre uczucie.
– Tato, wiesz, ja lubię się tak ślimaczyć. – Przyznał się Fi.
– I dobrze, możemy teraz iść tak szybko lub tak wolno, jak chcesz, oby była przyjemność z marszu. – Radzę i milej się robi. Wieczorem zaliczamy jeszcze – też tylko we dwóch – spacer na zachód słońca. Proste i piękne przeżycie, którym nie podzielisz się z nikim, poza tą osobą, która w tym czasie przy tobie jest.

Potem przychodzi do pokoju Ju.:
– A ja siedziałem w jadalni i przyszła babcia – matka gospodyni. I sobie rozmawialiśmy. Opowiadała: ile dzieci, wnuków, prawnuków… – „A daleko tu macie do kościoła”? – Pytam. – „A blisko”. – Mówi. – „Ze dwa kilometry”. – Na to odzywa się wnuczek: – „Cztery, babciu, cztery…” – He, he, he…

«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: