Skąd wróciłem

Choroba jasna. Cała rodzina chora. Ja ostatni. I musiałem wypuścić wszystkie linki z rąk. Coś jeszcze resztkami sił robiłem, ale to nic. Nic, co by pozwalało zachować poczucie wpływu i kontroli. Tymczasem sprawy biegną swoim rytmem, niektóre się nawarstwiają, a ty widzisz, że jeszcze parę dni i będziesz mieć przerąbane. Inne, w jakiś dziwny sposób, wcale nie idą ku złemu, ale… jakby załatwiają się same. Robi to ktoś inny, dowodząc ci, że nie jesteś wcale niezastąpiony. Jedno i drugie (nawarstwianie nad głową i omijanie twojej osoby) jest irytujące.

W środku (patrząc chronologicznie) dochodzi do mnie Głos: – No i co ty tak chcesz i chcesz. Beze mnie? Po co? Dokąd? Ile razy pytałeś? Ile razy szedłeś za podpowiedzią? Co ci ta gonitwa daje? Jakieś efekty? Fraszka. Czym są te twoje efekty wobec horyzontu, oceanu? Małym wyrostkiem, pimpkiem. Zamkiem z piasku. A może zabawę? Niestety nie, na ogół zapominasz o zabawie. – Tak mówi Głos. To też jest irytujące. Bo ma rację.

Wreszcie wracam do trzymania linek. Jeszcze nie w całej swojej mocy i sile. Ale trzymam. Tylko chwila tego trzymania mija i już wózek się rozpędza. O, nie. Nie pozwolę. Tyle spraw. Będę robić po kolei. Szybko, ale bez pogoni. Wiem, skąd wróciłem. Wiem, skąd przybywam. Z miejsca pokoju. Z miejsca obserwacji horyzontu, gdzie puszczasz wszystkie linki, bo widzisz, jakie są krótkie. Z bezkresu i z beztroski. Z uwielbienia. Tam nic nie jest irytujące.

Autor: jpz2

Powiązane posty: