Siermiężne

Takie życie opisuje Marek Hłasko – opowiadania z lat 50. snute są na tle Warszawy, dźwiganej z powojennej nędzy w… kierunku wcale nie jakimś świetlanym, jak by tego chcieli wielcy konstruktorzy nowego ładu. Wszystko jest siermiężne – od ciężarówek, którymi Hłasko jeździł, przez „łączki” za zakładami pracy, zaludnionymi zwłaszcza w pracujące soboty i dni wypłaty, mieszkania i domy, hoteliki, burdeliki, kawiarnie i bary, parki i ruiny, i nawet to, co nowe. A przede wszystkim życie po prostu. „- Nie lubię tego słowa. Cóż ono w końcu oznacza? – Wszystko. – I nic.” – Rozmawiają chłopak z dziewczyną. – „Życie się cholernie rzadko układa ludziom”. – Sentencję taką wypowiada inny bohater, świadom banalności tego faktu i, co gorsza, banalności przyczyn takiego stanu rzeczy.
Wszystko jest biedne, zaciągnięte krótką kołdrą, a miłość, która mogłaby tę niemoc przezwyciężyć – sprowadzona do rynsztoku, do chamskich odzywek i zaczepek w bramach i barach. Ile się dziewczyn poznało, a wszystkie to samo: nie jesteś pierwszy, miałam partyzanta, przepadł w lesie. Ilu chłopaków próbuje jeszcze wierzyć
w coś szczerego i na zawsze, a potem machnie ręką. „Najgorsze jest to, że cię kocham. Z innymi byłoby to wszystko takie łatwe”. Jednych więc dorwie przeszłość – ścieżek wojennych lub ubeckich ścieżek zdrowia, innych przeraża przyszłość, malująca się nic-nie-znacząco i tak beznamiętnie, jak życie „rodziców, którzy do dziś dnia nie potrafią zrozumieć, w jaki sposób udało im się z sobą przenudzić dwadzieścia parę lat”. Przyszłość nie niesie żadnej obietnicy, skoro może być przyszłością przegraną – jak starość „obserwatorów” z przedmieścia, którzy „umierają z głębokim żalem do świata, z przekonaniem o jego szarzyźnie i nudzie, gdyż rzadko kiedy przyjdzie im myśl, że można podnieść się i pójść na sąsiednią ulicę”.
Liczy się więc tylko „teraz”. Ale to „teraz” jest spętane, biedne, siermiężne właśnie. Nieszczęśliwe po prostu. I pomyśleć, że właśnie w takich czasach, w okolicy odwilży ’56 roku moi dziadkowie – jedni i drudzy – rozpoczynali wspólne życie; ślub, praca, dzieci, przeprowadzki itd., próbując jakoś się odnajdywać w tym „nowym wspaniałym świecie”, tworzyć wspomnienia warte… wspomnienia. Pełni energii starali się dodawać koloru odcieniom szarości, zachowywać optymizm i… być może było to łatwiejsze niż dziś. Bo dziś… czy w tym dobrobycie doskwiera nam wciąż jakaś niemoc, którą by trzeba łatać miłością? A więc ta ostatnia może już jest zbędna?
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: