Seksizm vs. wdzięczność

Marek, mój pastor, powiedział nam tak: wiecie, słyszałem ostatnio taką żydowską mądrość, że małżeństwo nie jest po to, żeby być szczęśliwym (śmiech)…

No, to oczywiste, myślę… Mąż czy żona to nie zapchajdziura wobec samotności – w tym sensie małżeństwo szczęścia nie da. No to po co się żenić? „Żeby było ciekawiej” – powie ten sam Żyd. Innymi słowy, szczęście zależy od czego innego. Od postawy? Kiedy i jak decyduję o swojej postawie? Są dwie ważne sytuacje wyboru: branie i dawanie.

1. Kiedy daję, mam wybór: mogę robić z siebie cierpiętnika i każdą dobrą rzecz wyrządzać z obłudnej „łaski”. A mogę też dostrzec swoją szansę w poświęceniu. W praktyce oznacza to, że dobrowolnie dopuszczam do siebie ludzi, całkiem blisko. Tak blisko, że aż czasem myślę: nie, bez sensu, po co aż tak? Oni mi nie dadzą spokoju, a zwłaszcza ta jedna, ona, ukochana. A jednak pozwolę siebie zmieniać, uginać, drażnić, wystawiać na próbę, obcierać i szlifować. A to wszystko będzie ceną mojego szczęścia: bliskości, jedności itp. Bliskość kosztuje dopasowanie kształtu. Ono nie bierze się znikąd.

2. Kiedy biorę, też mam wybór: mogę być hedonistą, egoistą. A mogę też… no właśnie, co? Mogę nasycać swoje branie głęboką wdzięcznością. Jedne z pierwszych słów w Biblii, dotyczących relacji między kobietą i mężczyzną, brzmią tak:

Potem rzekł Pan Bóg: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego. (1 Moj. 2:18, BW)

I co z tego? Czy te słowa miałyby się stać pożywką seksizmu? Nie, po co? Lepiej zrozumieć i docenić, jak wiele zawdzięczam tej „pomocy”. Chociaż to zrozumienie jest niewygodne, pozbawia niezależności, dumy itd. Wyznanie tego zrozumienia i dziękowanie – u, to już zupełna kapitulacja. Ale od tego zależy, czy ona pozostanie u mojego boku i czy „będzie dobrze człowiekowi”. Wprawdzie szczęście nie odnajduje się w małżeństwie, ale małżeństwo odnajduje się w szczęściu.

Autor: jpz2

Powiązane posty: