Schizole

Montuję audycję. Wtem wpada A. i relacjonuje:
– Uwielbiam tę dziecięcą schizofrenię: rano daję im pietruszkę, to krzyczą „nie, zabierz tę sałatę”! Teraz kładę im do kanapek, to z zadowoleniem mruczą: „o, dziękuję, uwielbiam pietruszkę, nie ma nic lepszego”!
– Naprawdę? – Śmieję się… – No to ładnie popaprane… preferencje.
– No to już ci nie przeszkadzam. – A. wychodzi.
Tak, mam jak najszybciej skończyć. Ale przypomina mi się ubieranie Fi. Pewnego razu, bodaj we wrześniu, wyszedł z zajęć judo i nie chciał się przebierać, jak to często bywa. A ja się nie złościłem. Akurat miałem i czas, i książkę. 
Tak więc co jakiś czas przypomniałem mu, żeby się przebierał, on – dąsy… aż minęła godzina i w końcu musieliśmy wyjść. Po wielokrotnych ostrzeżeniach, owinąłem go swoją kurtką i poszedł jak w sukni do domu, w butach bez skarpet. Ja w samej bluzie. Milczał. Już chyba sam swoimi humorami był zmęczony.
A dla odmiany w ten wtorek ubrał się w pięć minut, jeszcze się ścigał, bo liczyłem punkty za każdą część ubrania. Wygrał ze mną siedem do dwóch i pół. Ale motywacja pozostała wewnętrzna, tylko lekko wzmocniona. 
I niech mi ktoś powie, że dzieci to nie schizole. I niech ktoś mi powie, że my – dorośli nie jesteśmy często jak dzieci. A nieraz im poważniej w głowie, tym śmieszniej to wygląda – z boku.
«
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: