Samolubne chciejstwo

Sprawa jest prosta i krótka w tłumaczeniu, ale jak mało oczywista, to każdy z czytelników oceni, spoglądając w siebie: gdy o coś proszę Boga, dla kogo proszę?

Myślę, że problem dotyczy nie tylko tych „rozmodlonych” ludzi, ale i tych, którzy w ogóle się nie modlą albo symbolicznie, jak na lekarstwo, godzinę w tygodniu. (Przyjmę bezpieczne stanowisko i nie powiem, w której grupie się znajduję. Najgorzej, jeśli gdzieś pomiędzy: ani gorąco, ani zimno.) Być może wielu ludzi nie modli się dlatego, że próbowali, ale nie zobaczyli owoców swoich modlitw. Powodów może być kilka: brak wiary, brak wytrwałości, ale Jakub podaje jeszcze ciekawszy:

Prosicie, a nie otrzymujecie, dlatego że źle prosicie, zamyślając to zużyć na zaspokojenie swoich namiętności. (Jak. 4:3, BW)

To bardzo krótki cytat, ale nie sądzę, by był „wyrwany z kontekstu”. Kontekst wzmacnia tylko to, co zrozumiałe po przeczytaniu tego jednego zdania: złe prośby to te, które służą zaspokojeniu potrzeb proszącego. „Potrzeb”?? Chyba przesadziłem, co? Tu mowa raczej o przyjemnościach, zachciankach, pragnieniach i namiętnościach? A teraz bądźmy szczerzy: któż to wszystko odróżni? Zachłanność ludzka nie zna granic. Potrzeba, gdy zostanie zaspokojona, nie umiera, ale natychmiast staje się namiętnością. Jest to skądinąd dobra cecha ludzkiej natury, że zawsze chce się więcej i więcej i nigdy nie jest dość. Pytanie tylko, na jakich torach ustawię swoje chciejstwo (i działanie)?

Bóg mówi, że wie, czego potrzebuję i zaspokaja moje potrzeby. Robi to wtedy, gdy proszę i kiedy tylko wzdycham, i nawet wtedy, gdy ani pomyślę, żeby zwrócić się do Niego o pomoc. Bóg troszczy się o mnie bardziej niż o kruki i o lilie, i o trawy polne, jak mówi Jezus (Łuk. 12:24-28). Ryzykownie stwierdzę, że o większość swoich potrzeb, jak pieniądze, dach nad głową, nawet nie muszę się modlić, nie warto na to tracić czasu. Wystarczy, jak będę wdzięczny za to, co już otrzymałem.

Na czym więc powinienem skupić swoje modlitewne wysiłki, że to tak szumnie nazwę? Większy sens modlitwy, a nawet większa ochota na nią jest wtedy, gdy się modlę o innych. Tych innych, którzy są na dobrej drodze, a potrzebują wsparcia albo są na złej drodze i potrzebują się nawrócić… Ta myśl przyszła jak olśnienie, czytaj: objawienie – zupełnie nagle, parę dni temu. Oto jest dobra prośba, oto modlitwa, która dopiero jest fascynująca, bo wysłuchana. Ha, to jest modlitwa, po której można spodziewać się cudów! Czyż to nie jest ekscytujące? Oby ta myśl pozostała we mnie świeża i żywa, żebym każdego dnia ustawiał swoje intencje, marzenia, siły na właściwych torach i jechał z moim „chciejstwem” w dobrą stronę.

Autor: jpz2

Powiązane posty: