Rusz się, pociesz się

Kiedy coś złego dzieje się moim dzieciom, to co robią? Na ogół wcale nie biegną do mamy czy do taty. Rozdzierają ryjek i czekają (chyba), aż ktoś przyjdzie, a najlepiej w te pędy przybiegnie i uratuje świat.

Różnie to wygląda: czasem przytuli, czasem pocałuje, pomasuje, zapyta i wysłucha, co się stało, czasem nazywa emocje, opisze krzywdę, oceni czyn moralnie zakazany albo po prostu przestrzennie rozdzieli łby (pardon, łebki), żeby nie dążyły do wzajemnego unicestwienia.

W każdym razie widzę pewien problem: pasywność. Dzieci jakby tkwią w martwym punkcie. Agresja eskaluje, poczucie krzywdy rośnie, a szukania rozwiązań brak. Choćby tak prostych, jak pójść do mamy. Pocieszenia nie ma. Przyjdzie z zewnątrz, na pewno. Od tego są dorośli.

Chociaż dorośli często robią jak dzieci. Czekają, aż coś się stanie. Coś lub ktoś cudownie się pojawi, objawi i pocieszy. Naleje w próżne. Zatka dziurkę. Sklei złamane. Podniesie upadłe. Pogładzi zwichrowane.

A tymczasem… Pasywne można zamienić na aktywne. Nie czekać, działać! Bo to może przynieść pocieszenie.

„Izaak wprowadził Rebekę do namiotu swej matki, Sary. Rebeka została jego żoną. Pokochał ją i w ten sposób pocieszył się po stracie swojej matki”. Rdz 24:67

Inne tłumaczenia podają prościej: wziął za żonę i pokochał, i pocieszył się. Stąd samo narzuca się to znaczące: „w ten sposób”. W jaki? Aktywny. Słowo „pokochał” jest inicjatywne, wiąże się z zaangażowaniem, poświęceniem, pasją. Miłość nie czeka, miłość jest czynna, działa, zmierza, realizuje. I pociesza.

Autor: jpz2

Powiązane posty: