Rozkosz

Rano się rozdzieliliśmy. A. pojechała autem na Wawer na spotkanie z zaprzyjaźnionymi mamami „z przedszkola”. Ja postanowiłem zabrać dzieci na wystawę stalowych rzeźb – raczej artystyczne rzemiosło niż artyzm, trochę drogo, ale frajda była. Tylko że remont torów zmusił nas do jazdy autobusem zastępczym. A szkoda, bo chciałem, żeby pociąg do Pruszkowa był dodatkową atrakcją. Idę sobie wreszcie ulicą Promyka przez Pruszków i myślę o tej sobocie, o tym szabacie. „Kiedy nazwiesz mój szabat rozkoszą…” – Przypominam sobie werset z Pisma. Jak to: mam się rozkoszować tym dniem, rozkoszować Panem? Co to znaczy?

Może tą piękną pogodą? Wszak to też od Pana. Na plecach, okrytych samym tiszertem, czuję chłodny, jesienny wiatr i ciepło słońca. Miła mieszanka. Nie, pogoda swoją drogą. Ale rozkoszowanie się Panem? To trochę tak, skojarzyło mi się, jak pies śpi ze swoim panem w łóżku, i rozkoszuje się… zwłaszcza tym zapachem. I bliskością,
obecnością pana. Analogia słaba, ale zawsze jakaś. Trochę mi ciężko… rozkoszować się, gdy tak idę, pcham i dźwigam – U. śpi w wózku. Fi. śpi w nosidle. Myślę: „Może dzisiejszy dzień jeszcze mi coś rozjaśni”. Tak czy owak, jest mi przyjemnie. Dochodzę na miejsce. Dzieciom się podoba. Najbardziej chyba stojący u wejścia Złomek – jak żywy z bajki „Auta”, pospawany ze stalowych odpadków, piękny.

Fi. z U. jakoś tak się na nim rozbawili i rozochocili, że teraz śpiewają, właściwie krzyczą piosenkę z wakacji: „Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem i cieszy się każdym moim gestem, alleluja, Boża radość mnie rozpiera, u–u–u–u…” Nauczyły się na obozie. A ja nie wiem, jak w tej sytuacji się zachować, no bo z jednej strony, co komu przeszkadzają śpiewające dzieci? Z drugiej, to jednak krzyk niż śpiew, więc może irytować – obojętne, jaka to piosenka… A z trzeciej, no właśnie piosenka i jej tekst… Głupie to jest, że takie krzyczenie o Bogu uchodzi za coś gorszego od krzyczenia np. „whisky moja żono„. Sam się skarciłem za te myśli, ale dzieci nie ściszałem, a niech se śpiewają. Toć to czysta radość.

Opowiedziałem o tej sytuacji A., kiedy już na Ursynowie wychodziliśmy z placu zabaw. Śmiała się w głos. U. siedzi na mnie, na barana i przypomniała sobie, i znów zaczyna:
Bóg kocha mnie… – Rozbawiona tak, że mówi do A.: – Mamo! Ty jesteś Bogiem, a ja śpiewam… – I już bierze oddech, tylko… A. się nie zgadza:
— Nie, Ula, ja nie jestem Bogiem. Ale możesz śpiewać. – Ja tymczasem myślę: „Ciekawe, może U. oczekuje, że A. będzie coś pokazywać do piosenki, coś robić jako ten Bóg. Podrążę…” – Myślę. I pytam:
— Ula, a co robi Bóg?
— Ocyszca selca. – Odpowiada U. bez zastanowienia.
— Bardzo dobrze powiedziałaś! – Chwali A. Chciałoby się dodać jezusowe słowa: „Duch ci to objawił”.
— A co Ula powiedziała? Bo nie zrozumiałem.
— Że oczyszcza serca. – Powtarza A.
— A tak! To rzeczywiście dobrze. A wiecie z czego oczyszcza? – Zwracam się do dzieci. – Z brudu. Bo najpierw są brudne, to znaczy pełne złości, żalu, rozpaczy i smutku, a potem są czyste.
— A jak one są czyste to znaczy pełne czego? – Pyta Fi.
— Wtedy są pełne radości, pokoju, wdzięczne i kochają, i przebaczają… I jak mi już Bóg wyczyści to serce, to wtedy „kocha mnie takiego, jakim jestem„. – W myślach dodałem: – …a ja się rozkoszuję.

Autor: jpz2

Powiązane posty: