Róże

— Róże! Zobacz, tato!
— Róże?? Gdzie? Nie pamiętam, żeby tu rosły róże. – Wtem z samochodu, który właśnie zaparkował, wychyliła się znów i wysiadła pani z wielkim bukietem róż, może z czterdzieści sztuk. Uśmiechnęła się i zwróciła do Fi.:
— Chcesz powąchać? – Pyta.
Fi. zahamował hulajnogę w trybie awaryjnym.
— Chcę! – I podszedł, zaciągnął się. Już myślałem, że dostanie jedną z tego bukietu, ale to chyba było oczekiwanie na wyrost. Nie jest przecież dziewczynką. U. nieraz już dostała świeżo ucięty kwiatek z przyblokowego ogródka albo na działkach. Ale… przecież możemy kupić własne. Pani już poszła. Pytam Fi.:
— Filu, a chciałbyś kupić kwiaty?
— Tak.
— Chciałbyś kupić dla mamy, dla babci, czy dla Uli?
— Dla siebie.
— He he he, e tam… Dla siebie to się raczej nie kupuje kwiatów. Chociaż… w zasadzie czemu nie?
W międzyczasie kupiliśmy jednak główkę czosnku, którą Fi. uchwycił niby mały rewolwer albo… bukiet właśnie. Tak, bukiet „strzelający żółtymi kulkami”.
— Masz czosnek, czyli kwiatów już nie chcesz?
— Kwiatów już nie chcę. – Odpowiedział, gdy już przekraczaliśmy próg kwiaciarni.
— Poproszę może te trzy. – Wskazałem pani na kremowo-białe róże, po długim wahaniu między goździkami i gerberami. Te ostatnie są bardzo ładne, ale mało okazałe, względnie, w przeliczeniu na sztuki. A brać dużo nie chciałem. Brać mało, a częściej – tak się w końcu nauczyłem. Wcześniej lubiłem raczej dużo, a rzadziej, jak każdy normalny facet.
— To dam panu trochę rafii. – Mówi kwiaciarka, oplątując trzy łodyżki. Bardzo uprzejma, może aż zanadto. Gada dalej: – Normalnie dałabym różową, ale teraz to zielono-żółtą, bo inaczej nie będzie chciał nieść. Fi. mówi:
— Ja chcę wziąć kwiaty!
— A widzi pan! Z różową by nie wziął.
— To możliwe. – Uśmiecham się grzecznościowo, sam nie będąc pewny, jak to skomentować. – Dziękujemy, do widzenia!
— Dziękuję! – Odpowiada kwiaciarka, tonem troszkę przygaszonym, jakby lekko zawiedziona, że nie odwzajemniłem jej entuzjazmu, a jej pomysłowości nie doceniłem żywiołowo.
Wracamy do domu.
— Gdzie Agnieszka? – Pytam An.
— W łazience.
— W łazience, Filu, idź, dasz mamie kwiaty. – Szepczę mu nad głową. Fi. idzie. Wyciąga elegancko pąki wysoko do góry. A. sięga już ręką, uśmiechnięta…
— Mamo, to są rury odpływowe… – Fi. odrobinę cofa bukiecik. – Które strzelają w ciebie żółtymi kulkami! Puff!
— Dobrze. – Śmieje się A., cofając swoją rękę. – To wsadź te rury do wazonu…

«
Autor: jpz2

Powiązane posty: