Razem

Zaprosiliśmy rodzinę – urodziny B. – mamy, łamane na babci. I tak sobie siedzimy, nic się nie dzieje. Żeby to „nic-się-nie-dzianie” lepiej wyrazić, zamanifestować, włączyliśmy nawet mecz w tv – Niemcy-Kamerun z pucharu konfederacji. Bez dźwięku. Ach, i obiad nie był robiony u nas, tylko z chińczyka Sajgon – każdy na Północnym Ursynowie go zna. I tak siedzimy, gadamy, z dziećmi się bawimy, gasząc tu i ówdzie „pożary”, bo wylane mleko, bo kupa, bo głową przywalił i płacz, bo pociąg nie działa, bo coś tam. Fi. przybiega, staje w drzwiach i mówi:
— Teraz powiem coś takiego, że wszyscy będziecie się śmiać! – Myślę: – „No, tak, pewnie powie «z zatargu braci wróg się bogaci» albo «różowy kamper»; jego pieśń ostatnich dni. – I faktycznie:
— Z zatargu braci wróg się bogaci! – Krzyczy. I ucieka.
— Co? – Pytają. Powtarzam te słowa i tłumaczę, że ostatnio słuchają w samochodzie opowiadań pt. „Z przysłowiami za pan brat”, całkiem zgrabnych, czyta Artur Barciś. Fi. przybiega po raz drugi. Tym razem mówi wyraźnie. Śmieją się: bratowa O., babcia B., ja też udaję trochę i swój śmiech moduluję – rechot rzezimieszka, żeby zbyt sztampowo nie było. Sztampę Fi. lubi aż zanadto. Dlatego też przybiega znów i znów, żeby wszystkich „rozśmieszyć”.
— Różowy kamper! – I ucieka.
— A to skąd to wziął – nie pytajcie, bo nie wiem! Ale na wszelki wypadek mówiłem mu, co to jest kamper. – Bratanica S. (najstarsza z ferajny) powtarza słowa: „Z zatargu braci…”
— Powiedz lepiej „wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu”. – Podwyższa poprzeczkę i podpuszcza dziadek.
— Wyndywidualizal… – Męczy się S.
— Sonka, najpierw powiedz „indywidualny” – będzie ci łatwiej. – Podpowiadam.
— „Indywidualny”.
— Wiesz, co to znaczy? – J. brat sprawdza. Ja już w myślach montuję definicję. I wtedy J. wyjmuje mi ją z ust:
— To znaczy „właściwy tylko jednemu człowiekowi”.
— Ha! Dokładnie tymi samymi słowami chciałem to powiedzieć, już miałem na końcu języka!
— Jakoś mnie to nie dziwi. – Komentuje O., bratowa, która lubuje się w wynajdywaniu rażących – jej zdaniem – podobieństw między swoim mężem J. tj. moim bratem, a mną. Najlepiej, jeśli są to cechy należące do kategorii „no jak tak można”, że jej się w głowie nie mieści. Na przykład: „No jak można, że taki wielki chłop, dziecko go pchnie albo ja potrącę niechcący, a ten leci jak długi. No jak można równowagi nie trzymać?!” Wszelkie tłumaczenia, że może na jednej nodze stał, może kucał, może wychylał się… – Na próżno; przywary, konstrukcję rozumu, gesty, ruchy, sposób postępowania – mamy ponoć bliźniaczo podobne. Zresztą różnica tych pięciu lat między nami z wolna coraz mniej zaczyna znaczyć.
Powoli już goście myślą głośno o wyjściu. A. proponuje mi:
— A może pójdziecie z Jędrkiem, zabierzecie wszystkie dzieci na plac zabaw. A ja posprzątam.
— Oho, znów ci się włącza tryb „Agnieszka ratuje świat”. – Śmieję się. Obok stoi bratowa O. i jej tłumaczę:
— Bo to jest stały plan A. O, właśnie, to nawet pasuje: „Plan A” – „Ty się zajmij dziećmi, a ja wszystko zrobię”. A ile już razy próbowałem przekonać, żebyśmy robili razem i wciągnęli w to dzieci! I to by było też szybciej, bo we dwoje, mimo że dzieci spowalniają. Ale gdzie tam – przekonać się nie da.
— Ale zastanów się, Jasiu. – A. znów swoje. – Czy ja ci nie daję do zrobienia lepszej cząstki??
— Nie, nie lepszej. – Śmiejąc się, wcina O., tym razem po mojej stronie. Przemyślałem sprawę i uderzam w meritum, moją Ursache:
— A jeśli nawet lepsza jest zabawa z dziećmi niż sprzątanie, to przecież chodzi o to, żeby razem – być, robić…
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: