Puf! Nie ma mnie!

Zdarzyło wam się kiedyś… zniknąć? Bo mi tak. I ten stan zniknięcia, niebytu, uważam za najlepsze okresy mojego życia. Jeśli przy najbliższej okazji będziecie chcieli złożyć mi najlepsze życzenia, powiedzcie: oby cię nie było!

Proszę nie rozumieć mnie dosłownie. Odkąd się urodziłem, cały czas gdzieś jestem i nie zniknąłem. Nie wszedłem w stan nirwany (i nie będzie to nigdy moim celem). Ale rzeczywiście chodzi tu o pewien stan duszy albo ducha, jak pisał o tym Apostoł Paweł:

Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. (Gal.  2:20, BT)

Co to za „obecne” życie? Obecne, czyli było jakieś poprzednie? Najwyraźniej. Tylko nie w sensie reinkarnacji! Paweł nie wierzył przecież w ponowne wcielenia, a to „nowe życie wiary” prowadzi w tym samym ciele. Jeśli ciało jest to samo, to co się zmieniło aż tak radykalnie, że można mówić o kolejnym życiu?

To jest coś jakby zmiana prezesa w firmie. Pewien kaznodzieja powiedział, że myślał o swoim nawróceniu, kiedy oddał życie Jezusowi, że w tej chwili mógłby – puf! – zniknąć. „Bo to już nie ja żyję, ale Jezus. Ale tak się nie dzieje, nie znikam. Dlaczego?”. Bo bożym celem jest panowanie na ziemi, a nie pochwycenie wszystkich od razu do góry. Jezus uczył modlitwy „bądź wola twoja jako w niebie, tak i na ziemi”. A zatem jestem potrzebny Bogu tutaj, w swoim ciele.

Mogę jednak wierzyć, że w każdej chwili jestem Jezusem – obrazem Jego, jak pisze Paweł do Rzymian:

Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi. (Rz. 8:29, BT).

I wiecie, to „puf!” tak mi utkwiło w głowie, że nie mogę przestać o tym myśleć. Skoro już nie ja żyję i mnie nie ma, i jest mój Pan, to bez sensu jest mówić „powinienem być jak Jezus” albo „muszę się starać być jak Jezus”, nawet nie „jestem jak Jezus” ale jeszcze mocniej: „ZAMIAST mnie JEST Jezus”.

Oczywiście upodabnianie się do Chrystusa jest procesem. Albo inaczej: przez całe życie uczę się znikać na coraz dłużej. Nie robić nic wbrew woli bożej, unikać błędów, grzechów, przezwyciężać wady. Ale paradoks polega na tym, że ten proces zachodzi tylko wtedy, gdy wierzę, że to JUŻ się dokonało. JUŻ Jezus przejął kontrolę, JUŻ mam dostęp do uświęcającej łaski. Świadomość, że to tylko kwestia mojej wiary, otwiera niesamowite horyzonty!

W każdej chwili, kiedy robię najbardziej prozaiczne albo też duchowe czynności, mogę wyobrażać sobie, że to nie ja. Co zrobi Jezus we mnie, jak mną pokieruje? Jaki plan dnia ułoży? Od czego się powstrzyma, na jaki krok się zdecyduje? Jemu nie zabraknie odwagi, mocy, wiary, miłości, ani środków!

Autor: jpz2

Powiązane posty: