Psychopata

– Nie chcę!
– Ale pojeździmy na hulajnodze, tak jak chcesz, tylko za chwilę.
– Nie chcę za chwilę!
– Przejedziemy tylko kilka minut samochodem…
– Nie chcę samochodem!
– …na ten plac zabaw, gdzie jest długa kręcona zjeżdżalnia.
– Nie chcę kręcona zjeżdżalnia! – U. pod drzwiami samochodu, pada teatralnie na kolana, na twarz. Allah Allah, łzy na asfalt. Podnoszę ją, próbuję pocieszyć. Wywija się, wygina w chiński pałąk. Wkładam ją do auta. Tam znów na kolana padła. 
– No, Ula, jak będziesz tak się wściekać, to daleko nie zajdziemy. – Czekam.
Czekam.
– Tato, czy możesz pocieszyć Ulę?
– Mogę, Filu, tylko ona się… – Usiłuję znów podnieść dziewczynkę-furię. – …nie pozwala pocieszyć. – Teraz już trzeba coś zdecydować.
Tym razem nie jestem zmuszony na siłę przypinać pasami do fotelika. Mam alternatywę i z całą bezwzględnością przedstawiam ją córeczce najukochańszej, wściekłej, pięknej: – Ulciu, jedziesz z nami, czy wracasz do domu?
Tak, pojechałem w końcu z samym Fi. Może i dobrze. Zaparkowaliśmy. Szybkim krokiem podążałem za nim na hulajnodze. Raz, dwa i już z parkingu na plac zabaw. Fi. znów na swoją ulubioną wieżę-zjeżdżalnię. Było jednak inaczej niż wczoraj i przedwczoraj. Po pierwsze, nie zmęczyłem ani pilnowaniem dzieci w metrze, ani ciągnieniem przyczepki rowerowej. Po drugie, wiał wiatr, skutecznie odpędzając komary. Po trzecie, nie wyciągałem z kieszeni telefonu. Po czwarte, nie było U. Mogłem więc spokojnie towarzyszyć Fi. – tu go pochwalić, tu pogratulować, tu dla żartu postraszyć i pogonić, tu pomóc się wspiąć, tu… po prostu być z. Wreszcie mogłem też zwyczajnie posiedzieć na ławce, na huśtawce, na ziemi. Bez laptopa, tabletu, telefonu, gazety. Jak jakiś psychopata (parafrazując dowcip o facecie, który przyszedł do kawiarni… napić się kawy i pogapić przez okno, podumać).
Patrzyłem na drzewa i ich listki kołyszące się na wietrze i nuciłem sobie z pamięci jeden z najpiękniejszych fragmentów w polskiej piosence:
Czy słyszałeś, ach, mój Panie Boże
Jak jest pięknie wiosną nad Popradem?
 
Gdy w milczeniu twarz przy twarzy
Trwają sobą zachwycone
A wiatr liście wierzbinowe
Jak odwraca, jak rozgarnia
To na ciemną, to na jasną
Srebrną liści stronę
Westchnie Pan Bóg, już to słyszę
Westchnie, powie: Ach, podobno
Tak słyszałem… 
(Moja obrona, Leszek Długosz) 
Wtem przybiegł Fi. 
– Tato, a może byś zjechał ze mną?
– No, nie wiem, czy nie jestem za duży. – Odrzekłem podnosząc się z siedzenia.
– Nie jesteś.
– No, skoro tak mówisz… – Wdrapaliśmy się na szczyt wieży – wysokość drugiego piętra i stamtąd do rury. I po raz wtóry – bury – dotarło do mnie coś, co dzieci mają niesamowitego, a co my – dorośli, tzn. odpowiedzialni i obowiązkowi – chwytamy tylko ledwo, ledwo w przebłyskach genialnych: że można tak robić coś, cokolwiek, nie bacząc na to, czy to słuszne i praktyczne. Po prostu dla zabawy. Po prostu jakby czas nie istniał, ale tylko trzy wymiary: miło, śmiesznie, ciekawie.
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: