Przystanek

Minęła godzina odkąd odbiliśmy od brzegu Pilicy całą grupą – jakieś 10-15 kajaków, a wśród nich mój, mój i Fila.
– Och, widzisz, Filu, jesteś jeszcze trochę za mały, żeby dźwigać i machać wiosłem… – Powiedziałem po tym, jak mnie poprosił o wiosło. I dałem mu. – Tak myślałem, więc nawet nie brałem dla ciebie. Ale następnym razem, jak będziesz chciał, to wezmę. – Nie był bardzo zmartwiony. Podobało mu się tutaj, na rzece, co mnie cieszyło, bo w ostatnie wakacje na Bugu półtorej godziny się denerwował, płakał, a drugie półtorej spał.
– Tato, płyń jak najszybciej na suchy piasek! – Zakomenderował, widząc na horyzoncie piaszczyste urwisko. Była to przystań „Korytko”. Dobiliśmy do brzegu. Pogodziłem się z myślą, że tracę pierwszą pozycję w grupie, utrzymaną z łatwością, bo… nikt się nie
ścigał. Być pierwszym było o tyle dobrze, że gdy tylko chciałem, na towarzystwo mogłem bez wysiłku poczekać, aż do mnie podpłynie, zamiast je gonić – samotnie. Za towarzystwo miałem co prawda syna, ale on w końcu zaśnie – wiedziałem to na pewno.
Na razie był jednak bardzo zajęty wycieczką, więc pomyślałem, że lepiej tego nie psuć i zgodzić się na ten przystanek.
– Tato, ostrożnie, teraz wychodzisz i uważaj, żeby nie wpaść do wody! – Zaczął zarządzać. – A teraz daj mi rękę. Nie bujaj, trzymaj kajak, trzymaj! – Lekko się zdenerwował. No, bo i sytuacja trochę nerwowa.
– Spokojnie, dam radę, nie puszczę cię, chodź. Ups! – Noga zjechała mi po źdźbłach trawy zmieszanej z błotem. W końcu wyszliśmy. Łączka była zaludniona kajakarzami, ktoś rozpalał ognisko, ktoś rozstawiał namiocik. Woń dymu, mieszała się z zapachem rzeki niesionym przez leniwy wiatr. Gdyby nie alergia, może i poczułbym też ludzi – ich spoconą, spieczoną słońcem skórę. Przeszliśmy przez mostek postawiony nad bagnistym starorzeczem, po schodkach na skarpę, westchnąłem na mój brak pieniędzy w kieszeni, bo stała tu – w cieniu drzew – budka z lodami… a potem znów na dół. 
Zastanawiałem się, ile to czasu wyjdzie, ile stracę do reszty grupy. Wyszło ostatecznie dwadzieścia minut. Rozważałem: gonić ich, żeby było przyjemniej płynąć z kimś obok? A może nie gonić, żeby było przyjemniej płynąć bez większego wysiłku? W końcu, nie forsując się przesadnie, jednak postarałem się; dogoniłem grupę. Po drodze nawoływałem kukułki i sierpówki, podziwiałem trąbę powietrzną i koiłem oczy widokiem spokojnej tafli Pilicy, poruszonej tylko tu i ówdzie wirem wodnym, owadem lub pyszczkiem ryby. A więc nie można było zostać tu, na rzece? tylko wyłazić tam, tracić czas nie wiadomo po co?
Zeszliśmy w starorzecze. Sporo piachu, jakby namiastka plaży i jeszcze więcej bagna, beżowego mułu zaschniętego na niskich zaroślach. Nie było w tym miejscu nic malowniczego, może poza sosnami, które rosły „w powietrzu”, nad osuwającym się gruntem. Fi. miał już swój upatrzony cel, domyśliłem się, zanim zaczął. A zaczął brać garście piachu i iść obok pontonu nad brzeg bagna. Sprawdziłem, twardy grunt. Siup! Piach wpadł do wody. I znów, kolejny transport i kolejny. 
– Ale fajnie wpada ten piach. Ziu! – Dorzuciłem swoją onomatopeję do filowej zabawy.
– No. – Bąknął Fi. i pobiegł po następne.
– No dobra, Filu, jeszcze trzy razy i idziemy! – Były trzy, wziąłem go za rękę, nie protestował. Wdrapaliśmy się na skarpę, znów westchnąłem, że nie kupię lodów, siku, schodki, mostek, łączka, kapok i kajak. I znów rzeka. A więc to wszystko? Cała przyczyna? Tak, nic więcej.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: