Przez chwilę na szczycie

Zapisuję myśli – idee, emocje – skrótowo na świstkach, na dłoni, w telefonie… Wiele z nich gubię, nie rozpoznaję i ostatecznie porzucam, ale te trzy słowa nie pozwoliły o sobie zapomnieć: „sinusoida szczęścia – tak!”

Nie wiedziałem, skąd to się wzięło, ale zacząłem myśleć od nowa. Leżałem w łóżku, czekając na A., starając się nie zasnąć. Przypomniała mi się piosenka Republiki „Tak długo czekam”, która ostatnio często gra w samochodzie, bo słuchamy jej z albumu „Ciechowski. Spotkanie z legendą” (polecam). O, proszę, nawet w tej piosence pobrzmiewa ta prawda, że raz jest lepiej, a raz gorzej.

Na dobre rzeczy trzeba czekać. A czekanie może być samo w sobie nieprzyjemne, bo wystawia na próbę cierpliwość. A w cierpliwości jest nuta cierpienia! To falowanie szczęścia bywa irytujące, można się z tym pogodzić lub nie, a można też uznać za dar, błogosławieństwo, atut!

Co takiego ma humorzasta Pani Sinusoida, czego nie ma Pan Konstans, wiecznie zadowolony? Każdy chyba zna odpowiedź i mógłby to nazwać po swojemu. A ja powiem: smak życia. Człowiek, który po wielu dniach tułaczki na pustkowiu dotarł do siedzib ludzkich krzyczy ze szczęścia. Człowiek, który napotkał wodę na pustyni, śmieje się przez łzy. Człowiek, który dowiedział się, że wojna się skończyła i może wracać do rodziny, nie posiada się z radości.

Jaki to marny rodzaj szczęścia znałby rodzaj ludzki, gdyby nie doświadczał trudności? Czy najlepsze wspomnienia, które przywołujemy by trochę rozjaśnić sobie niebo w pochmurne dni, nie wiążą się z jakimś wyzwoleniem? Od wielu tygodni powraca do mnie obraz Greka Zorby, który tańczy swój słynny taniec, właściwie uczy głównego bohatera tego tańca, a widz rozumie, że tu nie o taniec się rozchodzi, ale życie po prostu, generalnie. Tak samo finałowa scena w deszczu ze „Skazanych na Shawshank” pokazuje prawdziwe szczęście. Dla jednej takiej sceny warto kręcić cały film o facecie, który wyskrobuje w więziennej ścianie dziurę. Wielką dziurę.

Od wielu tygodni powraca do mnie obraz człowieka, który po długim czasie cierpliwych i wytrwałych zmagań, a przy tym niepewności, samotności, wyczerpania i małej wiary wreszcie doświadcza spełnienia swoich marzeń – jest wolny. I śmieje się dzikim śmiechem, że niemal ryczy z radości, ze szczęścia: ha, ha, haaa!!! I widzę, dlaczego ten człowiek się śmieje. Wydawałoby się „nic wielkiego”, bo tylko (i aż) stoi przed Bogiem, twarzą w twarz, tak jak się można spotkać z innym człowiekiem, przyjacielem. I wie, że jest kochany i że jest dobrze i że niczego nie musi, a wszystko może. I tym człowiekiem jestem ja.

Szczęście zawsze jest teraz. A „teraz” zawsze jest chwilą, a więc szczęście ze swej natury jest chwilowe. Chwila obecna jest jedynym miejscem, gdzie można natknąć się na szczęście. Siada zwykle przy tym samym stoliku i zamawia „to, co zawsze”. Jest przewidywalne, chociaż… napiwki zostawia różne. Zawsze możesz się przysiąść.

Przebywanie myślami, duchem… w przeszłości lub przyszłości nigdy nie będzie jednoznacznie pozytywnym doświadczeniem. Podpowiada to rozsądek: mądry człowiek wspominając minione dni, będzie odczuwał żal i satysfakcję. Z błędów weźmie naukę, a z sukcesów – zachętę. Kiedy zaś wybiegnie myślami wprzód, to znów: dostrzeże szanse i zagrożenia. Napełni serce nadzieją i troską. Jaka będzie ilość i jakość (przedmiot) tego żalu, satysfakcji, nadziei i troski – czy to mi wyjdzie na dobre, czy na złe – to już inna sprawa. Ale z pewnością warto siedzieć mocno w chwili, która trwa.

A na przykład Jezus mówi jedno i drugie: w kwestii troski (a więc i szczęścia) podpowiada jaki przedmiot i jaki czas. W Kazaniu na górze można wyczytać: „Nie troszczcie się o jedzenie i picie, odzienie, czy dach nad głową. Ale o Królestwo. Nie troszczcie się o jutro. Ale o dzisiaj.”

Na tle niejednoznacznej, niełatwej przeszłości i przyszłości każdy może w mijającej chwili być na fali, na szczycie sinusoidy. Jeśli mam myśleć o czymś więcej niż „teraz”, to tylko o dołach, które doprowadziły mnie na ten chwilowy szczyt i doprowadzą na następny.

Autor: jpz2

Powiązane posty: