Prawo wolności rozwala system

Chłopcy z Placu Broni nagrali fajną piosenkę: „wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. Ale każdy rozumie wolność inaczej i tylko niektórzy rozumieją ją naprawdę i są wolni.

Alexis de Tocqueville – znany każdemu studentowi politologii – powiedział, że „wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. To popularny cytat i dzisiaj prawie wszyscy się z tym zgadzają. Ale w Liście Jakuba czytam coś, co stoi zupełnie w poprzek tej filozofii, rozwala system:

Mówcie i czyńcie tak, jak ludzie, którzy będą sądzeni na podstawie Prawa wolności. (Jak. 2:12, BT)

Cóż to za przedziwna rzecz: prawo wolności? Co to znaczy? Prawo, jak się zwykle uważa, to jest coś, co mnie ogranicza, wyznacza zasady: rób to, a tego nie rób. Zawęża moją wolność! W pewnym sensie te dwie rzeczy – prawo i wolność – są sprzeczne ze sobą. Świat mówi, że wolność ZACZYNA się tam, gdzie grzech, tzn. gdzie nie wiąże mnie prawo: jem zakazany owoc i… nie umieram! Ha! A więc byłem zwodzony, niewolony przez system: korporacje, politykę, kościół… Teraz będę cynikiem, będę się pchał i wyszarpię tyle, ile się da – aby stać się jednym z tych, którym wolno więcej, bo mają pieniądze, władzę, znajomości. W końcu moja wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się wolność drugiego człowieka. Czy jakoś tak.

Ale prawda jest taka, że jest zupełnie odwrotnie: wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się… jego grzech (por. Jan. 8:31-34). Zaczyna się zaś od zwycięstwa nad grzechem. Wolność lub niewola nie zależy od systemu, ale tkwi we mnie. Żeby to zrozumieć, trzeba mieć specyficzne pojęcie (bożego) Prawa. Bo to Prawo (Tora)… no właśnie: NIE ogranicza wolności, ale jest lekcją, drogą wolności – i to takiej, której nikt i nic mi nie odbierze, nawet przemocą. Jak to? A tak to: jeśli zachowam czyste serce, wolne od pożądliwości, to nawet więzienie, ubóstwo i śmierć nie zgaszą mojego ducha. Tora to droga, z której nie zbaczam również dlatego, aby moje miłosierdzie, jak pisze Jakub, górowało nad sądem, przez łaskę. A sąd mnie czeka, bo zdążyłem już zawinić.

Jeśli jednak wypełniacie zgodnie z Pismem królewskie przykazanie: Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego, dobrze czynicie. Lecz jeśli czynicie różnicę między osobami, popełniacie grzech i jesteście uznani przez zakon za przestępców. Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego. (…) Tak mówcie i czyńcie, jak ci, którzy mają być sądzeni przez zakon wolności. Nad tym, który nie okazał miłosierdzia, odbywa się sąd bez miłosierdzia, miłosierdzie góruje nad sądem. (Jak. 2:8-10, 12-13, BW)

Na koniec jakieś przykłady: kolega zrobił mi świństwo. Aż się prosi, żeby obsmarować mu tyłek. Można też spuścić zasłonę miłosierdzia, przebaczyć. Wtedy stracę reputację, czas, pieniądze, okazję do rewanżu. A co zyskam? Wolność. Bo każdy osąd szybko staje się nawykiem – silniejszym ode mnie, który działa jak trucizna. Albo: przechodzi ładna dziewczyna ­­– nogi, dekolt… Obejrzę się za nią, czy nie? A za tą drugą, ósmą, dwudziestą? W końcu niewola: muszę zajrzeć do internetu. I tak dalej…

Autor: jpz2

Powiązane posty: