Prawdziwy złodziej

– Tato, a na placu zabaw bawiliśmy się razem z Hanią z mojej grupy… – Mówi do mnie syn takim tonem, że się zapowiada jakaś sensacja.
– A, no pamiętam, w piątek, pokazywałeś mi Hanię. I co?
– I wiesz co widzieliśmy?
– Co? Co widzieliście?
– PRAW-DZI-WE-GO ZŁO-DZIE-JA!
– Naprawdę? Złodzieja? W biały dzień?
– No.
– A po czym go poznaliście? Kradł rower? Uciekał z czarną walizką?
– Nie, tato. Miał długą sukienkę zapinaną na guziki i złowieszczą minę!
– To wszystko?
– Tak.
– Obawiam się, że muszę cię rozczarować, Filu. To nie był złodziej, tylko ksiądz. Prawdopodobnie.

Fi. jakoś wcale nie wydawał się być rozczarowany. Zajął się czymś. – Protestanckie dziecko. – Żachnąłem się w myślach. – Nie wie, co to sutanna.

W Wielki Piątek ulicę Bacha przemierzał ksiądz „ze złowieszczą miną”. Prawdopodobnie ksiądz. Ciekawe. W każdym razie ciekawsze od złodzieja. Zacząłem fantazjować. A może ta mina była cierpka. Grymasy łatwo pomylić. Co można powiedzieć ludziom w kościele takiego dnia? Po latach seminarium i praktyk homiletycznych… totalna pustka w głowie! Ja to rozumiem, współczuję. Tej sytuacji i… miny. I długiej sukienki.

Autor: jpz2

Powiązane posty: