Pragnienia i potrzeby

Ten tytuł to jednocześnie hasło reklamowe pewnej sieci drogerii. Zbieg okoliczności? Nie. Nawiązuję do tego, bo chcę pokazać, że życie może być prostsze niż zakupy w Rossmannie.

Z grubsza chodzi o to, że nie muszę zaspokajać swoich pragnień. Nie muszę nawet zaspokajać wszystkich potrzeb, które nazwałem potrzebami. Nie muszę zarabiać góry pieniędzy, nie muszę się troszczyć. Wychodzi to na dobre przede wszystkim mnie samemu, ale też innym ludziom. Całe to rozważanie zaczęło się dziś rano, kiedy czytałem sobie tę listę (link) i jedno zdanie szczególnie zwróciło moją uwagę, zdanie wyjęte z Listu do Filipian:

A Bóg mój według swego bogactwa zaspokoi wspaniale (chwalebnie – BG) w Chrystusie Jezusie każdą waszą potrzebę. (Flp 4:19, BT)

Wiecie, jako absolwent politologii (a dokładnie polityki społecznej), kiedy czytam „potrzeba”, od razu otwiera mi się szuflada z pojęciami mojej dziedziny: potrzeba człowieka, potrzeba społeczności, niezaspokojona potrzeba, problem społeczny i wreszcie kwestia społeczna, czyli problem palący, powszechny i nie do rozwiązania przez jednostkę. I właśnie rozwiązywaniem kwestii społecznych zajmuje się polityka społeczna. Oczywiście jest to uproszczenie, bo politykę społeczną można definiować na wiele sposobów, biorąc pod uwagę takie rzeczy jak: bezpieczeństwo socjalne, sprawiedliwość społeczną, strukturę społeczną, prawa człowieka, postęp… W każdym razie sens polityki społecznej jako dyscypliny naukowej i jako dziedziny działalności państwa właściwie wisi na włosku, jeśli znika ludzka potrzeba. Polityka społeczna straci rację bytu, jeśli ktoś udowodni, że te nasze wielkie problemy z niezaspokojeniem potrzeb można rozwiązać inaczej niż przez działalność państwa.

Szczerze mówiąc, wątpię, żeby ktoś potrafił to udowodnić. Wiem natomiast z całą pewnością, co napisał Apostoł Paweł: że Bóg zaspokoi każdą naszą potrzebę, i to nie byle jak, lecz wspaniale, w Chrystusie Jezusie. Dla mnie oznacza to, że to Bóg zdecyduje, co jest moją potrzebą, a co nią nie jest. Poza tym Bóg tę potrzebę zaspokoi w Chrystusie Jezusie, w Jego ciele, którym jest kościół, zbór, społeczność uczniów, przyjaciół, braci, poddanych Chrystusa.

Tak naprawdę Bóg zna moje potrzeby lepiej, niż ja sam. I ma sposób na to, by je zaspokoić. Proszę tylko pomyśleć: co by było, gdyby zarówno bogaci, jak i biedni zdali się na Boga ze swoimi potrzebami? Bogaci „schudliby” o wiele pragnień, które z pozoru wyglądały na potrzeby. A biedni zrzuciliby swoje troski na Pana i przestali narzekać. Przy okazji jedni i drudzy zauważyliby nawzajem swoje potrzeby i jako dzieci jednego Boga, członkowie ciała Chrystusa obdarzyliby siebie wszystkim, czego potrzebowałby brat lub siostra. Koniec z polityką społeczną. To nie utopia, to praktyka, choć przez wielu z niedowierzaniem odrzucona. A odrzucona dlatego, że BOGATY niestety może nie mieć nic wspólnego z BOGIEM, jak by mogła podpowiadać etymologia. A co ze mną? Przecież też jestem bogaty.

Autor: jpz2

Powiązane posty: