Poza-czas

Mogłem wyjść chwilę wcześniej. Ale fatum piątku zawisło nad Warszawą po fajrancie. Nie do końca rozumiem ten fenomen: czy naprawdę tak dużo ludzi przyjeżdża tu tylko na pięć dni i regularnie na weekend wraca do domu, gdzieś sto, dwieście kilometrów dalej? Nie wiem, ale muszę stać wśród nich. W ogonku na Kasprzaka, w ogonku przy Rondzie Zesłańców, w długim, ślimaczącym się korowodzie w Jerozolimskich i na Łopuszańskiej, i Marynarskiej, i Rzymowskiego. Chilli Zet wysiudało niegdyś z eteru Radio Jazz, czym zasłużyło sobie na moją niechęć. Ale ostatnio zrobiło się niezłe i nawet je polubiłem. Ale po pół godziny coś mnie tknęło, wyłączyłem. Pomyślałem, ze wybieram: chillout taki, jaki mają wszyscy ci kierowcy wokół? Czy pokój, który Bóg daje?

Światła w lusterkach wstecznych zdawały się świecić mocniej, niż te z naprzeciwka. Podobnie jak cały miniony tydzień oślepia mnie i nie pozwala się jeszcze uwolnić od stu spraw i w pełni rozkoszować wolnością weekendu, szabatu. Zacząłem rozmawiać z Bogiem. Trochę nieskładnie mówiłem, ale z drugiej strony… Co z tego?

Przecież często tak mówię, gdy z kimś rozmawiam. Czemu tu miałoby być inaczej? Mówię powoli, ważąc słowa, jak zawsze. Taki jestem. Może to przeszkadzać mojej siostrze, która strzela seriami pomysłów żartów i komentarzy, aż jej ciężko mnie słuchać. Ale Bogu to przecież nie przeszkadza.

— Dziękuję ci za ten dzień w tygodniu… – Zacząłem, naciskając hamulec po raz enty.
— Ale wiesz, przecież to tylko jeden dzień, ta sobota. – Odparł Bóg, sadowiąc się na siedzeniu obok. Przejąłem się: ojej, przecież tam leżą chusteczki i moja czapka.

— Nie przeszkadza ci to? Sprzątnę…
— No przestań, przecież jestem Duchem.
— To prawda. Dziękuję ci więc, że Ty jesteś dla mnie odpoczynkiem, przez cały tydzień.
— Chrześcijański slogan. A co to znaczy? Wiesz?
— A… Choćbym się wysilał, to i tak Ty wiesz to lepiej. Najlepiej, jeśli mi powiesz. – Założyłem ręce za głowę, żeby rozmasować szyję i kark, zesztywniałe od stania w korku.
— To znaczy, że odpoczywasz bez przerwy, kiedy słuchasz mnie.
— Jakbym był pochłonięty zabawą?
— Coś tak jakby…
— …i jakby czas dla mnie nie istniał? – Uśmiechnąłem się.
— Dokładnie. To jest tak, że przy pracy czas ci mija. A przy sobocie ty mijasz czas. Jakby cię nie obchodził, nie dotyczył…
— …jakbym był wieczny.
— Bo jesteś. 
— I jakbym był dzieckiem?
— Obyś był.
— Wiesz co? Podoba mi się to. Chyba w soboty nie będę nic pisał. Będę poza czasem.
— Dobry pomysł. Tylko nie zapomnij w tym poza-czasie pobyć ze mną.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: