Powtórki

— Mamo, a jak dojedziemy… Mamo, a jak… to będę, to dasz… Mamo, a jak dojedziemy, to dasz mi ten mój zabawkę… Mamo, a jak dojedziemy, to dasz mi ten mój nowy samochodzik, który mi kupiłaś?
— Tak, dam ci… – Obiecała A., wzdychając. Trudno to czasem wytrzymać: „mamo… mamo… mamo…”  albo „tato… tato… tato…” – powtarza kilka razy, aż wypowie całe zdanie bezbłędnie. Przy czym w międzyczasie zastanawia się nad tym, co chce powiedzieć, więc zmienia treść… i zaczyna od nowa. W połowie przypadków już wiemy z góry, co chce powiedzieć. W połowie – nie, bo też wymyśla nieraz bardzo ciekawe rzeczy. Zresztą to nie ma znaczenia – i tak zdanie musi wybrzmieć perfekt od początku do końca.

Od pewnego czasu, bezskutecznie niestety, próbuję go pouczać w ten sam sposób:
— Filu, kiedy coś nam mówisz, ale w międzyczasie się pomylisz albo zmienisz zdanie, to nie musisz zaczynać od początku. To jest dla nas

męczące, irytujące, bo chcemy cię wysłuchać, ale… po co powtarzać początek zdania cztery razy? Możesz zacząć od środka. – Proponuję. Fi. nic nie mówi.

Ale wiem, że słucha. Chwilę milczymy, zastanawiam się. Chyba go rozumiem. Tym razem mówię coś nowego: – A może po prostu to jest dla ciebie trudne: zacząć od środka? – Dopytuję, już nie poirytowanym, ale bardziej miłym, zatroskanym tonem.
— Tak, to jest dla mnie trudne. – Przyznaje Fi.
— Wierzę, że potrafisz. Na pewno się tego nauczysz! – Kończę.

I wierzę, że te słowa mają większą moc, niż się zdaje. Że nie są tylko pocieszeniem, nie są ucieczką od problemu, takim spychaniem tematu „będzie dobrze”. Wręcz przeciwnie, te słowa są ważne, są pełne zaangażowania, są skuteczne, bo powiedziane z wiarą. Tym bardziej… za mało, za mało takich słów…
Ostatnio obejrzałem, wysłuchałem świadectwa, które moja mama wysłała mi… kiedy to było? (patrzę na datę mejla) już w kwietniu! I do tej pory zwlekałem (osobliwy „zbieg okoliczności”!). Jest to świadectwo uzdrowienia z autyzmu – opowieść rodziców o ich (już nie) chorym synu. Syn też się wypowiada, pod koniec.

Autyzm to uczucie niemocy, nieumiejętności, zagubienia w kontekście relacji, komunikacji, sytuacji społecznych – skutkuje nieadekwatnymi zachowaniami, często wycofaniem (to ma każdy z nas: jeśli coś mnie przerasta, najłatwiej się wycofać). To wszystko mają autyści w różnym stopniu – od skrajnego do lekkiego. Tak lekkiego, nikt poza bliskimi i specjalistami nie zauważy.

A wracając do świadectwa; ci rodzice, z początku załamani diagnozą, zmęczeni tym „piekłem”, które przeżywali w domu i brakiem nadziei na przyszłość… uwierzyli w to, co jest napisane w Słowie i jest aktualne: Bóg uzdrawia. Dzisiaj! Czy Bóg uzdrowił ich syna natychmiast? Nie. Zaczęli jednak wypowiadać z wiarą wiele słów o nim. Nauczyli się wręcz takiej reakcji na każde trudne zachowanie. Potrafię sobie to wyobrazić. To wymagało wiele samozaparcia, konsekwencji… Ale pewnego dnia stał się cud; syn wrócił ze szkoły odmieniony… Nie będę streszczał całego świadectwa, można (trzeba!) go wysłuchać.

Ta opowieść mnie bardzo mocno zachęciła. Tym bardziej, że to jest Bóg, jakiego znam. Wiem, że to nie są tylko opowieści zza oceanu, z tej „dziwnej” Ameryki. I że takie rzeczy dzieją się również w Polsce. Co jest potrzebne? Tylko dziecinna wiara. I decyzja, by jej używać. By ogłaszać zmiany, wolność, uzdrowienie. I powtarzać, powtarzać, powtarzać. W każdej życiowej sytuacji – od nowotworu, przez przeziębienie, po zepsutą zmywarkę! Tak! Może dla kogoś to zbyt radykalne, głupie, śmieszne. To nie zmienia faktu, że prawdziwe.

«
Autor: jpz2

Powiązane posty: