Powroty

Otóż i nadszedł dzień powrotu i czas najwyższy, by przerwać milczenie. Przez dwa tygodnie robiłem to, co najbardziej lubił robić Krzyś – przyjaciel Kubusia Puchatka: NIC. Zatem… milczałem prawie zupełnie: na blogu, fejbuku, instagramie. Nawet zdjęć nie robiłem. Nie żebym na siebie jakiś zakon nałożył, tylko… ot, po prostu. Notowałem tylko co ciekawsze i śmieszniejsze migawki z wakacji, a zeszyt wcale nie puchł. Jest tego jedna strona, akurat tyle, co wykorzystam w najbliższych dniach.

Wracaliśmy z Torunia – drogą boczną, nie A1, ale przez Ciechocinek, gdzie spędziliśmy dwie godziny. Minął kwadrans, zanim uwolniliśmy się od kramów tężniowych: spiekota, widok tandety, dźwięk… tandety – muzyki biesiadnej i gorzej – jakiegoś Martyniuka. – Żeby to jeszcze na prawdziwych instrumentach było grane. – Westchnąłem. – Ciechocinku, ratuj swą godność. – Uratował. Przysiedliśmy na skraju zdrojowego parku, przy małej fontannie. Dzieci nieopodal, zadziwiająco zgodnie czymś się zajęły, kucając w trawie i płożących się gałązkach. Ja z A. odetchnęliśmy. Nieopodal na stadionie szykował się duży koncert.
– Lubię tego słuchać, bas ładnie gra, tylko werbel jak z garnka. – Powiedziałem.
– Lubisz słuchać próby nagłośnienia?
– No… Myślę wtedy, jak bym to ja ustawił.
Po chwili zespół zagrał razem i rozpoznałem akordy… Perfectu. To już znacznie lepiej niż jakaś wyfiokowana Teresa Werner.

Wracaliśmy przez Włocławek, bo chciałem przejechać wzdłuż zalewu. Droga wiedzie tuż obok. Okazało się: albo wały, albo las. Tylko niewiele widoku wody. Ale i tak byłem zadowolony. Miejscami cmokałem z zachwytu. Płock, Iłów, Sochaczew… Spokojnie, sielsko, mijamy kolejne pipidówy. Rolnicze, trochę wydmowe, nadwiślańskie Mazowsze. Czuję się prawie zrelaksowany.
– Dlaczego lubisz takie drogi? Ciekawsze? – Pyta A.
– Mówiłem ci już: lubię, bo jest jakaś odmiana. Coś się dzieje na drodze. Kraj można zobaczyć – te małe miejscowości, przyrodę. No i wolniej, to mniej spalisz.

W końcu A2: wjazd. Pech jakiś chciał, że niedawno na stacji benzynowej wleciały muchy, nie wszystkie udało się wypędzić. Ki diabeł je tu nadał?! Jedna mnie smyra po nogach, rozprasza, psia krew, na Poznań pojechałem! Dzieci nie rozumieją tragizmu sytuacji. A. próbuje mnie uspokajać. Na próżno, ja sobie nie umiem takich głupich rzeczy wybaczyć. Wściekły jestem na siebie (najgorszy rodzaj złości). Fi. coś pyka i nie po polsku dziamgocze, głośno… Nie słucha mamy, nie słucha mnie. Wprost mówi, że nie będzie słuchał. Wydarłem się, jak chyba nigdy. Zapadła cisza. Złość Fi. stłumiona na chwilę i wiem, że to źle i bez sensu. U. się pierwsza odzywa, jakby niezrażona, komentuje: – Krzyknąłeś na Fila? I mnie uszy zabolały.

– Tak, Ulciu, przepraszam wszystkich, że tak krzyknąłem. – Jakoś mi przeszło przez gardło. Zacząłem wyjaśniać: – Filo nie słuchał nas, a mi strasznie przeszkadzał, a ja jestem dodatkowo zły, że się oddalamy od domu. Dlatego tak krzyknąłem. Marnujemy czas i paliwo, a więc i pieniądze, będzie z dziesięć złotych.
– Dziesięć złotych?
– Tak, dziesięć?
– Jesteś zły za dziesięć złotych? – Powtarza U. na swój dziecinny sposób, ale pyta zaskakująco mądrze, retorycznie.
– Tak, właśnie tak… – Zawiesiłem głos. W myślach policzyłem jeszcze raz: 46 km – ile to będzie… – Ale nie powinienem tak głośno krzyczeć na Fila. – Dodałem. Ostatecznie to i dobrze, gdy rodzic przeprasza za siebie, że się źle zachował. Na pewno więcej na tym zyskuje, niż traci. A mucha… mała, głupia, domowa mucha po dwudziestej próbie wyleciała przez okno A. Z hukiem (przy stu dwudziestu) uszło też nieco złości.

»
Autor: jpz2

Powiązane posty: