Powołanie na balkonie

Na podstawie Drugiej Księgi Mojżeszowej (Exodus), rozdział 3.

Tego dnia wiatr gnał przez miasto i szarpał wszystko, co napotkał na drodze. Drzewa uginały się wyjątkowo nisko, niektórzy przechodnie przytrzymywali czapki, a uliczny kurz i smog mieszały się, utrudniając oddychanie. Gdyby nie żółte i czerwone liście, wirujące tu i ówdzie, można by pomyśleć, że to jakieś północnoafrykańskie miasto, do którego wiatr znowu nawiał syfu z pustyni.

Atramentowa drukarka, bzycząc i szurając, wolno opluwała arkusz tekstem. Modest czekał z wyciągniętą ręką. Westchnął zniecierpliwiony i wreszcie wyciągnął kartkę. Zdjął okulary, przetarł dłonią łysiejącą głowę i zaczął czytać, jakby chciał sprawdzić, czy w tych kilku zdaniach się nie pomylił, czy to ma sens. – Pomyłka? Przecież nie językowa, raczej życiowa… – Ironicznie powiedział sam do siebie. – „Uprzejmie proszę o przeniesienie…” – Rozejrzał się za długopisem. – Tak, jak zwykle nie tam, gdzie go potrzebuję… – Mruknął pod nosem i poszedł do kuchennego stołu, gdzie znalazł zgubę – tuż obok kilku paragonów zapisanych ręcznie cyframi – wszystkie miesięczne wydatki. Już wracał, już wyciągał rękę po kartkę, kiedy wiatr wepchnął drzwi balkonowe do wewnątrz, rozpanoszył się po skromnym pokoju, gdzie jedyną rzeczą do zrzucenia było dopiero wydrukowane pismo. Modest prędko ruszył do okna, chwycił za klamkę i… utkwił wzrok w… gołębiu. Ptak siedział na barierce balkonu bez ruchu, mimo że wichura przybierała na sile.

— Sio! No już! Uciekaj, zasrańcu! – Zdenerwowany głos Modesta rozszedł się w szumie wiatru. Stojąc w okiennym progu, kilka razy machnął ręką, ale gołąb nie wystraszył się i tkwił nieporuszony na swoim miejscu. – A, wyjdę tam, przyjrzę się temu dziwadłu. Tylko trzy kroki, powinien zaraz odfrunąć… – Powiedział znów do siebie i postąpił do przodu. Wiatr sieknął go po twarzy. Ale jego mały, szary gość ani drgnął. – Może zdechł i zastygł w tej pozie. – Pomyślał i zarechotał po nosem. W odsłonięte zęby wdarły się drobinki piasku, pył zaczął zgrzytać po szkliwie.

— Modest, Modest!
— Jestem, a co? – Był tak zaskoczony, że odpowiedział bez namysłu, chociaż ze swojego trzeciego piętra nikogo nie zobaczył. Obrócił się za siebie: mieszkanie puste. Głos zresztą dochodził z bliska. Modest odruchowo sięgnął prawą ręką do ucha, gdzie obok czarnych okularów zwykle nosił charakterystyczną słuchawkę. Dziesięć godzin dziennie… – Zboczenie zawodowe? – Myślał…
— Sąsiedzie?! – Zagadnął niepewnie, podnosząc lekko głos i wychylając się przez barierkę. Piętro niżej pusto.
— Nie rozglądaj się, ale posłuchaj. Jestem Bogiem, którego poznałeś w swojej młodości. Bogiem, którego kochałeś i szanowałeś. – Modest cofnął się krok i oparł o zimny tynk. Głos nie ustawał: – Nasłuchałem się już wielu modlitw z miejsca, które opuściłeś pięć lat temu.
— To była dobra praca, ale już nie dla mnie.
— Ale tam są ludzie, którzy szukają mnie i potrzebują nadziei. Ich krzyki i szepty do mnie dotarły.
— Nie, nigdy już nie będę klawiszem.
— Widziałem ich udrękę.
— To nie moja wina. Ja byłem w porządku, chciałem być, byłem inny…
— I jesteś. Idź, posyłam cię, żebyś wyciągnął tych ludzi z niewoli potępienia i samotności.
— A kim ja jestem, żeby iść do dyrektora i wyprowadzać ludzi z cel?
— Będę z tobą. A to będzie dla ciebie znakiem, że gdy tylko zaczniesz z nimi rozmawiać, będziecie mi służyć wszyscy w jednej sali.
— A jak przyjdę do nich i powiem, że Bóg mnie posłał, a oni mnie zapytają, jaki Bóg, to co mam odpowiedzieć?
— Powiedz, że ja jestem, który jestem. Powiedz, że Jahwe cię posłał – Bóg, którego widzieliście i potrzebujecie i że napatrzył się na wasze cierpienie, i postanowił, że was uwolni i stąd wyprowadzi.

Autor: jpz2

Powiązane posty: