Powiew

Graliśmy z A. na grupie domowej. Ja na ukulele i śpiewam, A. pomaga mi na pianinie. Jest dobrze, zgrywamy się. Ale to tylko drobna część sukcesu. Sukces jest, kiedy w tym graniu wyrażam serce i autentycznie staję (lub siadam) przed Bogiem. I Duch przychodzi, jak wierzę i czuję. Aż mi dobrze, a momentami śmiać się chce – radość niewytłumaczalna naturalnie. Ale właśnie, skończyliśmy pierwszą piosenkę i Ł. mówi:
– Macie tu okno otwarte? Czy co to… jakoś mi teraz zaczęło wiać.
– Nie. – Zerkam na okno balkonowe. – To jest zamknięte. Może trochę nieszczelne, ale nie żeby wiało. Zresztą ono tak było od początku.
– Ale wcześniej nie wiało.
– No a za tobą jest okno, które jest w ogóle nie otwierane, takie bez klamki wstawione szczelnie, także nic się nie przedostanie. Serio? Może ci koc przynieść.
– Nie, spoko.
– Przyniosę.
Kończymy drugą piosenkę.
– Nie, naprawdę. – Mówi Ł. – Tak wiało…
– Potwierdzam. – Odzywa się M. – Ja też czułam, taki chłodny powiew.
– Ale my tu mamy wszystko pozamykane. W kuchni też… – Śmieję się. – To może trzecią jeszcze zagramy? – I gramy. A Ł. się prawie trzęsie. Kładę na niego rękę, modlimy się. 
– No Janka rękę czułem normalnie, ciepłą. – Mówi. – Ale ciebie – zwraca się do M. – normalnie jakby mnie paliło. Dziwne… no, mega.
Autor: jpz2

Powiązane posty: