Posenka

Spotkałem się z R. – kumplem z liceum, spotkanie po latach. Aż się wierzyć nie chce – tak ten czas leci. Ja w sportowych spodenkach, z rowerowego bagażnika jeszcze zakupową torbę z zebrą zdjąłem, więc trochę też jak baba z bazaru, brodata. On – w garniaku, pardon, ładnych spodniach, marynarce, pod krawatem. W ministerstwie pracuje, dziś akurat rozmowy kwalifikacyjne prowadził. Ja mu opowiadam o pracy, że może kiedyś z książek będę żył, że od pasji do biznesu itd. On mi opowiada historię, jak w jego pracy były, są dwie dziewczyny… – „To się na książkę nadaje, mówię ci”. – I jedna chciała mieć dziecko, druga nie chciała – w ciążę zaszła właśnie ta druga. Teraz obie są załamane. 
– Mężczyzna unieszczęśliwił obie. – Podsumowuje R.
Jeden mężczyzna?? – Dopytuję lekko przerażony stopniem pogmatwania sytuacji. – W sensie facet tej pierwszej zrobił dziecko drugiej?!
– Nie, aż tak to nie.
– No wiesz, różne się rzeczy zdarzają. Ale na książkę to chyba za mało. Najwyżej na jeden wątek. Albo wpis na blogu. 
Wróciłem do domu, A. z dziećmi jeszcze u siostry. Dobrze się bawią, ja tu sam, odpoczywam, jem, coś montuję. Rzucam w kąt telefon, niech nie kusi. Czasem trzeba oderwać się od wszystkiego, pomyśleć – w dobrą stronę albo choćby o niczym (o niczym się nie da, zawsze jest coś). Co z tego spotkania wynikło? Tyle się nie widzieliśmy. Mam nadzieję, że coś mu dałem – takiego, jak choćby wysłuchanie, zainteresowanie. Bo zresztą, szczerze mówiąc, byłem cholernie ciekaw, co u niego. Życie się nie kończy na liceum, nawet na studiach. Śmialiśmy się, że graliśmy wtedy we czterech chłopa na jednej klawiaturze w Combat-Pillows – taka śmieszna gierka, takie wspomnienie. Stare już konie, a jak dzieci.
Jeszcze sam jestem. Porządkuję zdjęcia na komputerze, przezywam foldery. Oglądam: 2013 rok, 2014, 2015 – wakacje, święta i jakieś „zwykłe” dni, które zwykłe nie były. Odżywają tamte emocje, odczuwanie chwil, postrzeganie bliskich osób, które wtedy były inne, niż dziś, zwłaszcza dzieci. A jednak ten Fi. na przykład, mając na zdjęciu roczek, przypomina tego czteroletniego – wyrazem twarzy i zachowaniem, które widać nawet na nieruchomych obrazach. Co zostaje z takich dni, które – nieważne, czy cztery, czy czternaście lat temu – przeminęły? To, co teraz napiszę, jest bardzo pompatyczne, pretensjonalne, ale to prawda: zostaje z tych dni to, co dawałem – temu rocznemu dziecku, które wtedy było dużo mniej kumate, niż dziś. Zdawałoby się: na co, po co? A jednak siedziałem, chodziłem wpatrzony w tego swojego synka i zagadywałem, zaczepiałem, bawiłem, śpiewałem. Tak, to zostało. To zostało z tych chwil, prócz zdjęć.
Dziś budzę się i patrzę: leży ktoś trzeci – na pewno Fi., który o piątej zbudził się i płakał, i nie chciał mnie, jak przyszedłem, tylko mamy. Chyba, już nie wiem – różne ma kaprysy, czasem całkiem odwrotne. Nie! To jednak U. Śpi, nie wierci się, nie gramoli. To dobrze. Zamieniam się z A. miejscami, teraz ja plecy wystawiam do córki, na prawym boku lepiej. Na prawym boku potrafię całą noc bez ruchu przeleżeć jak parówka, aż żona zachodzi w głowę, jak tak można. Ano można, jak przyzwoity człowiek! – żarcik. U. jednak się budzi, przełazi przeze mnie, chce się przytulić do A. Zamiast mnie, mnie odpycha od mamy. Zazdrość ją wzięła.
– Moja jest mama! – Zaczyna. Ale tym razem nie będę się z nią droczył. Czasem się z nią licytuję: kto więcej razy pocałuje A. – do tego ona należy, czasem to bywa śmieszne. Tym razem tylko pytam U., zaspanym głosem, niby to smutny: 
– Twoja jest mama? A mój jest kto?
– Posenka. – Mruczy z buzią wtuloną w maminą szyję.
– Co? Piosenka?? – Dziwię się. U. odrywa buzię od szyi, teraz wyraźnie:
– Bożenka!
– Aaa, Bożenka. – Tak, to rzeczywiście moja mama. Śmiejemy się razem z A. w głos i śmiejemy. U. przywróciła ład we wszechświecie.
«
Autor: jpz2

Powiązane posty: