Podnieść miasto z gruzów!

Na fali entuzjazmu moich pastorów (i nie tylko) związanego ze Świętem Namiotów umieściłem na pulpicie swojego służbowego komputera zdjęcie Złotej Bramy w Jerozolimie. Ta brama zaczęła do mnie mówić…

Jest to bardzo ciekawa brama – jedyna z ośmiu bram Starego Miasta Jerozolimy, która prowadzi wprost na Wzgórze Świątynne. A właściwie już nie prowadzi, bo została zamurowana w 1541 r. przez Sulejmana Wspaniałego, a potem zabudowana muzułmańskim cmentarzem – tak, żeby nikt nigdy przez nią nie próbował wchodzić, zwłaszcza Mesjasz, kiedy wróci – to według żydowskiej tradycji. A może Sulejman chciał tylko wzmocnić twierdzę? Nie mam pewności, ale tu chodzi o co innego: patrzę na tę Złotą Bramę i dziwię się, że te wielkie, ostateczne rozstrzygnięcia, których oczekują żydzi, chrześcijanie, muzułmanie, dotyczą takiego… zwykłego miejsca. Wydaje się, że jedyna rzecz, która czyni Jerozolimę wyjątkowym miastem, to Boże Słowo. Bo cóż więcej?

Tylko dlaczego Bóg wiąże swoje obietnice z kupą kamieni, dlaczego miasto – dzieło ludzkich rąk – nazywa swoim umiłowanym? Dlaczego Nehemiasz, żyjący w okresie niewoli babilońskiej, tak emocjonalnie zareagował na wieść o ruinie:

A oni rzekli do mnie: Ci pozostali, którzy przeżyli niewolę, znajdują się w tamtejszym okręgu w wielkiej biedzie i pohańbieniu; wszak mur Jeruzalemu jest zwalony, a jego bramy spalone ogniem. A gdy usłyszałem te słowa, usiadłem i zacząłem płakać, i smuciłem się przez szereg dni, poszcząc i modląc się przed Bogiem niebios (Nehem. 1:3-4, BW)

Co znaczyły dla Nehemiasza te gruzy, skoro aż płakał i to tak…? Jest wiele miast, wiele ruin. Nic w tym dziwnego, czy smutnego. Rzeczy odchodzą do przeszłości, po co płakać? Z sentymentu? Nie wierzę, że tylko to. Miałem taką sąsiadkę, Panią Helenę, która nieraz opowiadała mi, jak została wywieziona w czasie wojny na roboty do Niemiec, a po wyzwoleniu ludzie jej się dziwili: – Po co ty chcesz wracać do tej Warszawy, przecież tam już nic nie ma. – A ona na to: – Ja wiem, wiem, że tam już tylko ruiny. Ale co ja mam zrobić, kiedy ja tę Warszawę tak kocham…

Myślę, że u Nehemiasza było coś więcej niż to, co czuła Pani Helena. On wiedział, że ta stolica musi być odbudowana, nawet nie ze względów politycznych czy sentymentalnych, ale ze względu na boże cele. Nie idzie o królestwo ludzkie, ale o Królestwo Boże.

To, co mnie osobiście porusza w tej historii, to pytanie: czy ja potrafię dostrzec zwalone mury wokół mojego serca, które oddałem Jezusowi? Czy potrafię zapłakać nad tymi ruinami tak, jak Nehemiasz nad Jerozolimą? Czy rodzi się we mnie wówczas przemożna wola, by odbudować to, co się zawaliło, spaliło, zostało zniszczone przez wroga? Odbudować moją przyjaźń, intymność z Bogiem? Stawka jest duża, bo niby jest to zwykłe serce, ale Bóg powiązał z nim swoje wspaniałe obietnice.

Autor: jpz2

Powiązane posty: