Podcinka

W szkole biegałem nieźle. Któregoś razu zostałem zabrany na zawody dzielnicowe. Tłum dzieciaków z całych Bielan zjechał się na stadion Hutnika, gdzie zostały wytyczone wszystkie trasy przełajowe – po starej, żużlowej bieżni, po trawiastym boisku, po leśnych ścieżkach. Na swój start czekałem może dwie i pół godziny i nikt nie był w stanie powiedzieć, kiedy to będzie. 
Gdy już nadszedł ten czas, już mocno zniechęcony dołączyłem do grupki uczniów tłoczących się przed taśmą startową. To miały być chyba trzy kilometry. Nagle – pach! – wystartowali – ci z przodu. Po kilku sekundach straty ci z tyłu też mogli ruszyć. O, matko! No dobra, niech tam! Biegniemy, biegnę w grupce. Kurzy się niemiłosiernie, Gdzieś z przodu liderzy. Już ich nie dogonię. Nie mam jak. To jest jak na schodach w metrze w godzinach szczytu. 
Nagle wpadam na kogoś. Nie „wpadam”” – padam! Leżymy! Karambol. O mnie też się ktoś potknął i tak – przynajmniej kilkanaście osób utknęło. Kto pierwszy się podniesie, nie depcząc pozostałych, ten spryciarz. Lecz najważniejsze: jaka przyczyna tego wypadku? Większość z tego śmiesznego „peletonu” jest w szoku – skąd to i jak to?! 
Oto i przyczyna: metalowy pręt wbity w ziemię został przechylony przez taśmę uwiązaną na czubku. Taśma wytycza trasę biegu, więc naturalnie na zakręcie każdy chce lecieć jak najbliżej taśmy. Czarny pręt na tle czarnego żużlu jest niewidoczny. Podcinka dla biegaczy doskonała! Nie muszę chyba wyjaśniać, jak bardzo byłem tym zażenowany. Ale dokończyłem bieg. Dokończyłem, no bo co? Jestem  tu, żeby biec. A nie, żeby trasę naprawiać.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: