Pochwały i banały

Pomyślałem, że może dobrze byłoby choćby słówkiem, ułamkowo, wyrywkowo wspomnieć wreszcie i pochwalić się tym, co już umie Fi. Przy okazji parę myśli o pochwałach i zabawach.
Fi. jest bardzo bystry. Chociaż ostatnio przeczytałem coś, co zmieniło moje wyobrażenie o pochwałach. To była taka rada, żeby dziecku nie powtarzać w kółko, że jest mądre, zdolne, bystre, silne itd., a częściej chwalić je za to, jaki włożyło wysiłek, jak przemyślało rzecz, jak się zaangażowało i podkreślać to, że rozwaga, wytrwałość i cierpliwość opłaciły się. To ma uchronić małego człowieka przed kryzysem w razie porażki. Jeśli coś mu się nie powiedzie albo doświadczy serii potknięć i „drobnych katastrof”,
to nie będzie sobie tego tłumaczył tym, że jest głupi, nieudolny, słaby i brzydki, nie będzie się pogrążał. Raczej pomyśli: powstanę, spróbuję jeszcze raz, może mocniej, może inaczej, a może to nie jest warte moich starań?
Powoli więc staram się tak mówić do Fi.: – Nie płacz, wszystko jest w porządku, już zaraz ci się uda, tylko spróbuj jeszcze raz. – I próbuje. I zamyka słoiczek, i ustawia wieżę, i wspina się, i wciska guzik, itd. Płacz małego dziecka zwykle mija tak nagle, jak się pojawił. Bo też powody wydają się błahe z perspektywy rodzica. To nie znaczy, że trzeba tłuc małemu do głowy, że jeszcze nic nie wie o życiu i to, co sobie myśli, to nie jest powód do rozpaczy. Osobiście uważam, że lepiej jest chociaż troszeczkę się wczuć w nieszczęście dziecka również wówczas, gdy powód do płaczu jest naprawdę komiczny lub bezsensowny.
Podobało mi się ostatnio kilka rzeczy, które zrobił mój syn. Ustawiałem sobie na głowie mały słoiczek, a kiedy zsuwał się po włosach w dół i spadał, szybko paplałem: bla, bla, bla, bla, bla, bla… Uderzał o łóżko i wtedy krzyczałem „bam!”. Powtórzyłem to chyba ze dwadzieścia razy, bo Fi. nie spuszczał ze mnie wzroku, nie poruszał się też – po prostu uważnie patrzył. Za którymś razem powstrzymałem słoiczek – zamarłem w bezruchu tak, by się nie zsunął. Mija kilka sekund i tym razem ja uważnie patrzę na Fi. On trochę zdezorientowany, jednak wie, co powiedzieć: – Bla! – Tonem takim, jakby poganiał i pytał, dlaczego jeszcze nie…?
Widząc gniazdko elektryczne, z przekonaniem pomachuje palcem wskazującym, naśladując mamine „nu, nu, nu” – obojętnie, czy gniazdko jest prawdziwe, czy narysowane w książeczce. Kiedy utwór na płycie kończy się brawami, bo nagranie jest z koncertu, to i Fi. bije w dłonie. Jeszcze zbyt słabo, żeby dało się słyszeć jakieś klaśnięcie, ale w każdym razie wie, o co cho! Kiedy tłumaczę mu, że muszę się przebrać, bo jest mi gorąco, odpowiada całkiem słusznie: – Fff, fff. – Bo tego się nauczył, kiedy ostrzegałem go przed „gorącą” herbatą, kaszą, czajnikiem, piecykiem… Dotknął, cofnął się gwałtownie i już wie. Tylko raz musiałem spłukać rączkę lodowatą wodą. Później wystarczyło jedno słowo: „gorące!” Zerkał wtedy z przejęciem i fukał po swojemu.
A teraz wiadomości z ostatniej chwili. Dziś po raz pierwszy Fi. przeszedł na własnych nogach nie tylko przez kuchnię, ale dalej przez cały przedpokój i salon, aż zatrzymał się na drzwiach balkonowych, co niezawodnie oznaczało dla niego ślepy zaułek i płacz. Ale już po chwili, z drobną pomocą udało mu się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni i pomaszerować w drugą stronę. Sam sobie znalazł podpórkę-chodzik – wybrał koci stołek, tj. stołek, na którym zwykle kładzie się w kuchni kot. Wszyscy się cieszyliśmy jak głupi i z uznaniem powtarzaliśmy: – Brawo, Filuniu, brawo, pięknie! – Ale to nie wszystko. Kiedy minęło dobrych parę godzin, A. zadzwoniła do mnie i mówi, że przyszła M. – przyjaciółka. Zadzwoniła domofonem, a potem wyszły na spacer. Ale Fi. już się nauczył, że zaraz po dźwięku domofonu ktoś przychodzi, a ponieważ pora dnia chyba mu się zgadzała z moim powrotem, ożywiony podniósł wzrok na A. i zapytał z nadzieją: – Ta?! – Zdaje się, że nie tylko już dobrze zapamiętał słowo „tata”, ale zaczął też świadomie je wypowiadać. Tutaj powinienem wstawić emotikonkę <dumnytata>!
— Ooo, jaki kochany! – Odpowiedziałem przez słuchawkę.
— No… no i właściwie tylko po to zadzwoniłam, żeby ci to powiedzieć, bo mi się to wydało takie słodkie… – skwitowała słodka żona. Wiem, że to wszystko może być dla wielu bardzo zwyczajne i mało efektowne, ale dla rodzica każdy, nawet najmniejszy, szybki czy późny postęp w rozwoju dziecka jest czymś fascynującym.
A propos zwyczajności: ukochana żona A. powtarza co jakiś czas opinię mojej siostry, że potrafię wymyślać dzieciom zadziwiająco dobre zabawy, w których najlepsze jest to, że… są tak strasznie zwyczajne. Pamiętam, że coś takiego jej przyszło do głowy, kiedy jej syn, a mój siostrzeniec z pasją rozwijał po raz piętnasty blaszaną miarkę, podczas gdy ja trzymałem ją w dłoni i głośno odliczałem kolejne centymetry jak najszybciej, aby nadążyć za migającymi cyferkami. Ta banalna czynność okazała się świetną rozrywką – podobnie jak stawianie słoiczka na głowie albo po prostu pilnowanie Fi. przy tym, jak przekłada monety z talerzyka na świeczkę, ze świeczki na zakrętkę, z zakrętki do słoika, potem świeczkę na talerzyk, a słoik na świeczkę. Fantastyczne, prawda?
Autor: jpz2

Powiązane posty: