Pobłażliwy tata

Jadę rowerem. Mknę ścieżką, Puławska, przecznica, czerwone. Niech to! Staję. Przede mną stają też, na rowerach: ojciec i syn. Dobrze ubrani. Tata – buty Lacoste, spodenki Tommy Hilfiger. Synek buty Helly Hansen, ciuchy też niezłe. Nie mam kasy, żeby się tak ubrać. Ale doceniam. Co marka, to jakość. No i fachowo podgoleni z dołu, a góra przystrzyżona długo. Synek jak mała kopia taty, ładnie uczesany, ułożone te włosy trochę na żel, bez przesady.

Rozmawiają spokojnie o czymś tam, nie słyszę. Jeszcze zerkam, jakie to rowery mają. Unibike’i, też nienajtańsze, porządne. Tylko mam jedno „ale”‚; spodenki się staremu z tyłka zsuwają, paska nie ma, gacie widać. Średnio to wygląda. Ale poza tym… jak sympatycznie, przyjemnie, elegancko. Zapala się zielone, ruszamy, a za tym ojcem fajny zapach jakiejś męskiej wody toaletowej. Dobrze się to wszystko kojarzy. Jakaś taka kultura codzienna. Że może pozór? No cóż.

Jedziemy. Mały ma z sześć lat może. Jeszcze średnio sobie radzi, nie rozpędza się zanadto, chwiejna ta jego jazda. Ale nadąża za ojcem. Nie wyprzedzam ich jeszcze, bo z naprzeciwka też jadą. Trochę ciasno na ścieżce. Ojciec się odwraca: – E, mały, tylko prawej się trzymaj! – Mały raczej się stara, widać, tylko zatacza się. Nikomu nie zajechał, ale ojciec znów się odwraca i trochę nieufnie coś burknął poirytowany.

Kolej na mnie, już jest luźniej. Wyprzedzam. Z dużym zapasem, żeby ten chłopak mi nie przeszkodził. – Chociaż to jego kiwanie jeszcze w granicach bezpieczeństwa, przyzwoitości. Wyrobi się. – Tak sobie myślę i wciskam pedały. Już ich mam za plecami. I słyszę hamowanie, męski głos huknął: – Słuchaj, czy ty chcesz ode mnie po głowie oberwać?! Jak jedziesz! – Bardzo nieprzyjemnie, groźnie, złośliwie, z pasją.

Jadę dalej, ale włos mi się zjeżył. – Nie no, przesadził. – Myślę. – Jakim tonem! Przecież nic się nie stało. Nie było tak źle! Właśnie, starał się. A stary naprawdę jakby się wściekł. Jakoś instynktownie przez sekundę stanąłem tam w wyobraźni, w skórze tego chłopca. Straszny żal, wycofanie, samotność, lęk. Co on może powiedzieć? Może cokolwiek, a i tak to nie będzie miało żadnego znaczenia. Zgnojony, zbesztany, wyzerowany.

No i czar prysnął. Nie, żebym bardzo się tym przejął, ale jednak szkoda. Szkoda, że tak się dzieje. Że ojciec przegiął pałę. Nie sądzę go, miał jakąś rację, a poza tym… kim ja jestem, żeby sądzić? Żaden ze mnie ideał. Nieraz wzięła mnie złość na syna i… zdawało mi się, że jestem powściągliwy, że nie za ostro reaguję. A jak to z boku wyglądało, jak w oczach mojego syna? To już tylko on wie. No więc współczuję temu chłopakowi na rowerze.

I na świeżo mam w głowie przysłowia Salomona, przychodzą mi na myśl te pozornie sprzeczne, bo z jednej strony:

kogo Pan miłuje, tego smaga, jak ojciec swojego ukochanego syna. (Przyp. 3:12, BW) Kto żałuje swojej rózgi, nienawidzi swojego syna, lecz kto go kocha, karci go zawczasu. (13:24, BW)

a z drugiej…

Lepszy pobłażliwy (cierpliwy) niż bohater; a panujący nad (sobą) swoim duchem, niż zdobywca miast(a). (16:32, NBG, BW)

Bądź tu mądry! Mam tylko jeden wniosek, nic nowego: karanie – tak, złość – nie. To wydaje się dziwne, bo każdy, kto był kiedyś ukarany przez rodzica, pamięta towarzyszący temu gniewny ton, piorun z oczu itd. A tu nie: kara wymierzona w cierpliwości, opanowaniu. Pobłażanie to jest gotowość, by wypatrywać skruchy, by móc darować gorzką nauczkę. Zawsze i każdemu.

Autor: jpz2

Powiązane posty: