Piesek

– Nie! Piesek nic złego ci nie zrobił. Nie bij go! – Krzyknąłem, kiedy już Fi. podnosił swój kij na psa. Opuścił swój „miecz” i spojrzał raz jeszcze, nieco przyjaźniej na kundla, którego wyraz pyska był dość sympatyczny – trzeba przyznać. – Boisz się go? – Zapytałem.
– Boję się, że mnie ugryzie.
– E, tam. Gdyby chciał cię ugryźć, to już dawno by to zrobił. Kręci się tu od pięciu minut. Zobacz, może da się go pogłaskać. – Powoli zbliżyłem dłoń do psiego łebka, a kundel zmrużył ślepia i pozwolił się głaskać, drapać za uchem. Zerknąłem na Fi. – patrzył zaciekawiony. Wtedy pies zbliżył się znów do Fi., żeby chwycić jego kij. Fi. odskoczył, żeby bronić swojego skarbu – najlepszego kija we wsi. – Nie bój się, on myśli, że pobawisz się z nim w aportowanie. Mogę na chwilę ten kij?
– Możesz. – Zgodził się Fi. Rzuciłem na aport. Pies, jakby znudzony konwencją, pobiegł leniwie za kijem, po czym wziął go w zęby, uciekł kawałek przed siebie, przez rów, na łąkę. Usiadł i czekał.
– Piesku, oddawaj mój kij! Oddawaj, chodź tutaj, chodź, oddawaj! – Wrzeszczał Fi.
– Spokojnie, chodźmy za nim, zaraz nam odda. – I poszliśmy przez ten rów. Pies bez walki oddał kij i od tej chwili szedł z nami następną godzinę, aż do szosy na Nowy Targ.
– Piesku, biegnij za samochodem! – Rozkazał Fi. – Biegnij za samochodem! – Pies, niby to posłusznie rzeczywiście zwrócił się w stronę doliny – tam, gdzie i nas wiodła droga i tam, gdzie przed chwilą odjechał jakiś wóz. – Tato, piesek posłuchał mnie, jest bardzo grzeczny!
– Tak, ale myślę, że on bardziej idzie z nami po prostu, a nie za tym samochodem, jak mu kazałeś. Tak czy owak, chyba fajnie mieć takiego towarzysza, co?
– Tak, fajnie. – I szliśmy dalej. Na krótki czas do „naszego” kundla dołączył jego – podobny, choć nieco brzydszy – kolega. Razem biegli, razem obsikiwali kępki, razem obskakiwali parkany, za którymi szczekały i wywijały się psy łańcuchowe, zagrodowe – nie wiedzieć, czy to z radości, czy z wrogości. Fi. chciał za to snuć się po przydrożnych rowach, by obserwować wodę ściekającą korytem. Tak, kilka razy zeszliśmy parę kroków, by się pogapić na strumyczek, w końcu nic nas nie goniło… Dziś Ju., Ję. oraz „mały bojownik” Mi. poszli dalej aż na Lubań, a my z Fi. zeszliśmy wprost do szosy. Teoretycznie godzinne zejście pokonaliśmy w dwie i pół godziny. Tylko pod koniec, przed samym mostem na Dunajcu złamałem swą obietnicę, że tym razem nieść Fi. nie będę. Nie protestował, wręcz przeciwnie.
– Tato, piesek jest niebezpieczny! – Powiedział Fi. znad mojej głowy, podniesionym tonem, z przejęciem. Rzeczywiście, pies miał głupie i typowe dla wiejskiego kundla upodobanie, by snuć się środkiem drogi i obszczekiwać przejeżdżające samochody, które mijały go o włos.
– Jest w niebezpieczeństwie. – Poprawiłem.
– Tato, piesek jest już w zielonym bezpieczeństwie!
– Już jest bezpieczny, bo zszedł na zieloną trawę?
– Tak, i teraz jest w szarym niebezpieczeństwie! – Alarmował, bo kundel kręcił się znów po asfalcie.
Przeszliśmy szybkim krokiem przez „szare niebezpieczeństwo” i posadziłem Fi. na przystanku – blaszanej budzie bez rozkładu jazdy. Trochę jak dla, nie przymierzając, psa. Ale pies już zniknął. Może psia matka nie pozwoliła mu kiedyś przechodzić przez Dunajec? Tymczasem ja wypatrywałem busika, który przyjechał szczęśliwie już po pięciu minutach. Fi. wskoczył po schodkach, zajął miejsce, zanim wyciągnąłem drobniaki na bilet i od razu „przypiął się” do szyby.
– Podoba ci się, co? – Zapytałem, sadowiąc się na fotelu obok.
– Tak, podoba mi się. – Odrzekł i znów w milczeniu obserwował pola, domy, płoty, linie elektryczne, kontury Tatr i mijające nas samochody. Z rzadka tylko zauważył głośno: – Tato, terenowy! Dostawczy! Tato zobacz, jaki dom!
– Jesteś zadowolony, że dziś nie poszedłeś w góry z Mironem, tylko wracamy już do samochodu?
– Taak. – Potwierdził Fi. z głębokim przekonaniem. A ja – także i później, siedząc na życzenie Fi. przy zdrojowej fontannie w Rabce – cieszyłem się, znając jego małe przyjemności, które teraz mogliśmy sobie spokojnie „robić”.
Autor: jpz2

Powiązane posty: