Patryk

A. poszła po sprawunki. Dzieci dojadły lody. Wdrapały się teraz na helikopter. Taki mały, do którego wrzuca się dwa złote, żeby zaczął bujać. Ale ja nie mam dwóch złotych, bo A. zabrała portfel, a ja nie noszę swojego. Nawet karty, bo zgubiłem… Wprawdzie tylko na balkonie, ale przezornie zdążyłem na amen zablokować. Siedzę teraz obok helikoptera na krawężniku, w słońcu chylącym się ku zachodowi.
I zastanawiam się: ile można się bawić w takim helikopterku, który się nawet nie rusza? Szczęśliwie nikt moich dzieci nie nagabuje, że okupują zabawkę, właściwie z niej nie korzystając. Mieliśmy iść na plac zabaw, ale przecież nie musimy. Posiedzę, zobaczę, kiedy skończą. Czy w ogóle mnie widzą? Chyba nie. Śmiesznie.
O, idzie jakiś z laską. Z jednej strony ma próg nabrzeża, z drugiej przerywane płotki ogródków restauracyjnych. Urwał mu się ciąg, stoi. Myślę: może się zagubił. Co mi tam, zapytam.
– Pomóc?
– A, no tak, dzięki. Wiesz, gdzie tu jest jakaś knajpa, gdzie będzie trochę ciemniej?

– To tutaj, widzę. Taka włoska…
– San Biagio?
– No tak…
– Ale tam nie mają dobrego piwa… he, he. A wiesz, gdzie mają dobre piwo?
– Ja nie stąd.

Niewidomy wzdycha. Parę sekund tak sobie stoimy, milczymy. Zerkam na dzieci, bawią się obok nadal.
– Ja jestem Patryk. A ty?
– Jan.
– A ile masz lat?
– Trzydzieści.
– Trzydzieści!? He, he. Myślałem, że więcej.
– A to mało?
– Mało, ja to już pod czterdziestkę. Wierzysz?
– No, wyglądasz…
– A, wiem. To tak po wypadku. Jedno oko na Maroko – mówi mi kumpel. Tak sobie docinamy. He, he. Nerwy miałem zerwane, tu z przodu mózgu. Ale ja cię trochę widzę, kątem oka, nosisz okulary…
– A noszę. – Odpowiadam trochę zaskoczony.
– No, he, he. Widzisz, że widzę.
– Ale słabo…
– No słabo. A skąd ty jesteś?
– Z Warszawy…
– A, to ja w Trójmieście trochę mieszkałem, wróciłem tu. Ale to taka dziura, ta Ostróda, no mówię ci… he, he, no…
– Mhm, słuchaj, a ja może bym się o ciebie pomodlił? Ja wierzę, że Bóg uzdrawia.
– No, to byłbym wdzięczny, wiesz, ale…
– Co?
– Ja tu mam papierosa…
– To nie szkodzi!
– Tak? – Nie dowierzał. 
Położyłem mu rękę na ramieniu, obok przechodzili ludzie. Nie wydzierałem się na pół deptaka, ale krótko powiedziałem:
– Panie Boże, Tato, dziękuję ci za Patryka, że stworzyłeś go doskonałym i proszę cię o uzdrowienie jego nerwów, jego oczu, o odwrócenie wszystkich zmian, który wydają się nieodwracalne. Ufam Tobie, bo ty, Jezu, jesteś taki sam wczoraj, dzisiaj i na zawsze, i tak, jak kiedyś uzdrawiałeś, tak i teraz to robisz. Dziękuję, że wysłuchujesz mnie. – Spojrzałem na faceta.
– Nie no, Janek, szacun… – Wydusił z siebie.
– Ale coś się zmieniło? Widzisz lepiej?
– Trochę jakby…
– Jezu, dziękuję ci, że twoje uzdrowienie jest prawdziwe. Powinieneś, Patryk, wierzyć dalej, że zobaczysz całkiem dobrze. Naprawdę takie rzeczy się dzieją.
– Ja wierzę.
Rozejrzałem się za dziećmi. O, jedno mówi, że chce kupę. Mówię im: – To jest Patryk. Modliłem się o jego oczy, żeby dobrze widział. Ale musimy już iść. Powodzenia!
– Dzięki! Do zobaczenia!
I tak się rozstaliśmy. Żałowałem tylko, że nie poprosiłem dzieci, żeby one się o niego pomodliły, może przejrzałby zupełnie. Bo – jak to dzieci – wierzą jeszcze prościej.
»
Autor: jpz2

Powiązane posty: