OSTATNIA SZANSA DLA OJCA

Ludzie patrzą. Ktoś jakby znany. Szaleniec, skąd się wziął? Robią krok w tył. Co się stanie? Coś mówi, płacze, ciężko zrozumieć. O co mu chodzi? To jakiś ojciec błaga o uzdrowienie dziecka.


Wieczorem dwunastoletnia dziewczynka dostaje gorączki. Rodzice nie podejrzewają nic więcej niż przypadkowa infekcja, może przeziębienie. Ale ona? Okaz zdrowia, skowronek. Jeszcze tego dnia pomagała matce, bawiła się, śpiewała. A w nocy rozpalona, nieprzytomna. Bezsenne godziny próbują wypełniać modlitwami, chłodzeniem rozpalonego czoła, uspokajaniem majaczącej dziewczynki.

W końcu wzywają lekarza. Ten bada córkę, coś sprawdza, słucha, mruczy pod nosem. Podaje leki. Nic. Stosują się do zaleceń. Ale nic i nic. Już świta. I jest coraz gorzej, tragicznie. Córka nie daje się dobudzić, leci z rąk. Spojrzenie przemyka gdzieś, ucieka bez życia.

Ojciec wychodzi na patio. Tu nikt go nie widzi. Przez minutę puszcza nerwy, rzuca nim zdławiony szloch. Zaciska zęby. Osuwa się na posadzkę. Wtedy przypomina sobie, że ludzie mówili o jakimś nauczycielu z Galilei, który będzie przechodził. Że uzdrawia wszystkich. Ponad dachami dociera do niego ożywiony gwar. Coś się dzieje na ulicach, tłum idzie. To on!

Zbiera się natychmiast… Bez sandałów leci boso, jak szaleniec. On, szanowany obywatel, przełożony synagogi, znany wszystkim Jair. Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Ani łzy jak groch. Ani domowe ubranie wymięte przez bezsenną noc. Przedziera się przez zatłoczoną ulicę, robi się coraz gęściej i ciaśniej, ale już go widzi. Brnie, rozpycha się łokciami, wreszcie jest, pada na twarz, do stóp.

Ludzie patrzą. Ktoś jakby znany. Szaleniec, skąd się wziął? Robią krok w tył. Co się stanie? Coś mówi, płacze, ciężko zrozumieć. Co? O co mu chodzi? To jakiś ojciec błaga o uzdrowienie dziecka. „Córeczka moja umiera, przyjdź, włóż na nią ręce, żeby odzyskała zdrowie i żyła.” Roztrzęsiony, przerażony człowiek, smutny widok. Hej, to przecież Jair!

A tu Jezus z Nazaretu, we własnej osobie. Nic nie odpowiada, natychmiast idzie za nim. W międzyczasie jakaś kobieta z krwotokiem. Następna wariatka. Przedarła się przez tłum, padła na twarz, ostatnim rzutem ręki muskając tylko szatę nauczyciela. Znowu afera, Jezus staje, tłum staje. – „Kto się mnie dotknął”? – Pyta. Też ma refleks. Uzdrowiona.

Ale to wszystko Jair widzi jak przez mgłę. Prawda, trochę jest spokojniejszy. Pokój, którym emanuje Jezus… to daje nadzieję. I wtedy cios w serce: – „Córka twoja umarła, czemu jeszcze trudzisz nauczyciela?” Ziemia usuwa mu się spod nóg, skamieniał. Przed oczami przelatuje mu w oka mgnieniu ostatnie dwanaście lat życia. Jak nosił małą kruszynkę na ramieniu, jak ją usypiał, całował, bawił, uczył chodzić, potem czytać. Ile serca włożył, jak ją kochał.

Podnosi załzawione oczy na Jezusa. A ten od razu spiorunował go dziwnym spojrzeniem, pełnym miłości i grozy jednocześnie. Tak jakby nic się dla Jezusa w tej chwili nie liczyło, tylko on, Jair i to, co się dzieje w jego głowie. I tonem nieznoszącym sprzeciwu wypowiada słowa, które przygwoździły go jeszcze mocniej – słowa, które Jair zapamiętał do końca życia: nie bój się, tylko wierz!

Autor: wdev

Powiązane posty: