Odpocznienie

– Nie wiem, dlaczego tak jest – zwierzam się A. – ale od pewnego czasu często przychodzi mi takie uczucie… nie wiem, jak to nazwać, ale… kiedy zasypiam lub kiedy się budzę, nie mam żadnych myśli dręczących, że jeszcze coś. Wiesz, że „zawsze coś, Grażynka, zawsze coś”. Nawet jeśli coś do zrobienia jest faktycznie i o tym wiem, to nie czuję tego ciężaru. 
– Nie, nigdy tak nie mam…
– Ale rozumiesz, o co chodzi, prawda? Do czego to porównać? No, jak dziecko, które następnego dnia ma w plecaczku tylko kredki („i kanapkę od mamy” – wtrąca A.) – tak, i idzie do przedszkola, i niczym się nie przejmuje. Ale to nie dlatego, że nie mam świadomości tych wszystkich obowiązków, które są w domu, w pracy, gdzieś jeszcze… Po prostu nie ma nic, jakby znikało wszystko dookoła, nawet dzieci właśnie, nawet ty, nasz dom i dzielnica, ziemia jak mała kulka, jak porzucona gdzieś w kąt piłka, zabawka, a ja – jakbym był przed Bogiem, Tatą i tylko był, i nic nie musiał. W ogóle to jest… niezwykłe, bo nie wymyśliłem sobie tego, tylko to… czuję, to przychodzi na mnie, jakby było dane. Właściwie tak, wierzę, że to jest dane. Bo ja tak nie miałem, w ogóle nie wiedziałem, że tak może być. Przynajmniej nie pamiętam. Może to było, może teraz do tego wracam; może, nie pamiętam. Oczywiście, zawsze miewałem fizyczną przyjemność z tej chwili wytchnienia, na którą czekasz prawie każdego wieczoru. Ale to, co jest fizyczne, nie zawsze dociera do głowy, do myśli i emocji, nie zawsze się harmonijnie uzupełnia i scala, jak to powinno być. A tutaj proszę, w jakiś nadnaturalny sposób wypełnia mnie takie cudowne uczucie… pokoju.
Autor: jpz2

Powiązane posty: